W tym roku jakoś wyjątkowo mam niedosyt lata i wakacji, pewnie dlatego, że były takie wspaniałe i chciałabym, żeby trwały jeszcze. Chociaż w prawdzie lato kalendarzowe jeszcze z nami jest, nie mniej jednak odkąd nastał wrzesień w powietrzu czuć jesień. Lubię ją wprawdzie w tym polskim złotym wydaniu, ale do lata i wakacji bardzo mnie ciągnie. Ten czas beztroski mojego dziecka, tysiące wspólnych magicznych chwil pełnych śmiechu, słońca, piachu. Do tych wizyt dłuższych i krótszych, tych popołudniowych spotkań, długich, ciepłych, jasnych wieczorów będzie mi tęskno. Wierzę jednak, że jesień przyniesie też mnóstwo fajnych chwil. Jak już sobie tak powzdychałam, to teraz zapraszam Was na kolejną dawkę moich poleceń. Mam dla Was ciekawe pozycje serialowe i książkowe oraz dwie kosmetyczne polecajki, które się u mnie sprawdziły.

Nasza wakacyjna fotoksiażka



Na początku tego roku obiecałam sobie, że będę wywoływała zdjęcia. Mam ich całe mnóstwo i na karcie w aparacie i w telefonie. Przestałam się już dawno oszukiwać, że będę je przeglądać i do nich wracać na komputerze czy telewizorze. Zwyczajnie do tych trzymanych na dysku, z doświadczenia wiem, że wraca się rzadko. Ale takie wywołane mają moc, bynajmniej u nas. Mamy w domu kilka fotoksiążek i ponownie skorzystałam z takiej właśnie opcji. W sierpniu przygotowałam fotoksiążkę z wakacji i cieszę się bardzo, że ten nasz fajny czas mam uwieczniony. Już kilka razy wspólnie ją przeglądaliśmy, za każdym razem z wypiekami na twarzy. Zorganizowaliśmy sobie też ze znajomymi wspominki z wakacji i też ją ze sobą zabraliśmy. Mam też w planach pod koniec roku przygotować kolejne takie fotoksiążki z całego roku. Ja nasze zdjęcia drukowałam w PRINTU, bo mają super jakość i można zdjęcia przesłać bezpośrednio z telefonu, co dla mnie było bardzo pomocne. I wszystko przychodzi tak pięknie opakowane. Podobają mi się tam też proponowane szablony, których jest całe mnóstwo. Korzystaliście kiedyś z takiej opcji?

Książka



Książkę "Obudź w sobie olbrzyma" po raz pierwszy przeczytałam już kilka lat temu, ale w sierpniu tego roku po raz kolejny po nią sięgnęłam. Autorem książki jest amerykański doradca życiowy i mówca motywacyjny. Treść książki mocno zachęca do samorozwoju, pracy nad sobą, do bycia lepszą wersją siebie, pomaga zrozumieć samego siebie i pokazuje, że warto żyć na własnych zasadach. W książce można znaleźć sporo pomocnych ćwiczeń, technik i przykładów jak to osiągnąć. Dla mnie okazała się niezwykle motywująca i rozwijająca. Motta czy tzw. złote myśli, a także całe ważniejsze fragmenty pozaznaczałam w książce i z całą pewnością będę do nich wracać.

Kosmetyki


Tutaj tym razem, nie pokażę nowości, ale produkt do którego wróciłam. Po wakacjach moje ręce i stopy niekoniecznie były w dobrej kondycji, ale udało mi się aktualnie doprowadzić je do stanu, z którego jestem zadowolona. A wszystko dzięki silnie regenerującemu kremowi do rąk od Hello Eco. To taki krem do zadań specjalnych. Ma w swoim składzie olej z awokado oraz mocznik, świetnie więc regeneruje skórę dłoni. Ja zastosowałam go także do stóp i super zadziałał. Po nasmarowaniu rąk pozostawia je aksamitne, z lekką powłoką, więc zazwyczaj nakładam go wieczorem, by rano cieszyć się miękką, nawilżoną, "naprawioną" skórą. Zapach ma bardzo przyjemny, który utrzymuj się dość długo. Nie używałam innych produktów tej marki, ale przyznam szczerze, że bardzo mnie kuszą, zwłaszcza że ten krem naprawdę się u mnie sprawdził.


Kolejny produkt, który zaliczyłabym bardziej do kosmetycznych akcesoriów, to kieszonka na mydło. Używamy w domu naturalnych mydeł i taka kieszonka "robi" u mnie za gąbkę. Wykonana jest ręcznie na drutach ze sznurka konopnego, który ma właściwości antybakteryjne i antygrzybiczne. Kupiłam ją TUTAJ

Seriale


W sierpniu, z racji tego, że Alexander był dwa tygodnie u dziadków, obejrzeliśmy dwa seriale, z których oba wciągnęły nas na maksa. Trafiliśmy na nie zupełnie przypadkiem, kiedy przeglądaliśmy ofertę na HBO GO. Pierwszy z nich to "Przystań", hiszpański serial, którego twórcą jest Alex Pina, ten od hitu Netflixa "Dom z papieru". "Przystań" to połączenie romansu z thrillerem. Naprawdę bardzo emocjonująca historia, z magicznym nieoczywistym klimatem, gdzie główna bohaterka musi się zmierzyć, po śmierci męża, z jego drugim życiem. Oskar zza grobu nieźle miesza w życiu żony Alejandry i kochanki Veroniki. Jeśli podobały się Wam "Wielkie kłamstewka" czy "The Affair", to z całą pewnością ten serial też przypadnie Wam do gustu. 


Drugi z nich to "Kłamstwa". Serial zaczyna się w sposób bardzo intrygujący. Dwoje wolnych ludzi umawia się na randkę, a potem dochodzi do gwałtu, tak przynajmniej twierdzi Laura. Zupełnie inne zdanie na całą sytuację ma jednak oskarżony chirurg, wymarzona partia w mieście. A więc słowo przeciwko słowu. Nic nie jest tu oczywiste, jakby mogło się wydawać. Obejrzyjcie, bo warto!

