Nigdy wcześniej nie poznałam takiej miłości, jaką doświadczam będąc mamą. Zatraciłam się w tej miłości dokumentnie. Chcę dla mojej rodziny wszystkiego, co najlepsze, a więc daję z siebie naprawdę maksimum.

Kiedy wróciłam po urlopie macierzyńskim do pracy, mój dzień wypełniały jedynie obowiązki. Dzień po dniu, terminy, harmonogramy, notoryczne niewyspanie, lawirowanie pomiędzy pracą, domem, a opieką nad dzieckiem pochłonęły mnie bez reszty. Swoje potrzeby stawiałam gdzieś na samiutkim dole mojej gigantycznej codziennej listy rzeczy do zrobienia. Listy, która tak naprawdę nigdy nie docierała do dna. Wszystko inne, oprócz mnie samej, było najwyższym priorytetem. Dodatkowo ciągłe wyrzuty sumienia, że może jednak czegoś nie dopatrzyłam, coś mogłam zrobić lepiej. I ta, mam wrażenie, presja społeczna wymagająca od nas by być wysokowydajnymi, oddanymi pracownikami, partnerami czy rodzicami, często dająca poczucie porażki.

Na szczęście dla mojej rodziny, w pewnym momencie wszystko wybuchło, i zrozumiałam, że nie da się dbać o innych, nie dbając o siebie. I być może dla wielu nie jest to jakieś nowatorskie odkrycie, ale dla mnie samej to było jak przebudzenie. Warto więc zadbać o siebie, tak jak dbamy o najbliższych. Zaspokajać też własne potrzeby, a nie jedynie tych, którzy nas potrzebują. To jest dokładnie tak, jak z pierwszą zasadą bezpieczeństwa w samolocie. Maskę tlenową w razie konieczności należy w pierwszej kolejności zakładać sobie, a potem dziecku, bo w innym przypadku straci się przytomność i nie pomoże już nikomu. Warto więc zapewnić sobie taką samą opiekę, jaką dajemy najbliższym. Umniejszanie troski o sobie to nic dobrego, bo wyczerpany, niezadowolony, rozchwiany rodzic doświadcza wielu negatywnych stanów emocjonalnych, które, czego nie da się zaprzeczyć, są szkodliwe dla rodziny.

Doszłam do tego jednak dopiero całkiem niedawno. Uzmysłowiłam sobie, że przecież "nie można wylać z pustego kubka". A wychowanie dzieci to trudna sprawa, lecz praktyka miłości własnej pozwala nam podołać wyzwaniom, jakie ono przed nami stawia i prawdziwie doświadczać przyjemności rodzicielstwa. Warto więc ten kubek napełniać każdego dnia. Kochać siebie, troszczyć się i traktować siebie tak, jak traktuje się kogokolwiek innego, kogo się kocha.

Będąc dziećmi jesteśmy dumni z siebie, myślimy o tym jacy jesteśmy ważni i wspaniali, sygnalizujemy głośno i wyraźnie, bez skrupułów swoje potrzeby, kochamy siebie i nie widzimy w tym nic złego, ale gdzieś po drodze tracimy tę umiejętność. Jesteśmy coraz bardziej zajęci byciem wszystkim dla innych, że w końcu stajemy się niczym dla siebie. Należy więc czasem pomyśleć o sobie, być mamą dla samego siebie, a nie za każdym razem spychać swoje potrzeby, gdzieś na sam dół listy to-do, bo tylko to pozwoli nam dobrze wykonywać swoje obowiązki, być zadowolonym i w pełni cieszyć się macierzyństwem. 

Spójrzmy prawdzie w oczy, po całym dniu, będąc jednocześnie matką, pracownikiem, sprzątaczką czy kucharą, nie mamy ochoty pozostawać w kuchni, by przygotowywać jeszcze śniadanie do pracy, zwłaszcza kiedy dobra książka czy film czekają. Każdy dzień to niekończące się żonglowanie obowiązkami. Ciągłe dbanie o dzieci, dom, praca na etacie, przygotowywanie zdrowych posiłków dla rodziny, a w tym wszystkim znajdowanie jeszcze czasu na zakupy w supermarkecie może wykończyć. Warto więc ułatwiać sobie życie. Szukać szybkich i prostych sposobów na posiłek, który jest zarazem smaczny i całkiem zdrowy. No i ileż można jeść kanapki, nawet te najbardziej wymyślne, na własnoręcznie pieczonym chlebie.

A śniadania jeść trzeba, bo to podobno najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Naukowcy dawno już udowodnili, że należy jeść pełnowartościowe śniadanie, by być zdrowszym, mieć więcej energii i być bardziej skoncentrowanym.

Wiadomo poranki w dni powszednie są bardzo chaotyczne, zwłaszcza jak szkoła czy praca zaczynają się dość wcześnie rano. Fajnie jest wiec obudzić się ze świadomością, że nie musimy zadowalać się kupioną w sklepie owsianką czy kanapką na szybko. Przy odrobinie planowania i przygotowania dzień wcześniej, możemy obudzić się ze świadomością, że coś pysznego na nas czeka. Jest wiele zdrowych pomysłów na śniadanie, które wymagają niewiele wysiłku. Jest mnóstwo przepisów na babeczki śniadaniowe, które można zrobić z wyprzedzeniem, zdrowe receptury na smoothie, do przygotowania dosłownie w kilka minut czy różnego rodzaju owsianki, puddingi overnight, które praktycznie robią się same. Dziś trzy moje sprawdzone przepisy na takie właśnie śniadania. Polecam!