Przyszedł wrzesień, a z nim mam wrażenie, że i jesień. Chociaż kalendarzowe lato nadal trwa, to wieczorem robi się szybko ciemno. Są jednak tego plusy, bo można zalec na kanapie z książką i ciepłą herbatą. Dla zmarzluchów pozostaje jeszcze ciepły termoforek i koc. W takich przyjemnych klimatach można pochłaniać kolejne strony książek, chociażby takiej jak "Wkręceni". 

To jedna z takich książek, której bohaterowie od pierwszej do ostatniej strony wodzą za nos. Nikomu nie można ufać, o czym już na samym początku jesteśmy poinformowani. Bardzo więc oryginalny pomysł na fabułę, a do tego szalona akcja, która gna od jednego zwrotu do drugiego. Trudno cokolwiek przewidzieć, a domyślenie się następstw kolejnych wydarzeń jest wprost niemożliwe, nie mówiąc już o zakończeniu. Pędzimy więc strona za stroną, by otrzymać kolejne niespodzianki i doczekać się zwieńczenia historii. 

Całość została starannie zaplanowana i przemyślana. To taka literacka petarda. Do tego autor ma lekkie pióro, co jeszcze bardziej potęguje wspaniałe czytelnicze doznanie i wkręcenie. 

Książka rozpoczyna się od pogrzebu bardzo sławnego twórcy bestsellerowych kryminałów J .T. LeBeau, którego tożsamości prawie nikt nie zna, bo pisarz bardzo skrupulatnie ją ukrywa. A później cofamy się o cztery lata wstecz i poznajemy Marię Cooper, mężatkę, która ma romans i chce odejść od męża, który wiecznie znika na całe dnie. Przeglądając rzeczy odnajduje dokumenty, które wskazują że jest on milionerem. Ma bowiem na swoim koncie 20 milionów. Razem z kochankiem dochodzą do wniosku, że to słynny pisarze J .T. LeBeau. Kobieta, po odkryciu milionów na koncie męża, zapragnęła aby zdobyć cześć fortuny. Jest w tym niezwykle zdeterminowana. Jaki będzie finał tej historii? Dowiecie się czytając thriller. Mi bardzo się podobał!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i można ją kupić TU

Idąc za ciosem, zaopatrzyłam się w kolejną książkę Tess Gerritsen (o wcześniejszej pisałam TU) - mistrzyni thrillerów medycznych. Bardzo spodobał mi się styl pisarki, więc stwierdziłam czemu nie? i jestem już po przeczytaniu "Czarnej loterii", która spodobała mi się jeszcze bardziej, niż poprzednia książka autorki.

Tym razem główną bohaterką jest Kate Chesne, pracująca niespełna rok jako anestezjolog w miejscowym szpitalu. Pani doktor ma jednak na swoim koncie spory dorobek naukowy. Kiedy jej koleżanka Ellen, pielęgniarka pracująca z Kate, ma przejść banalny zabieg wycięcia woreczka żółciowego, umiera na stole operacyjnym, to o błąd w sztuce lekarskiej zostaje oskarżona właśnie ona. Rodzina zmarłej wynajmuje adwokata, Davida Ransoma, byłego prokuratora, który jest, do pewnego czasu, bezwzględnie przekonany o winie pani anestezjolog i robi wszystko, by kobieta odpowiedziała za swoje czyny. Kate jest jednak przekonana o swojej niewinności. Tymczasem w szpitalu w tajemniczych okolicznościach ginie kolejna pielęgniarka. Czy to zbieg okoliczności, czy może ktoś celowo zabija pracowników szpitala? Kto będzie kolejną ofiarą? Co łączy wszystkie morderstwa?

Kate, skrupulatna i zapobiegliwa pani anestezjolog, zaczyna prowadzić śledztwo na własną rękę, by dowieść swojej niewinności. Odkrywa powoli intrygę, która sięga lata wstecz. W śledztwo włącza się również David, który po śmierci kolejnej pielęgniarki, dochodzi do wniosku, że intrygująca pani anestezjolog może jednak wcale nie jest winna... 

Świetnie opowiedziana historia, intrygująca, z mnóstwem mylących tropów, gdzie akcja rozkręca się ze strony na stronę, nie zwalnia nawet na moment, trzyma w napięciu. Już nam się zdaje, że odkrywamy prawdę, a jednak autorka wodzi nas za nos i wcale nie jest tak, jak przewidywaliśmy. Lekka, idealna lektura na zbliżającą się jesień i wieczory pod kocem. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa HarperCollins i można ją kupić TUTAJ

Zapachniało ostatnio jesienią, a jesień nieodłącznie kojarzy mi się kocem, ciepłą herbatą i książką. A najlepiej dobrą książką, od której nie można się oderwać. Przeglądam oferty czytelnicze i wyszukuję po opisach ciekawy propozycji. Tak też natrafiłam na książkę Tess Gerritsen "Telefon o północy". To moje pierwsze zetknięcie z tą autorką.

Główną bohaterką książki jest Sarah Fontaine. Wydawać by się mogło, że wiedzie szczęśliwe, spokojne życie u boku cudownego i kochającego męża Geoffreya, spełnia się zawodowo, pracując jako mikrobiolog. Wszystko znakomicie się układa, do czasu rzeczonego telefonu o północy, który nie może zwiastować raczej niczego dobrego. Tak jest i w tym przypadku. Kobieta słyszy w słuchawce wiadomość, która rozdziera jej serce. Głos po drugiej stronie linii informuje ją, że jej mąż, pracownik londyńskiego banku, nie żyje. I że zginął w pożarze hotelu w Berlinie. 

Sarah spotykając się z pracownikiem Departamentu Stanu, Nickiem O'Harą, dochodzi do wniosku, że  śmierć jej męża została sfingowana. Kobieta głęboko wierzy, że on żyje, ale nie wszystko jest takie, jak jej się wydawało. Postanawia drążyć temat i na własną rękę odkryć prawdę o mężu, tym bardziej że na jaw zaczynają wychodzić kolejne, zaskakujące fakty dotyczące jego życia. Widząc determinację kobiety, również Nick postanawia się przyłączyć i pomoc ustalić Sarah kim tak naprawdę był Geoffrey, bo zapewne nie tym, za kogo się podawał. Czy uda im się wspólnie rozwikłać zagadkę?

"Telefon o północy" to połączenie kryminału i romansu, gdzie akcja toczy się szybko i dynamicznie, a świetny pomysł na fabułę i niezobowiązująca historia powodują, że książkę czyta się płynnie, strona znika za stroną. Myślę, że zarówno ten, kto kocha romanse, i ten kto kocha thrillery znajdzie coś dla siebie. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa HarperCollins i możną ją kupić TU.


Cieszę się, że w Polsce trwa i zatacza coraz większe kręgi moda na bycie eko. Mam jednak nadzieję, że nie pozostanie tylko modą, która ma to do siebie, że z czasem przemija, ale stylem życia, który zadomowi się u nas na stałe. Zero waste (czytając na stronie polskiego stowarzyszenia zero waste) to w dosłownym tłumaczeniu "zero śmieci" - czyli sposób życia, w którym człowiek stara się nie generować odpadów dbając przez to o środowisko. 

Kiedy pierwszy raz przeczytałam o tej idei i zobaczyłam na zdjęciu uśmiechniętą kobietę trzymającą szklany słoik z napisem, że to śmieci, które wygenerowała przez ostatnie 5 lat, ze zdziwienia zrobiłam wielkie oczy i pomyślałam, że to absolutnie niemożliwe. Przeszłam więc nad tym do porządku dziennego, bo lubię wyzwania, ale jednak stronię od radykalizmu. Zdecydowanie wolę w życiu balans, a niektóre pomysły na ograniczenie produkcji śmieci, zgodnie z zero waste, są dla mnie zbyt ekstremalne. Raczej na czwartym piętrze w bloku na balkonie nie urządzę sobie kompostownika. Przyznam szczerze, że nie dawało mi to jednak spokoju i zgłębiałam temat. W końcu zrozumiałam, że powinnam jednak działać w tym kierunku, w możliwy do zrealizowania sposób, ale bez zamartwiania się i świrowania, małymi krokami, bo każde działanie w dobrą stronę jest lepsze niż jego brak. Uznałam, że nie jestem w stanie żyć tak idealnie przykładnie, żeby po pięciu latach wygenerować śmieci, które zmieszczą mi się w dłoni. To wymagałoby nie tylko ode mnie rygoru i dyscypliny, ale też od świata wokół mnie, tego bliższego, i tego dalszego.

Staram się więc małymi krokami reorganizować nasze życie, ale też i sposób myślenia. Nie biczuję się, gdy na zakupach zabraknie mi materiałowych worków czy siatek, a pan z targu zapakuje mi pomidory w foliową reklamówkę (którą później staram się jednak wykorzystać wielokrotnie), pozwalam sobie na potknięcia, nie wytykam innym plastikowych słomek czy jednorazowej butelki z wodą, bo przecież nawet nie wiem jaka za tym stoi prawda, wprowadzam zmiany powolutku, ale sukcesywnie, dlatego idea less waste jest mi znacznie bardziej bliska. Przede mną jeszcze bardzo długa i mocno wyboista droga, bo do bezodpadowego życia mi daleko, ale cieszę się, że chociaż w małym stopniu nie przyczyniam się do pogarszania, i tak już złego stanu, naszej Planety. Zgadzam się też ze stwierdzeniem, że lepiej aby miliony robiły to nieperfekcyjnie, niż jednostki idealnie.

Co takiego zatem robię, by żyć less waste?

Nasze domowe zmiany właściwie nieświadomie rozpoczęliśmy osiem lat temu. Wtedy kupiliśmy dzbanek filtrujący wodę. Pijemy bardzo dużo wody, zwłaszcza mój mąż i syn, chociaż i ja ostatnio pilnuję się w tym temacie. Wtedy praktycznie zupełnie zrezygnowaliśmy z zakupu wody w plastikowych butelkach. W pracy również piję filtrowaną wodę z kranu. Cieszę się, że Lublin jest jednym z miast, gdzie w ostatnich latach gruntownie zmodernizowano systemy uzdatniania wody i możemy pić kranówę. Długo szukałam szklanego dzbanka do filtrowania wody i jakiś czas temu marka Dafi taki właśnie wypuściła. Jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. I polecam ten zakup każdemu. Spełnia swoje przeznaczenie, ale też pięknie się prezentuje.


Ostatnio też dużo dyskutujemy nad założeniem w domu filtra mechanicznego czy z odwróconą osmozą. Może w przyszłości, oby tej najbliższej, nam się uda. Mamy też małą filtrująca butelkę, i zawsze, gdy wychodzimy, zabieramy ją ze sobą (Alex zabiera ją też do szkoły), żeby jednak unikać zakupu butelkowanej wody. Kupiliśmy ją w promocyjnej cenie w Biedrze i też jest marki Dafi. Wolałabym wprawdzie szklaną, ale ta jest lekka, bardzo poręczna, a w zasadzie o to chodzi. Kiedy mam ochotę na gazowaną wodę, bo lubię czasem popić bąbelki, to wtedy używam, już lata temu kupionego, ekspresu do napojów gazowanych SodaStream (pisałam o nim kiedyś TU).