Pudding chia




Nasiona chia to nasiona szałwii hiszpańskiej, która pochodzi z Ameryki Południowej. To nasiono samo w sobie nie ma smaku, smakuje natomiast tym czym jest nasączone. Żelują się, absorbując płyn, w którym są namoczone, mogą zwiększać swoją objętość aż dziewięciokrotnie, a po zjedzeniu stopniowo go oddają, nawadniając organizm od wewnątrz. Nasiona chia są bogate w witaminy, minerały, błonnik, kawasy omega 3 i omega 6. Dodają energii i siły!



Składniki na około 1-2 porcje:

  • 200 ml dowolnego mleka (kokosowe, migdałowe, w zależności co kto lubi)
  • 3 łyżki chia
  • 1 łyżka syropu klonowego, z agawy, a nawet miodu
  • dowolne owoce, całe bądź zmiksowane, może być też pulpa z mango

Przygotowanie:

Wieczorem mieszam z mlekiem syrop klonowy, nasiona chia i całość wkładam na noc do lodówki. Ważne jest aby mieszać przez pierwsze pół godziny co jakiś czas, aby nie zrobiły się grudki. Rano dodaję ulubione owoce w całości, czasem dodaję zmiksowane, a innym razem nawet pulpę z mango. By zaspokoić większy głód można wieczorem do całości dodać także płatki owsiane. Też smakuje super! Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie robiliście tego puddingu, to zachęcam!

Muffinki warzywne


Jajka to świetny sposób na śniadanie, ponieważ są pełne białka, dzięki czemu czujemy się pełniej na dłużej. Jajecznica może być specjalnym sobotnim śniadaniem, a takie warzywne babeczki, mogą być odskocznią od codzienności. 



Składniki na około 15 muffinek:

  • 2,5 szklanki mąki (ja użyłam akurat kukurydzianą, trochę jaglanej i pszenną, ale co kto lubi, może być sama pszenna)
  • 4 wiejskie jaja
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli himalajskiej
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego
  • 1 łyżeczka papryki
  • 3 łyżki masła klarowanego
  • 1 starta cukinia
  • 1 starta marchewka
  • kilka pieczarek i trochę kukurydzy
  • pół cebuli drobno posiekanej
  • kilka różyczek sparzonego, posiekanego brokuła
  • 1 łyżeczka oleju kokosowego

Przygotowanie:

Rozgrzewamy piekarnik do 180 st. W dużej misce mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sól i ocet. W osobnej ubijamy jajka z papryką i łączymy składniki. Do miski dodajemy roztopione masło, cukinię, marchewkę, kukurydzę (w zasadzie to, na co mamy ochotę, możemy dodać też groszek, podgotowanego pokrojonego ziemniaka, nawet starty ser). Na rozgrzanej patelni na oleju kokosowym podduszamy cebulkę i pieczarki, a następnie dodajemy do masy, którą przekładamy do blaszki na muffinki wyłożonej papilotkami. Całość pieczemy około 30 minut. Można je przechowywać w lodówce przez 2-3 dni. Proste, szybkie i smaczne!

Zielone smoothie 


Takie koktajle to prawdziwe bogactwo witamin, minerałów oraz błonnika, który świetnie w naturalny sposób reguluje przemianę materii. Dbacie o piękne paznokcie, skórę i włosy to takie koktajle są idealne dla Was. To wspaniała alternatywa zbilansowanego, zdrowego śniadania praktycznie bez większego nakładu pracy.


Składniki na 3 porcje:

  • trzy garście szpinaku
  • 20 g płatków owsianych
  • 2 banany
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 kiwi
  • 1 jabłko
  • szklanka soku np. jabłkowego, pomarańczowego
  • pół szklanki wody
  • opcjonalnie nasiona chia

Przygotowanie:

Nic bardziej prostszego. Wszystko razem miksujemy, aż do uzyskania jednolitej konsystencji.  Smoothie można dosłodzić miodem lub syropem z agawy. Przelewany do słoika i voila! Smacznego!


Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.










Kiedy kilka lat temu pomieszkując w Dublinie pierwszy raz od współlokatorki usłyszałam o szczotkowaniu ciała na sucho, to trochę drwiąco podeszłam do sprawy. Słabo też zagłębiłam się wtedy w temat. Minęło jednak trochę czasu i po raz kolejny koleżanka powiedziała mi o szczotkowaniu ciała i zaletach z tego płynących. Tym razem postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat i tak rozpoczęła się moja przygoda ze szczotkowaniem, która trwa do dziś. Przeczytałam sporo artykułów o szczotkowaniu i pomyślałam, że podzielę się z Wami moją wiedzą i praktyką w tym temacie.


Co to jest szczotkowanie na sucho?
Rytuał szczotkowania ciała na sucho przywędrował do nas z Azji i znany jest od stuleci np. w medycynie chińskiej, ajurwedzie czy kulturze japońskiej. Według zielarza badającego starożytną metodę leczenia w Indiach Todda Caldecotta to ajurwedyjska praktyka gharsana, której celem jest przede wszystkim przeniesienie limfy w kierunku serca, aby wymieszać ją z krwią, z statecznym celem wysłania odpadów metabolicznych oraz przechowywanych toksyn do nerek i wątroby w celu ich eliminacji czyli krótka mówiąc układ limfatyczny zostaje pobudzony do wzmożonej pracy, komórki są stymulowane, poprawia się krążenie krwi dzięki czemu toksyny są szybciej wydalane z organizmu. 

Co daje takie szczotkowanie?
Przede wszystkim pozwala na wzmocnienie naturalnych funkcji odpornościowych organizmu chroniąc go przed infekcjami i stanami zapalnymi spowodowanymi wieloma różnymi czynnikami. Szczotkując ciało sprawiamy, że dotleniona krew jest znacznie sprawniej dostarcza do narządów, a to dodaje energii.