Przywiązuję dużą wagę do używanych kosmetyków. Stawiam na te z naturalnym składem, a ostatnio przyglądam się też opakowaniom kosmetyków, które kupuję, czy są w plastikowych czy szklanych, a może metalowych pojemnikach. Zauważyłam, że sporo firm produkujących kosmetyki naturalne sprzedaje swoje produkty właśnie w słoikach, buteleczkach, metalowych tubkach czy w papierze np. mydła. Całym sercem jestem więc za takimi polskimi manufakturami, jak Ajeden, Mydłostacja, Shy deer czy Lush Botanicals. Nie dość, że produkują rewelacyjnie działające kosmetyki, takie od których można się uzależnić, pozbawione chemii, to jeszcze jest im bliskie dbanie o środowisko. Nie znajdziecie tam plastikowych pojemników czy tubek, w które opakowane są kosmetyki. Dodatkowo produkty nie przychodzą zapakowane w jakieś tam foliówki tylko tekturę czy papier, tak jak i wypełnienie. Bardzo podoba mi się również to, że można zwrócić opakowania po zużytych kosmetykach do ponownego ich wykorzystania.


Prawie zrezygnowałam z używania wacików jednorazowych. Makijaż zmywam olejkami czy zwykłym olejem kokosowym już od bardzo dawna. Love it! Do tonizowania twarzy używam wielorazowych wacików.  Uważam, że to świetna alternatywa dla tych jednorazowych. Ja swoje waciki, sztuk 7 wraz z woreczkiem, kupiłam w Szklanym Składziku grubo ponad pół roku temu. Waciki, których używam są uszyte z froty bambusowej, która ma właściwości antyseptyczne, antyalergiczne i antyodorowe. Ich używanie przyszło mi bardzo naturalnie i cieszę się, że je odkryłam. Zamiast sztucznych gąbek do kąpieli używam takich kieszonek na mydło, wykonanych ręcznie ze sznurka konopnego, który jest biodegradowalny i posiada właściwości antybakteryjne oraz antygrzybiczne.

Również bez problemów przerzuciliśmy się na bambusowe słomki, Alex zdecydowanie woli właśnie takie. Wprawdzie jakoś super często ich nie używamy, ale np. kiedy mamy ochotę na koktajl czy świeżo wyciśnięty sok pity przez słomkę właśnie to świetnie się sprawdzają. Do opakowania dołączona była szczoteczka, więc łatwo je utrzymać w czystości. W knajpach zawsze dziękuję za plastikowe słomki, bo mam swoje.


Na zakupy wędruję ze swoimi siatkami. Od bardzo dawna w torebce mam materiałowe i mój mąż też ma takie zawsze przy sobie. Dbam o to ja, bo wkurza mnie kupowanie plastikowych reklamówek. Kiedyś zupełnie nie zwracałam na to uwagi, a teraz mi to przeszkadza, tak jak pakowanie wszystkiego w sklepie w foliowe woreczki, dlatego poszłam po rozum do głowy i zakupiłam lniane worki na owoce i warzywa, a kiedy ich nie mam przy sobie, to biorę rzeczy luzem. Wiem, że Panie ekspedientki czasem kręcą nosem, ale cóż nie ma takich sytuacji jakoś dużo. Teraz więc marchewki, pomidory czy jabłka pakuję w TE worki. Chcę sobie jeszcze zakupić przezroczyste torebki lub poprosić mamę, żeby mi je uszyła ze starej firanki.

Jak już jesteśmy przy zakupach, to u nas wygląda to tak, że zakupy (a przynajmniej te duże) staramy się robić raz w tygodniu. Poprzedzone są one zawsze sporządzanym menu na cały tydzień. Robię to z trzech powodów, raz że z wygody, żeby się nie martwić w środę wieczorem, co mam ugotować na drugi dzień, tym że zabraknie mi przykładowej śmietany do pomidorówki, ale też dzięki temu unikamy marnowania jedzenia i kupowania niepotrzebnych produktów. W tygodniu dokupujemy np. mleko czy chleb, jak się skończył, a nie mam czasu na pieczenie kolejnego. Nie wyrzucam więc już na wpół zużytego jogurtu czy puszki kukurydzy, bo staram się tak planować posiłki, żeby te otwarte produkty jednak wykorzystać.

Wiem, że jeszcze wiele zmian mogę wprowadzić. Nadal bowiem kupuję książki w formie papierowej, bo nie mogę przekonać się do czytnika. Lubię czuć zapach ksiażki i mieć ją w ręce. Ale te moje ksiażki krążą, puszczam je po przeczytaniu w ruch. Czyta siostra, ciocie, koleżanki. Nadal też zdarza mi się też kupować kosmetyki w plastikowych opakowaniach, zwłaszcza pasty do zębów czy chemię.

Miewam swoje eko-porazki, bo nie zawsze mam okazję czy możliwości, a czasem zwyczajnie brak alternatywy, ale staram się pamiętać, aby traktować Ziemię poważnie, bo nie sposób nie dostrzec w jakiej jest obecnie trudnej sytuacji.

Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.




Nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj sięgam po książki zagranicznych autorów, a przecież wśród polskich twórców jest mnóstwo tych, którzy na tę uwagę zasługują. Przeglądając jakiś czas temu nowości i zapowiedzi wydawnicze natrafiłam na książkę Kasi Bulicz-Kasprzak "Weź głęboki wdech", której opis zwrócił moją uwagę. Zamówiłam z ciekawości. Czy warto było? Odpowiedź znajdziecie czytając poniższą recenzję.

Główną bohaterką książki jest Michalina Zielińska. Dziewczyna, która raczej nie prowadzi bogatego życia towarzyskiego, stroni od ludzi, słowem antyspołeczny typ, nawet jej własna rodzina nie utrzymuje z nią przyjaznych stosunków. To jednak bardzo inteligentna kobieta, która kocha naturę, skupia się na otaczającej ją przyrodzie i swojej pracy, dlatego jej kariera w Instytucie Botaniki nabiera rozpędu. Praca to jej pasja. Pewnego dnia do pracowników Instytutu dołącza Filip, który rozbudza w Michalinie dotąd nieznane jej uczucia, ale mężczyzna zdaje się z nią rywalizować i wyprzedza ją w drodze po awans. A potem Michalina staje się przypadkowym świadkiem śmierci ich szefa - profesora Stanisława Potoczkiewicza, światowej sławy autorytetu w dziedzinie botaniki. Ta chwila jest początkiem poważnych problemów. Młoda kobieta zaczyna rozumieć, że nikomu nie może ufać i rozpoczyna własne śledztwo. Kto pociąga za sznurki? Kto więc jest ofiarą, a kto przestępcą?

Książka Kasi Bulicz-Kasprzak "Weź głęboki wdech" to połączenie obyczajówki z wątkiem kryminalnym. Pierwszych kilkanaście stron to preludium do tego, co ma się wydarzyć. Przybliża trochę nudnawe życie pani doktor, której brak siły przebicia i przebojowości, skupiającej się na badaniu rosiczek. Jedyna jej odskocznia od pracy zawodowej to romans ze współpracownikiem. Dopiero, kiedy widzi coś czego nie powinna, jej życie nabiera tempa. Akcja staje się dynamiczna, zagęszcza się ze strony na stronę, a niektóre tropy są bardzo mylące.

Historia Michaliny pokazuje, jak łatwo ulegamy manipulacji, dajemy sobą sterować bywamy naiwni i zakompleksieni, a emocje biorą górę nad rozumem.

Lekki styl pisarki, spora dawka humoru, ciekawa opowieść sprawiły, że nie mogłam się oderwać od książki. Zatem proponuję wziąć głęboki wdech, książkę w rękę i czytać, czytać, czytać!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Edipresse i można ją kupić TUTAJ

Teraz, kiedy Synek na wakacjach u babci, nadrabiam zaległości czytelnicze. Mknę niczym burza przez kartki kolejnych powieści, zwłaszcza takich jak ta ze zdjęcia. Powieść Katherine Center "Milion nowych chwil" to powieść bardzo mocno optymistyczna, czasem potrzeba mi takich właśnie odskoczni od thrillerów i kryminałów.

Maggie to piękna i młoda kobieta, która niebawem rozpocznie swoją wymarzoną pracę, jest w szczęśliwym związku z przystojnym Chipem, przyszłym pilotem planującym w walentynki oświadczyć się swojej dziewczynie. Maggie ma jednak pewien nieuzasadniony lęk przed lataniem, który towarzyszy jej od dzieciństwa. Pokonuje go jednak, gdy Chip zabiera ją na trochę nielegalny lot podczas którego zostają narzeczeństwem. Niestety chwila szczęścia nie trwała długo, bo lot cessną kończy się tragicznie. Młoda kobieta w jednej chwili traci wszystko co do tej pory udało jej się osiągnąć i co dawało jej szczęście. Musi rozpocząć życie na nowo i poukładać wszystko od początku. Nie pomagają jej w tym zdeterminowani rodzice, którzy usiłują wykrzesać z niej wolę walki czy gburowaty szkocki fizjoterapeuta - tak jej się jej przynajmniej wydaje. No i siostra Kitty, trochę szalona egocentryczka, z którą od lat nie miała kontaktu. Kobieta przechodzi różne fazy radzenia sobie z zastaną sytuacją. Jest wściekła, zrozpaczona, zamyka się na ludzi, popada w depresję.

Pewnego dnia, po bardzo ciężkim dniu, coś zaczyna się jednak zmieniać, bo do Maggie dochodzi myśl, że nawet jeśli życie rozpadnie się na kawałki, można zacząć wszystko od nowa. Zyskuje nowych przyjaciół, ludzi których wcześniej nie znała, zaczyna spoglądać na świat inaczej, niż patrzyła na niego przed wypadkiem. I to jest moment zwrotny w jej życiu. Czy jednak upora się z bólem fizycznym i duchowym?

Historia opisana w książce "Milion nowych chwil" jest przejmująca, ale bardzo pozytywna w swoim wydźwięku. Wyzwala w czytelniku chęć dostrzeżenia tych drobnych chwil i momentów, z których składa się życie. Zmiana, jaką dokonała główna bohaterka, dostarcza mnóstwo pozytywnej energii, pozwala dojrzeć, że nawet z najgorszej sytuacji jest wyjście i należy patrzeć z nadzieją w przyszłość. Ale uczy też pokory.

Autorka ma bardzo lekkie pióro, więc książkę czyta się płynnie, jednym tchem. Świetne dialogi, pełne humoru przetykane sarkazmem.

Zgadzam się totalnie z osobą, która tak podsumowała książkę: "Jeżeli zamierzasz w tym roku przeczytać tylko jedną książkę, wybierz „Milion nowych chwil”. Jeśli masz przyjaciela, który jest zagubiony w życiu, zrób mu przysługę i wręcz mu tę powieść".

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA i można ją kupić TUTAJ.















ł

Niedziela. Budzą mnie przebijające się przez rolety promienie słońca, przecieram oczy, ale resztki snów jeszcze błądzą w kącikach oczu i na rzęsach. Z półsnu wybija mnie na dobre myśl, że muszę się podnieść, tyle jest przecież do zrobienia, a potem zastanawiam się dlaczego nikt mnie nie budzi. Nie podnosi powieki i nie pyta: "śpisz? O nie śpisz!". Nikt nie szepcze do ucha "pić", "mamo jestem głodny". Nie słyszę tupotu stópek i małego ciepłego ciałka, które ląduje na mnie po wielkim wyskoku, by się poprzytulać i wspólnie, przed rozpoczęciem na dobre dnia, poturlać po łóżku. 