Suche szczotkowanie usuwa martwe komórki naskórka i zachęca do produkcji nowych komórek. To przyjemny zabieg złuszczający, po którym pory się otwierają, oczyszczają z brudu i pozostałości, a więc mamy fajne oczyszczanie skóry. Wszystkie złogi i martwe komórki, które gromadzą się na powierzchni skóry, sprawiając że wygląda ona matowo, szaro i sucho zostają podczas takiego zabiegu usuwane. Zaleca się wzięcie później prysznica, aby spłukać martwe komórki, a następnie można użyć dobry balsam nawilżający, który po takim zabiegu zdecydowanie lepiej się wchłonie i zadziała. Skóra wówczas pozostanie mega miękka, jędrna, gładka, bardziej napięta. 

Szczotkowanie ciała pomaga eliminować niekorzystne zjawisko zatrzymania płynów w organizmie. W naturalny sposób możemy zatem pozbyć się obrzęków spowodowanych gromadzeniem się wody w organizmie, bo takie szczotkowanie usprawnia przepływ płynów w tkankach.

Dzięki temu, że masaż szczotką pobudza krążenie krwi, skóra jest lepiej ukrwiona i pobudzona do regeneracji komórek, staje się bardziej elastyczna i odporna na rozciąganie i powstawanie rozstępów.

Masaż szczotką to także jeden ze sposobów redukowania stresu. Mięśnie się wówczas rozluźniają, umysł odpoczywa, wprowadzając nas w doskonały nastrój. Szczotkowanie szczególnie szyi, karku, ramion, barku redukuje napięcie, które gromadzi się przez cały dzień. Poświęcenie więc kilku minut na tę praktykę na początku dnia pozwoli nam fajnie z energią rozpocząć dzień, a na końcu dnia zrelaksować się. 

Czy szczotkowanie ciała na sucho jest dla wszystkich?
Osobiście uważam, że należy zwracać uwagę na to co jest dobre dla nas i naszego organizmu. Nie wolno ignorować znaków ostrzegawczych, dokuczliwych objawów jak pieczenie, dyskomfort, swędzenie. Zdecydowanie jest to zabieg odradzany osobom z mega wrażliwą czy bardzo suchą skórą, z chorobami skórnymi (egzemą) czy żylakami, bo może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Szczotkowanie nie jest też wskazanie dla osób z nadciśnieniem tętniczym, a także w przypadku stanów zapalnych mięśni czy stawów. Alternatywą może być wówczas kąpiel detoksykacyjna. 


Jak wykonywać masaż?
Przede wszystkim należy zaopatrzyć się w dobrą szczotkę. Ja miałam już trzy. Aktualnie używam szczotki, którą mam z Natu Handmade, z której jestem naprawdę bardzo zadowolona i mocno polecam. Wykonana jest z naturalnych włókien z agawy rosnącej w Meksyku.  Warto zainwestować w szczotkę właśnie z włókien naturalnych, a nie syntetycznych.

Zanim zaczniemy masaż należy się nawodnić, wypić wodę np. ze szczyptą soli i kroplami cytryny, aby odpady metaboliczne i toksyny były sprawniej przemieszczane w kierunku systemu wyjścia z organizmu. 

Szczotkowanie najlepiej wykonywać codziennie przed prysznicem. Warto zacząć od delikatnego nacisku, dopiero z biegiem czasu można mocniej pracować szczotką. Należy pamiętać o zasadzie szczotkowania: od dołu, ku górze. Masaż zaczynamy od stóp i wykonujemy długie ruchy, takie zamiatanie, w kierunku serca. Zazwyczaj szczotkuję daną sekcję kilka razy (np. powtarzam po 10 razy). Potem ten sam proces z wykonuję z rękami, zaczynając od dłoni i kierując się w stronę serca. Po bokach przesuwam się od biodra po pachy. Brzuch, pośladki szczotkuję kolistymi ruchami zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. Siłę nacisku zmniejszam tam, gdzie moja skóra jest bardziej wrażliwa. Należy też omijać wszelkie znamiona, blizny, świeże podrażnienia. 

Poniżej grafiki autorstwa Louisy Cannell obrazujące prawidłowe wykonywanie szczotkowania (chociaż ja osobiście niczego nie nakładam ani żadnym preparatem nie spryskuję szczotki). Można również poszukać na You Tube filmików instruktażowych, pokazujących jak krok po kroku wykonać taki masaż. 


Po takim zabiegu i prysznicu warto zastosować dobry balsam, masło czy olej, bo jego składniki będą wchłaniały się zdecydowanie dużo lepiej, a więc i lepiej zadziałają. 

Warto pamiętać by po skończonym szczotkowaniu zadbać również o szczotkę, aby nie zostawiać jej mokrej pod prysznicem, a wysuszyć w bezpiecznym, z dala od wody miejscu. Warto też prać szczotkę używając do tego szamponu czy mydła, a następnie wysuszyć. 

Pierwsze efekty takiego zabiegu widać już po kilku tygodniach, ale aby kuracja przynosiła trwałe rezultaty warto wykonywać ją codziennie przez około 4 miesiące, później można zmniejszyć częstotliwość i szczotkować ciało co dwa dni. Pozytywne zmiany zachodzą nie tylko w naszym organizmie, ale też poprawiają nasze samopoczucie. To jak zaczynasz szczotkować ciało na sucho?
Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.




















"Pozwól mi wrócić" to trzeci thriller B.A. Paris, który przeczytałam. Książki tej autorki zdecydowanie przypadają mi do gustu. Czytam je z zapartym tchem, nie mogąc się wprost oderwać i dostarczają mi mnóstwo czytelniczych doznań.