Przeciągam się więc, gramolę na łóżku, siadam, a potem wstaję, ale jeszcze chyba nie doszłam do siebie, bo tak cicho i głucho, pusto i oczom i ustom. Wtedy przypominam sobie, że jestem sama, nikt nie będzie wołał, marudził, nie będę potykać się o klocki lego, które skrzętnie posprzątałam dnia poprzedniego, i rysować bazy ulubionym bohaterom z gry, szukając miejsca na ławie, bo cała w dziecięcych rysunkach. Nie będę szykować kanapek z uśmiechniętą buźką i słuchać narzekań, że z nutellą byłyby pyszniejsze. Nie będę wstawać po tysiąc razy w nocy, bo siku, bo pić, bo coś złego się śni, by otulić ciepłą kołdrą, bo jednak zimne już noce i poranki. Nie będę kulić się na dużym łóżku, jakby miejsca na nim było za mało, bo ktoś o połowę ode mnie mniejszy się na nim rozpycha.

Nie będę pakować plecaka na plac zabaw, a kiedy już spakowany doradzać iść czy nie iść. A potem biegać na ten plac, by sprawdzić czy wszystko w porządku, bo czas gdy siedziałam na ławce z książką w ręku już minął. Teraz samodzielność level hard. Nie będę na okrągło grać w jedną ulubioną planszówkę pilnując by nie zawsze przegrywać czy w szachy dostając niezły łomot. Nie będę przypominać i przekonywać z uporem maniaka, że jednak te zęby to trzeba dłużej i dokładniej szorować. Nie będę sprawdzać przed wyjściem do pracy czy nie mam płatków ze śniadania na koszuli, bo głód był ogromny, a ręką ruszać się nie chciało.

Nie będę dziś przewracać oczami zamiatając kolejny raz piasek z podłogi, bo jakimś cudem pół piaskownicy wysypało się w korytarzu z butów i kieszeni. Nie będę negocjować, że nie czas na kolejną bajkę, a na mycie się i spanie, bo do rana już całkiem blisko. Nie będę tulić małego człowieka i całować ranki, której prawie nie widać, ale bardzo boli, gdy woda z prysznica ją obmywa. Nie będę się wygłupiać, śpiewać i tańczyć jakby jutra miało nie być do wybieranych na zmianę piosenek. Nie będę trzymać przed snem za małą rączkę i słuchać opowieści o ekscytujących wydarzeniach z placu zabaw.

Za to będę miała czas pójść do kina, gdzie na seans wpuszczają od piętnastu plus i przyjść na tyle wcześniej, by zahaczyć o wszystkie kinowe zapowiedzi. Będę mogła delektować się każdym łykiem ciepłej czekolady, bez słuchania "kiedy idziemy?". Będę mogła oglądać w spokoju kolejny film o morderstwach i poszukiwaniu winnego. Będę mogła wyjść z domu w szpilach, chociaż już chyba zapomniałam jak się w nich chodzi. Będę mogła do woli gotować ulubione potrawy, nie martwiąc się i nie kombinując, co jeśli tego nie zje. Będę mogła zabrać ze sobą malutką torebkę, nie przepastną torbę, żeby woda, przekąski i drewniany miecz się zmieściły. Będę mogła słuchać tylko swoich ulubionych piosenek, bez wysłuchiwania "mamo czemu ona tak wyje?".

Będę mogła posiedzieć w totalnej ciszy bez gwaru, szumu i słuchania odgrywanych scenek z udziałem klocków lego. Będę mogła w skupieniu do woli czytać książkę bez jednoczesnego odpowiadania "ile to dwadzieścia pięć razy sześć?". Będę mogła oddać się jodze i medytacji bez przerywników "skończyłaś już, bo mi się trochę nudzi?". Będę mogła powłóczyć się po mieście bez celu, nie śpiesząc się nigdzie, a wracając do domu nie będę przeklinać w myślach korków na drodze. Będę mogła wrócić do wysprzątanego domu kiedy będę chciała, spokojnie przygotować kolację i powoli ją zjeść, nie mówić sto razy "poczekaj", "zaraz". Będę mogła w weekendy spać do której chcę, nie słuchając od szóstej rano  radosnych, ale głośnych pisków.

Będę mogła w końcu dokończyć ten tekst na bloga, co go od czterech tygodni mam w szkicach, bo ciągle jest coś ważniejszego. Siadam więc wyspana, najedzona, w totalnej ciszy, za którą tak tęskniłam, w lśniącym, czystym, ale pustym i głuchym domu, otwieram komputer, a palec samoistnie klika w album ze zdjęciami "My". Widzę maluszka z jasnymi włoskami, stópkę która mieściła się mojej dłoni, dumę w najpiękniejszych oczach na świecie z pierwszej jazdy na rowerze bez kółek, szczęśliwą, pełną ekscytacji rumianą twarz z powodu wymarzonego urodzinowego prezentu, szczerbaty uśmiech w dniu pasowania na ucznia, radosny filmik z ostatnich wakacji. Wtedy biorę telefon w rękę, wzbieram numer i mówię: "Synku wracaj już z tych wakacji, tak bardzo tęsknię!". 

Tak bardzo w tym roku doświadczyłam lipca, jak nigdy dotąd! Pewnie to za sprawą urlopu, który pierwszy raz, odkąd pracuję, wzięłam właśnie w lipcu. A dorobek pracowniczy mam już naprawdę spory. Lipiec potrafi być piękny. Mój taki właśnie bywał. Miałam przy sobie mamę, trochę wyjeżdżaliśmy tak rodzinnie, więc starałam się brać z tego co najlepsze, wycisnąć, co się wycisnąć da. Te nasze wakacyjne migawki wrzucałam na Instagram, a dzisiaj pokażę Wam co mi jeszcze umiliło słoneczne lipcowe dni i wieczory. 