Świetny i intrygujący pomysł na fabułę, to zdecydowanie zaleta tej ksiażki. Sporo w niej scen, które trzymają mocno w napięciu, mnóstwo zwodzenia, niedopowiedzeń, wahań i zawirowań, powodujących, że nie możemy odłożyć ksiażki, spragnieni jesteśmy poznać zakończenie. A kiedy już je poznamy zaczynamy się zastanawiać czy na pewno w mroku nie czai się zło, a osoba z którą żyjemy na co dzień jest tą za którą się podaje.

Cała historia opowiedziana jest z perspektywy początkowo jednego, a następnie dwóch bohaterów, podzielone na teraz i wcześniej przeplatając się wzajemnie. Uważam, że to świetny zabieg, który pozwala lepiej zobrazować całą historię Finna i Layli. 

A historia zaczyna się od zniknięcia Layli. Dwoje młodych i bardzo w sobie zakochanych ludzi wyjeżdża na wypoczynek do Francji. W drodze powrotnej zatrzymują się na parkingu. Kiedy chłopak wraca z toalety, zastaje pusty samochód. Przerażony zaczyna szukać dziewczyny. Bezskutecznie jednak. Miłość jego życia zapadła się pod ziemię. W poszukiwania włącza się policja, z którą chłopak nie do końca jest szczery. Mijają lata i Finn rozpoczyna nowe życie z siostrą Layli. Zakochani planują ślub i wówczas pojawiają się znaki jednoznacznie świadczące o tym, że Layla jednak żyje. Finnem szarpią wątpliwości, raz podejrzewa wszystkich wkoło o próbę oszustwa, by za chwilę być prawie pewnym, że ukochana z przeszłości żyje i jest bliżej, niżby się mogło wydawać. Nie będę zdradzać finału historii, bo warto ją poznać samemu. Zapraszam zatem do lektury. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros.

 








Ostatnio na blogu bardzo nas mało, ale styczeń totalnie nas rozłożył. Choroba goniła chorobę, a ja niespecjalnie znalazłam czas na pisanie pomiędzy mierzeniem temperatury, a podawaniem lekarstw, robieniem okładów, a gotowaniem ulubionych potraw, zwłaszcza że noce też nie były specjalne. Mam jednak nadzieję, że w lutym będzie lepiej i choróbska nam odpuszczą.

Styczeń nie był do końca jednak pozbawiony uroku, bo czas spędzony razem zdecydowanie do najcenniejszych należy. No i było kilka fajnych zachwytów, na które serdecznie Was zapraszam.


KOSMETYKI


W styczniu furorę zrobił u mnie krem do twarzy Achillea z manufaktury Szmaragdowe Żuki. Ostatni okres zdecydowanie nie wpłynął dobrze na kondycję mojej cery. Zimno, szczypiący mróz, a zaraz później ciepłe, suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach sprawił, że moja skóra stała się przesuszona, czasem aż piekła na policzkach, natomiast strefa T serwowała mi różne niespodzianki. Jakiś czas temu wypróbowałam eliksir do twarzy Aesculus od Szmaragdowych Żuków (pisałam o nim więcej TU), świetnie się sprawdził, więc zaopatrzyłam się u nich również w krem do cery mieszanej i normalnej. Krem okazał się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Już po kilku użyciach zauważyłam wyraźną poprawę jeśli chodzi o kondycję mojej cery. Stosuję go codziennie pod makijaż i naprawdę fantastycznie się sprawdza, a nawet mam wrażenie przedłuża jego trwałość. Skóra po nim jest ukojona, odprężona, nawilżona. Dodatkowym plusem jest to, że kosmetyki od Szmaragdowych Żuków są w szklanych opakowaniach i mogą być ponownie użyte. Marka nie używa też dodatkowych pudełek ani folii opakowaniowych i dostarcza produkty w opakowaniach biodegradowalnych, wypełnionych ekologicznymi skrobiowymi piankami i zaklejonych papierową taśmą na ekologicznym, bezpiecznym kleju. Brawo!


JEDZENIE


W styczniu zdecydowanie wygrywa robione pierwszy raz samodzielnie przez mojego męża sushi. Oboje bardzo uwielbiamy, więc ogromnie się cieszę, że mąż ogarnął temat. Wyszły mu naprawdę znakomite i były dokładnie takie, jakie lubię najbardziej.


Złota zupa z soczewicy to drugi kulinarny przysmak stycznia. Przepis pochodzi z Jadłonomia.com i raczyliśmy się nim ostatnio bardzo często. Oczywiście Alexander kręcił nosem, ale my z mężem się zajadaliśmy. Idealna na zimowe, chłodne dni, bo świetnie rozgrzewa. Wypróbujcie, może tak jak my będziecie zachwyceni (źródło zdjęcia Jadłonomia).

DOKUMENT

W ostatnim czasie obejrzałam dwa naprawdę dobre dokumenty, do których Was kieruję.


Pierwszy z nich to "Plastikowy ocean", który totalnie mnie wbił w fotel i ciągle o nim myślę. Dokument ten opowiada o zaśmiecaniu oceanów plastikowymi odpadami i jego wpływie na środowisko. Dokumentuje najnowszą naukę, udowadniając, jak tworzywa sztuczne, po wejściu do oceanów, rozpadają się na małe cząsteczki, które trafiają do łańcucha pokarmowego, gdzie przyciągają toksyny niczym magnes. Te toksyny są przechowywane w tkankach tłuszczowych owoców morza i ostatecznie konsumowane przez nas. A wiecie np. że w centrum Oceanu Spokojnego naukowcy odkryli więcej plastiku niż planktonu i że przez ostatnie 10 lat gatunek ludzki wyprodukował więcej plastikowych śmieci niż przez wcześniejszych 100 lat, a liczba ta nieustannie rośnie? Warto obejrzeć ten program, chociażby dlatego, że po jego obejrzeniu z całą pewnością nie porwiemy już na zakupach z taką łatwością plastikowego worka czy butelki wody.