Przemyśl 
 

Odwiedziłam na dłużej rodzinne strony, bo tam zawsze lubię wracać. Jest mama, i siostra, i spokojniej płynie czas. Mieszkałam tam pół swojego życia, ale dopiero ostatnio zwiedziłam w Przemyślu sporo ciekawych miejsc za sprawą siostrzenicy. Spotkałam się z przyjaciółką z dzieciństwa, z którą widzimy się co dwa lata, bo na stałe mieszka w Stanach. Pospacerowałam z ciocią wzdłuż Sanu, pomoczyłam nogi w Jeziorze Solińskim, wdrapałam się na przemyską wieżę archikatedralną, pooglądałam fajki i dzwony. To był fajny czas, kiedy Alex mógł pobujać się na trzepaku, pobiegać z kolegami do późna i wracać do domu brudny, z połową piaskownicy na głowie. Byliście kiedyś w Przemyślu i w Bieszczadach? Jeśli nie, to koniecznie nadróbcie!

Kosmetyki


W lipcu weszłam w posiadanie cudownego, otulającego zapachem balsamu do ciała kokos-wanilia od  Natu handmade. Ich kosmetyki znam i cenię od dawna i wiem, że to zawsze są genialne produkty. Tym balsamem smaruję się codziennie, bo kusi jednym z moich ulubionych zapachów. Balsam ma fajną, lekką, aksamitną konsystencję, która dość szybko się wchłania, a skórę pozostawia miękką i gładką. Po nałożeniu pozostawia lekki filmik, ale nie jest jakoś mocno tłusty. Bardzo bogaty, ale zarazem delikatny czyli taki jak lubię najbardziej. Dobry, prosty skład (olej kokosowy nierafinowany, masło shea, masło kakaowe, olej migdałowy, tapioka, waniliowa kompozycja zapachowa, witamina E) to oczywiście duży plus. Nie jestem w stanie się mu oprzeć!


Jak już jesteśmy przy kosmetykach to powiem Wam, że odkryłam rewelacyjny oczyszczający peeling do twarzy od Chic Chiq, a wiadomo oczyszczanie to podstawa pielęgnacji. Maseczki tej firmy znam od dawna i nie wyobrażam sobie, by stosować inne (jak spróbujecie będziecie wiedzieć o czym piszę!). A teraz skusiłam się na ich peeling do twarzy Aam Face. I nie skłamię jak napiszę, że jest to produkt idealny, moje odkrycie sezonu. W ogóle kosmetyki tej marki inspirowane są Ajurwedą. Bazują jedynie na naturalnych, wyselekcjonowanych składnikach, które pochodzą z różnych zakątków świata, od odpowiednich hodowców. W skład peelingu wchodzi ryż, który ma za zadanie nawilżyć skórę, cukier kokosowy pomagający zatrzymać nawilżenie wewnątrz skóry, mąka z ciecierzycy, która delikatnie oczyszcza skórę z martwego naskórka oraz mango - źródło witaminy A, E, C oraz magnezu. Stosuję ten peeling już chwilkę i widzę pozytywne zmiany w stanie skóry, jest ona gładsza, zredukowane są krosty i zaskórniki. Jak dla mnie bomba!

Do obejrzenia i posłuchania


W lipcu obejrzeliśmy z mężem drugi, wyczekiwany sezon Wielkich kłamstewek. Nie ustępuje on w niczym pierwszej części. Trzyma poziom i wciąga zacnie. Tym razem do obsady dołączyła Meryl Streep, więc nie mogło być inaczej! Kto nie oglądał ten gapa i niech nadrabia!


Langusta na palmie - kanał na youtube prowadzony przez  ojca Adama Szustaka, dominikanina. Pewnie część z Was zna i śledzi jego poczynania. Ja Słucham z przerwami od dawna, ale w lipcu odpalałam jego kanał niemalże codziennie. Dla mnie osobiście prowadzący jest bardzo przekonujący i autentyczny. Najbardziej lubię słuchać Dobranocek, zawsze do nich wracam, bo często pozwalają mi spojrzeć na różne rzeczy z innej perspektywy, lub dojrzeć w swoim życiu coś, czego nie dostrzegałam.

Książka


W siódmym miesiącu roku przeczytałam sporo książek, ale zdecydowanie wygrał u mnie thriller Guillamue Musso "Zjazd absolwentów". Czekałam na niego z niecierpliwością od czasu, kiedy pojawił się w zapowiedziach Wydawnictwa Albatros. Musso to mój ulubiony autor, a "Zjazd absolwentów" to chyba jego najlepsza książka. Genialna historia, gdzie za jedną tajemnicą kryje się kolejna, a mordercę poznajemy już na początku, chociaż zbrodnia wcale nie jest taka oczywista. Thomas Degalais, który obecnie jest wziętym, mieszkającym w Nowym Yorku pisarzem, wraca na Lazurowe Wybrzeże, aby wziąć udział wraz ze znajomymi z młodych lat w zjeździe absolwentów swojego liceum i świętować pięćdziesięciolecie działalności szkoły. Okazuje się, że tutaj nadal niemal wszyscy żyją wydarzeniami z 1992 roku, kiedy to zaginęła w dziwnych okolicznościach para - Vinca Rockwell, piękna i popularna uczennica oraz jej nauczyciel filozofii Alexis Clement. Mimo śledztwa nie udało się ustalić, co się z nimi stało. Przyjęto, że uciekli, by wspólnie rozpocząć nowe życie. Tymczasem, po latach, na jaw zaczynają wychodzić fakty, które temu zaprzeczają, zwłaszcza że niektórzy wiedzą, co spotkało nauczyciela filozofii w pewną grudniową noc. Każda kolejna odkryta karta jest przyczynkiem do dalszej, złożonej historii. Czy społeczność Sophii Antipolis doczeka się wreszcie rozwiązania tej sprawy? Fabuła jest naprawdę przednia, misternie skonstruowana, historia wciągająca, więc to rozrywka na wysokim poziomie. Pełno tu tajemnic, niedomówień, intryg, które w końcówce książki zgrabnie łączą się w jedną spójną całość dostarczając czytelnikowi zaskakujące zakończenie. I oczywiście celne cytaty z literatury, które są swoistymi wprowadzeniami do kolejnych rozdziałów. Brawo Musso!!!