Kolejny dokument to "Cały ten cukier", który obrazuje co dzieje się w organizmie po jego spożyciu. Film trafnie ukazuje nadmiar zjadanego cukru, nasze od niego uzależnienie i jego konsekwencje. Reżyser dokumentu przez prawie dwa miesiące codziennie spożywał 40 łyżeczek cukru. Czy to dużo? Otóż wcale nie, tyle średnio go spożywamy, bo jak się okazuje cukier jest dodawany do większości produktów, włącznie z tymi nazywanymi 'healthy food'.

MODA


W tym roku nadal "choruję" na len. Ostatnio odkryłam dwie, bardzo ciekawe marki, które stawiają na naturalne tkaniny. Jedną z nich jest Natula. To mała wrocławska pracownia, w której sukienkach się zakochałam. Zresztą, no powiedzcie sami, czyż nie są piękne? Fajne kolory, gumka w talii i dekolt w kształcie litery V, to nie może się nie udać. 
Nad spódnicą z Histore.pl zastanawiam się już drugi miesiąc. Nie mogę zdecydować się na kolor, ale chyba granat aktualnie najbardziej do mnie przemawia. Prosta, klasyczna, myślę że będzie leżała idealnie. To świetna podstawa i najciekawszym elementem nie jednej stylizacji. Oczywiście wykonana w 100% z lnu. 

Niespecjalnie pałam miłością do lutego, mimo że to najkrótszy miesiąc w roku i to właśnie w tym miesiącu obchodzi się dzień miłości czyli popularne Walentynki,  to jednak zimny, ponury miesiąc, gdzie często gęsto chlapa i ciapa za oknem. W tym właśnie okresie obserwuję u siebie widoczny spadek energii, taka sezonowa depresja. Mam jednak swoje ukryte sposoby, by wnieść więcej równowagi i dobrego samopoczucia do życia w lutym. Jeżeli jesteście ciekawi, zapraszam do przeczytania całego tekstu.

1. Wiem, że cukier szkodzi, ale spożywanie dobrej, ciemnej czekolady zdecydowanie ma pozytywny wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie. Należy jednak pamiętać, by wybierać czekoladę o jak najwyższej zawartości kakao. Można nią zastąpić inne słodycze. Gorzka czekolada nie tylko poprawia nastrój, wpływając na podwyższenie poziomu endorfiny i serotoniny, ale też świetnie pobudza, dodaje energii na dłuższy czas, wpływa na poprawę koncentracji, polepsza pamięć, redukuje zmęczenie i senność.

2. Pozwalam sobie na chwile sama ze sobą. Najczęściej wtedy leżę w ciszy, czasem medytuję czy śpiewam mantry czego nauczyłam się chodząc na jogę. A czasem najzwyczajniej na świecie otulam się kocem i czytam książkę lub patrzę przez okno. Wyciszam się wówczas i spoglądam na świat bardziej przyjaźnie.

3. Piję Gold milk, na którego przepis dała mi moja najlepsza przyjaciółka. Ja osobiście niespecjalnie lubię mleko, chyba że wyjątkowo najdzie mnie na nie ochota, a to bardzo polubiłam. Robię je na bazie mleka migdałowego z kurkumą, pieprzem, cynamonem i kardamonem. Ten ajurwedyjski napój ma naprawdę wiele wspaniałych dla naszego ciała właściwości. Działa rozgrzewająco, zwiększa odporność, zwalcza infekcje i ma też właściwości antydepresyjne. 

4. O ile czas i zdrowie mi pozwalają chodzę na Hatha jogę, która jest dla mnie zarówno odpoczynkiem dla umysłu, jak i ćwiczeniami dla ciała. Joga to wbrew pozorom nie tylko wykonywanie efektownych póz czy przysłowiowych "wygibasów", ale to szeroka dyscyplina, która ma wiele zalet, bo wzmacnia siłę mięśni, poprawia metabolizm, pracę serca, uczy prawidłowego oddechu, a gdy organizm się porządnie dotleni, ma więcej energii. Wiadomo też, że aktywność powoduje natychmiastową produkcję endorfin, uważanych za hormony szczęścia. Oprócz tych korzyści stricte dla różnych części organizmu, joga pozwala też lepiej radzić sobie ze stresem. 

5. Staram się  odstawić elektronikę z ekranami LCD na dobre dwie godziny przed snem i co najmniej godzinę po przebudzeniu. A dzięki temu sięgam po papierową książkę, stąd lista przeczytanych książek w danym miesiącu jest spora. Wpatrywanie się w urządzenia emitujące dużo niebieskiego światła wywołuje w mózgu reakcje zakłócające rytm okołodobowy, a to zakłóca prawidłowy sen, który jest doskonałym, darmowym lekarstwem dla naszego organizmu i świetnym kosmetykiem. Jeśli chcecie cieszyć się zdrowiem i mieć dużo energii na co dzień, warto się wysypiać.





Ostatnio na moim Instagramie napisałam, że w styczniu przeczytałam pięć książek. Sporo osób dziwiło się, że tak dużo. Ja myślę, że to wcale nie jest dużo, zwłaszcza jak się trafia na dobre tytuły. Czasem bywa tak, że książka wciąga tak bardzo, że nie jestem w  stanie jej odłożyć. Tak właśnie było w przypadku thrillera "Nie jestem potworem" hiszpańskiej autorki Carme Chaparro.

Książka opowiada o porwaniach dzieci i niezłomnej walce policjantki, by odnaleźć osobę, która stoi za wspomnianymi porwaniami. Trzydzieści sekund, tylko tyle wystarczy, by stracić z oczu swoje czteroletnie dziecko oglądające wystawę w centrum handlowym. Tak było w przypadku czteroletniego Kike, którego matka w jednym spod madryckich centrów handlowych odbierając wiadomość od męża, z którym była w separacji, oderwała od chłopca wzrok, a kiedy znów spojrzała w kierunku synka, już go nie było. Zaczyna się koszmar. Nie ma bowiem nic gorszego, jak utrata własnego dziecka. Na miejsce przyjeżdża policja oraz media, które na bieżąco relacjonują postęp wydarzeń. Sprawą zajmuje się nadinspektor Ana Aren z madryckiej policji, a przebieg wydarzeń relacjonuje jej koleżanka Inés  Grau. Media bardzo szybko łączą zaginiecie chłopca z porwaniem, które miało miejsce dwa lata temu w tym samym miejscu. Zaginął wówczas czteroletni Nicolas. Sprawą również zajmowała się Ana Aren, której nie udało się odnaleźć chłopca, ani porywacza. Tymczasem kilka dni później w tej samej lokalizacji ginie kolejny chłopiec. Tym razem to syn dziennikarki, czteroletni Pablo. Śledztwo nabiera tempa, liczy się każda minuta i każdy szczegół. Wyniki prowadzonego śledztwa przyniosą zaskakujące rezultaty oraz okrutną prawdę o człowieku, który jest w stanie posunąć się bardzo daleko, by osiągnąć swój cel. 


Książka jest debiutanckim thrillerem Carme Chaparro, hiszpańskiej prezenterki i redaktorki telewizyjnego serwisu informacyjnego, która rewelacyjnie poradziła sobie z tematem. Świetnie nakreśliła portrety psychologiczne poszczególnych bohaterów. Zgrabnie i z niezwykłą dokładnością opisywała prowadzone śledztwo, pokazując również jego ciemne strony. Po mistrzowsku wręcz podsuwa tropy, zarzucała przynętę, żonglowała emocjami, by wciągnąć Czytelnika bez reszty. 

Według mnie to jeden z lepszych thrillerów, które w ostatnim czasie przeczytałam. Wart każdej poświęconej mu minucie. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i aktualnie można go kupić TUTAJ w promocyjnej cenie. Serdecznie polecam! 







Ogromnie się cieszę, że dzięki np. Instagramowi czy innym social mediom trafiam na ludzi, którzy tworzą swoje marki z ogromym zaangażowaniem, pasją wkładając w swoją pracę całe serce. Dobre, piękne produkty, dopracowane w każdy detalu, i do tego wytworzone w naszym kraju. Nieważne czy są to naturalne kosmetyki, ubrania czy przedmioty użytku codziennego. Wszystkim twórcom niezmiernie kibicuję. 

Dlatego pomyślałam, że powrócę do cyklu #wspierampolskibiznes, bo warto pokazywać, by wspierać polskie marki. Tym razem przedstawiam Wam niezwykle oryginalną firmę - Woodspot Beskidy tworzącą kolekcję drewnianych misek i talerzy z miłości do natury i produktów, które nie szkodzą naszemu środowisku. To bardzo istotne w dzisiejszych czasach, gdy plastik zalewa nas z każdej strony. 


A teraz przeczytajcie, co o samej marce mówią jej twórcy.

1. Może na samym początku zapytam o to, kto stoi za marką Woodspot Beskidy?

Za marką Woodspot stoi Paulina. Zajmuję się wysyłką i  grafikami, kontaktem z klientami, natomiast same naczynia tworzy Pan Antonii:)
Pan Antonii to stolarz z prawdziwego zdarzenia. Kocha to co robi, wkłada w pracę całe serce, więc  wielbiciele naszych produktów mogą mieć pewność, że wykonane przez niego rzeczy są niepowtarzalne. I wykonane metodą tradycyjną.

2. Skąd pomysł na stworzenie personalizowanych talerzy, misek czy sztućców z drewna?

Pomysł zrodził się zwyczajnie z potrzeby. Szukałam oryginalnych, ekologicznych naczyń dla córki. Znudziły mi się popularne na rynku kolorowe talerzyki dla dzieci. Lubię rzeczy proste i niekoniecznie wielobarwne. Dlatego w pierwszej kolejności powstały miski z rysunkami zwierzątek. Jesteśmy wielbicielami wszystkiego co drewniane, ale w tej bardziej nowoczesnej odsłonie. Talerzyki czy miski są odzwierciedleniem tych tradycyjnych. Brakowało na nich jednak czegoś co poprawiałoby humor bądź po prostu dodawało uroku. Oczywiście liczyła się także dobra zabawa, więc ukryte na dnie grafiki dla dzieci właśnie to nam zapewniały:) Niezmiernie ważne także dla mnie jest to, aby to czego używamy w naszym domu było jak najbardziej naturalne i służyło nam przez lata, co osiągamy dzięki dobrej impregnacji. 

3. Czyli potrzeba, matką wynalazków. Jakie cechy charakteru trzeba mieć, żeby pomysł stał się rzeczywistością? I jakie były największe z tym związane wyzwania?

Najtrudniej zacząć i przebić się przez czeluście internetu, gdzie aktualnie pełno już jest produktów handmade. Natomiast jeśli jesteś pewny, że Twój produkt jest jedyny, oryginalny i testowany przez Ciebie, to są duże szanse, że odniesie sukces:) Trzeba też mocno wierzyć w to co się robi, a upór i cierpliwość z całą pewnością są sprzymierzeńcami.