Jedzenie

Lato, więc w mojej kuchni królują warzywa i owoce z pobliskiego ryneczku. A to wszystko co z nich wyczarowuję ma być szybkie w przygotowaniu, no i rzecz jasna smaczne. Nie ma tu żadnych rewolucji, przekombinowanych przepisów, ale i tak pokażę wam czym zajadałam się w lipcu, chociaż właściwie nadal taką owsiankę czy warzywa w woku przygotowuję. Wrzucam, może kogoś zainspiruję.


Zazwyczaj dzień w pracy rozpoczynam owsianką, którą przygotowuję sobie w taki sposób: 3-4 daktyle, 4 łyżki owsianki, 1 pokrojony banan zalewam wrzątkiem i gotuję, później dodaję łyżkę musu kokosowego, czasem pastę z orzechów laskowych, czasem masło orzeczowe, zależy co aktualnie mam w domu. Kiedy wszystko jest gotowe dodaję ulubione owoce - mango, maliny, borówki. Przekładam do pojemnika termicznego i zabieram ze sobą do pracy! Pycha!


Warzywa z woka robię często, bo to pomysł na szybki obiad i czyszczenie lodówki. Podduszam cebulkę w piórkach, następnie dodaję marchewkę w plastrach, cukinię, jak mam to bakłażana, brokuła, kalafiora, kolorowe papryki czy kapustę pak choi i przyprawiam np. świeżo zmielonym pieprzem, oregano. Podduszam, a potem wszystko polewam sosem tamari mieszając do połączenia. Po wyłożeniu na talerz można jeszcze danie posypać ziarnami sezamu czy dołożyć avocado jak lubicie. I gotowe!

Patent do szkoły/przedszkola 


Wrzesień za pasem, chociaż nadal rozkoszuję się wakacjami, to powoli rozglądam się za szkolną wyprawką, by nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę. Kilka dni temu zamówiłam personalizowane etykiety i naklejki od StickerKid, bo Alex w tym roku dołączył do szkolnej drużyny basenowej, więc takie patenty są u nas w cenie. Myślę, że to też idealne rozwiązanie dla mam dzieci przedszkolnych, wiem coś o tym, bo przecież ten etap już za mną. Oznaczenie rzeczy wcale nie musi być ani pracochłonne, ani czasochłonne, ani nieestetyczne, bo można zamówić naklejki, prasowanki, które są trwałe, a do tego ładnie się prezentują. Mona wybrać motyw, kształt, stworzyć własny napis. Zresztą przeczytacie więcej na ten temat w tym wpisie.







Alexander w tym roku rozpoczyna drugą klasę, ale przed wakacjami zakwalifikował się do ogólnoszkolnej grupy basenowej przyszłych klas drugich. Od września więc w ramach tych zajęć będzie miał dodatkowo cztery godziny basenu plus piąta w ramach wuefu, więc potrzeba by był jeszcze bardziej zorganizowany. 

Zeszły rok pokazał nam, że Alexander raczej pilnuje i dba o swoje rzeczy, nie mniej jednak w ferworze przebierania się po basenie zdarzyło mu się nie zapakować butów czy czepka. Tragedii nie było, ale w tym roku żeby mimo wszystko uniknąć zastanawiania się czy to z całą pewnością jego klapki (gdzie w koszu z pozostawionymi rzeczami cztery pary takich samych butów) i nie martwienia się, że na drugi dzień rano w pośpiechu trzeba zakupić czepek, ułatwiając mocno życie zaopatrzyłam nas w zestaw personalizowanych naklejek i etykiet StickerKid. Już wcześniej, jak Alex był w przedszkolu korzystaliśmy z takich udogodnień i bardzo się u nas sprawdziły. 


Wybrałam naklejki imienne na ubrania, głównie aby oznaczyć nasze ręczniki, poncza od Lassig (najlepsze jakie do tej pory mieliśmy, sprawdzają nam się już kolejny rok, kupione w Edukatorku), kąpielówki czy worki na mokre ubrania (nasze są od Milovia). Naklejki są banalnie proste w obsłudze (wystarczy żelazko ustawione do prasowania na sucho) i całe szczęście, bo ja mam problem nawet z przyszyciem guzika, a co dopiero z przyszyciem etykiety, która potem mimo wszystko może gryźć. Poszło mi z tym naprawdę raz, dwa! Są dostępne również naklejki na metki, którymi można podpisać ubrania nawet bez prasowania.


Dołożyłam do zamówienia także personalizowane naklejki do butów, głównie dlatego, by odróżnić po zajęciach nasze buty od butów innych dzieci, zwłaszcza że sporo z nich ma podobne basenowe buty. Świetna jest również opcja dla mniejszych dzieci, które mają problem z odróżnieniem, który but na którą stopę. Ułatwi to zdecydowanie maluchowi znalezienie właściwego buta (zerknijcie TU). 


Dzięki takim naklejkom można podpisać wiele innych rzeczy, w tym np. bidony, śniadaniówki, worki na obuwie, wiecznie ginące linijki czy ołówki, bo dostępnych jest sporo różnych wersji naklejek. Są mniejsze, większe, okrągłe, kwadratowe, w różnych kolorach, z bohaterami czy zdjęciem dziecka. Można również wybrać opcję podpisu zeszytów czy książek (fajna sprawa, bo książki należy dobrze pilnować, ponieważ pod koniec roku, przynajmniej w naszej szkole, należy je zwrócić). Dla młodszych dzieci, tych przedszkolnych można podpisać szczoteczkę do zębów, pastę, okulary czy ulubioną zabawkę. Wszystkie naklejki, jak zapewnia producent, są wykonane z najwyższej jakości materiałów, co zapewnia ich trwałość. Naklejki są odporne na działanie pralek i suszarek.











Obsługiwane przez usługę Blogger.