4. Inspiracje. Jak się rodzą, skąd przychodzą, gdzie ich szukać?

Inspiracje czerpiemy głownie z internetu, pinterest to kopalnia pomysłów. Jeśli chodzi o grafiki czy napisy to inspiracją dla mnie są książki obrazkowe dla dzieci, a nawet obrazki z ubranek dziecięcych. Oczywiście najmilej wspominamy pomysły naszych klientów, które niejednokrotnie nas zaskakują. Czasem tworzymy coś wspólnie. Dużo inspiracji można znaleźć również na stronach i sklepach z produktami wyposażenia wnętrz, jak houzz.com czy bloomingville interiors.

5. Bardzo mnie ciekawi jak wygląda proces twórczy?

Cały proces twórczy to dość zawiła sprawa. Przede wszystkim najpierw szukamy drewna. Głównie tworzymy z jesionu i czereśni. Staramy się, aby produkty które tworzymy, były zrobione z drewna, które nie zostało dopuszczone do produkcji - ma np. niewielkie skazy, inne usłojenie lub są nierówne. Pierwszy etap więc to poszukiwanie drewna, które czasem znajduje się kilkaset kilometrów od naszego miejsca zamieszkania. Następnie zajmujemy się jego obróbką. Tniemy drewno na odpowiedniej grubości bloki, z których Pan Antonii tworzy dla Was naczynia. Wszystko robi ręcznie na tokarce.  Później następuje polerowanie i impregnacja czyli woskowanie, by naczynia nie piły zbyt dużo wody, co przedłuża ich trwałość. Używamy jedynie wosków naturalnych, woski pszczele czy popularnego w naszej kuchni oleju  kokosowego, bo miski przecież mają kontakt z żywnością. A potem to już same przyjemności :) Przełożenie grafik, loga na drewno poprzez wypalanie go laserem.

7. Czego mogę Wam życzyć?

Jest dobrze tak jak jest bo czerpiemy radość z tego co robimy. A najbardziej zależy nam na zadowoleniu naszych Klientów. 

Myślę, że o to nie musicie się martwić. Woodspot to fantastyczna marka z cudownymi produktami. 










Sprawdziłam dziś z ciekawości, kiedy ostatnio na blogu pojawił się wpis o naszych ulubionych serialach. Zamieściłam go w 2014 roku - do podejrzenia TUTAJ. Od tego momentu obejrzeliśmy z mężem sporo naprawdę świetnych seriali. Powstała więc niezła lista, żal się nie podzielić, zwłaszcza że często np. na Instagramie pytacie czy polecę jakiś serial na wieczór. Wprawdzie na codzień brakuje nam czasu na ślęczenie przed telewizorem, bo jednak obowiązki gonią obowiązki. Staramy się jednak pobyć chociaż chwilkę razem, by pogadać, czasem nawet posiedzieć w ciszy, zjeść dobrą kolację, a czasem właśnie, wielokrotnie z braku sił na cokolwiek innego, pooglądać dobry serial. Oboje lubimy głównie seriale kryminalne, więc najczęściej takie oglądamy. W moim przypadku dobrze wówczas mieć drugą połówkę obok, ponieważ ja jestem strasznie bojaźliwa i czasem pół odcinka potrafię chować głowę pod koc, pytając co chwilkę o to, co się dzieje. Znacie to? Też tak  czasem macie? Fajnie się wtedy przytulić do kogoś bliskiego, bo strach mija. 

Żeby nie przedłużać, zaczynamy. Czytajcie, zapoznawajcie się, dzielcie się listą, dodawajcie koniecznie swoje polecenia i oczywiście oglądajcie. Seriale są podane w zupełnie przypadkowej kolejności. 

THE SINNER



Serial The Sinner z Jessicą Biel w roli głównej jest naprawdę dobry. To osiem odcinków opowiadających historię młodej kobiety, żony i matki, która w biały dzień na plaży zabija nożem mężczyznę. Bohaterka nie potrafi odpowiedzieć dlaczego to zrobiła, a pewien detektyw usilnie próbuje odkryć prawdę. Czy mu się to uda i co takiego wydarzyło się w życiu kobiety, że posunęła się do takiej zbrodni - odpowiedź znajdziecie oglądając serial. Wiem, że na np. angielskim Netflixie jest już jego druga część. Bardzo czekam na kontynuację. 

TOP OF THE LAKE


Kiedyś Netflix "podpowiedział" mi ten serial i powiem Wam, że to była bardzo dobra podpowiedź. Dosłownie łyknęliśmy go z mężem w trzy wieczory. Serial jest bardzo mroczny, ciężki, mocny, ale my takie bardzo lubimy, zwłaszcza z tak zaskakującym zakończeniem. Rzecz dzieje się w małym miasteczku w Nowej Zelandii, gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach ginie 12-letnia dziewczynka, córka lokalnego bossa narkotykowego, która jest w ciąży i nie chce wyjawić informacji o ojcu dziecka. Do sprawy zostaje przydzielona młoda detektyw Robin Griffin, która wraca z Sydney, by opiekować się umierająca matką. Sama nie ma najlepszych wspomnień z rodzinnego miasta. Prowadząc śledztwo odkrywa sporo zaskakujących sekretów lokalnej społeczności.

GRACE I GRACE


I ten serial Netflix wyświetlił mi kilka razy, więc skorzystałam z podpowiedzi. To generalnie zapis rozmowy irlandzkiej pokojówki, która została oskarżona o zabójstwo swoich pracodawców z psychologiem. W trakcie tych rozmów kobieta wspomina swoje życie, a my odkrywamy prawdę o tym czy Grace rzeczywiście maczała palce w zabójstwie, czy była jedynie nieświadomym pomocnikiem prawdziwego mordercy.

OPOWIEŚĆ PODRĘCZNEJ


Pierwszy sezon serialu "Opowieść podręcznej" powstał na podstawie książki Margaret Atwood, która pokazała okrutny, bulwersujący świat, gdzie naczelnym problemem była bezpłodność. Kobiety zostały całkowicie pozbawione praw, a jakikolwiek przejaw nieposłuszeństwa z ich strony jest surowo karany. Stały się surogatkami panów z wyższych klas, służącymi czy niewolniczkami w obozach pracy. Ciężki, mocny, wstrząsający. 

KARPPI


Jeżeli znacie i podobał Wam się serial "The Killing" to tym z całą pewnością też będziecie zachwyceni oglądając "Karppi". Rzecz dzieje się w ponurej Finlandii, gdzie na terenie kosztownej i bardzo nowoczesnej inwestycji koncernu Tempo policja odkrywa zwłoki młodej kobiety. Do śledztwa przydzielona zostaje detektyw, która zmaga się z osobistymi problemami po śmierci męża, i której przychodzi współpracować z przydzielonym jej młodym policjantem. Oprócz samego, ciekawie rozwijającego się śledztwa kryminalnego, mnóstwo tu wątków osobistych głównych bohaterów, które wciągają równie mocno, jak samo śledztwo.

BROADCHURCH


Kolejny dobry serial kryminalny obejrzany na Netflixie. Tym razem to brytyjska produkcja "The Broadchurch". Mega klimatyczny, nastrojowy z przepięknymi zdjęciami. W tle rozszalałe wody i przerazisty wiatr idealnie oddające nastroje wydawać by się mogło spokojnego miasteczka Broadchurch, którym wstrząsa zabójstwo jedenastoletniego chłopca. Rodzice, kolega, starsza kobieta, ksiądz, nauczycielka skrywają różne tajemnice, ale czy jedną z nich jest zabójstwo? Oprócz głównego wątku kryminalnego, jest też pokazana trudna relacja zawodowa pomiędzy dwójką detektywów, którym zostaje przydzielone śledztwo. Dodam, że zakończenie jest bardzo przewrotne i zaskakujące.

RIVERDALE


"Riverdale" - o jeny jak ten serial nas wciągnął. W na pozór spokojnym Riverdale zostaje zamordowany nastolatek, a potem swoje żniwo zbiera zamaskowany szaleniec. Grupa nastolatków próbuje sama rozwiązać zagadki tajemniczych zabójstw. Mnóstwo tu tajemnic, sekretów, dramatów. Mi osobiście bardzo podoba się narracja, bowiem wydarzenia komentowane są przez jednego z głównych bohaterów, Jugheada, zresztą najciekawszą postać ze wszystkich. Chłopak pisze książkę o wydarzeniach, które zadziały się w tym surrealistycznym miasteczku. No i nie mogę nie wspomnieć, że gra tu Dylan z Beverly Hills 90210, który wcielił się w ojca jednego z nastolatków. 

BLOODLINE


Serial Bloodline jest w sam raz na zimowe wieczory, bo rzecz dzieje się na rajskiej Florydzie, gdzie gorąco i pełno wspaniałych plaż. Bogata rodzina Rayburn prowadzi tam hotel. Po latach nieobecności wraca do domu jeden z braci, czarna owca, a jego obecność przywołuje niewygodne wspomnienia i wkrótce okazuje się, że rodzina skrywa mnóstwo tajemnic. Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to warto nadrobić. 

MOST NAD SUNDEM


"Most nad Sundem" jest naprawdę dobry. Lubię ten totalnie mroczny klimat i intrygującą Sagę. To serial przez który zarwaliśmy nie jedną noc, ale co tam, wszak sen jest dla słabych. Na moście łączącym Szwecję i Danię zostaje znalezione ciało kobiety. Ponieważ leży ono dokładnie pośrodku mostu, śledztwo muszą prowadzić oba kraje. Wkrótce zabójca kontaktuje się z mediami i oznajmia, że to dopiero początek i że ma określoną misję do wypełnienia. Rozpoczyna się wyścig z czasem.

CASE


Serial Case, utrzymany jest w mrocznym, niepokojącym klimacie. Opowiada o tajemniczej śmierci nastoletniej islandzkiej baletnicy Láry. Wiele wskazuje na to, że sama odebrała sobie życie, wieszając się na linie w teatrze. Policyjna detektyw jednak nie wierzy w taką wersję wydarzeń. Poza nią sprawą interesuje się też dwójka prawników. Jeżeli podobał Wam się The Killing czy Most nad Sudem to i ten serial z całą pewnością przypadnie Wam do gustu.

THE GOOD WIFE


Historia rozpoczyna się od tego, że na jaw wychodzą liczne zdrady oraz korupcja prokuratora stanowego Petera Florricka. Jego żona, by utrzymać rodzinę, musi po latach wrócić do zawodu prawnika. I o tym właśnie świecie opowiada serial. Pełno w nim potyczek prawnych, a perypetie zawodowe przeplatają się ze sferą osobistą. Każdy odcinek dotyczy innej sprawy kryminalno-obyczajowej, prowadzone jest śledztwo, rozprawa na sali sądowej i zapada wyrok. Wszystko stanowi doskonale wyważoną, świetnie przemyślaną całość.

BODYGUARD


"Bodygard" to serial, którego rzecz rozgrywa się w Wielkiej Brytanii. Weteran wojny w Afganistanie, który cierpi na zespół stresu pourazowego, zostaje osobistym ochroniarzem brytyjskiej minister spraw wewnętrznych. Agent nie podziela jednak poglądów pani polityk, ale miedzy nimi rodzi się uczucie. Mnóstwo tu intryg, politycznych nieczystych zagrań i spisków. Czy agentowi uda się ochronić panią minister? Serial do samego końca trzyma w napięciu. Polecam, jeśli jeszcze go nie widzieliście. 

SAFE


"Safe" to serial, którego intryga jest naprawdę nieźle skonstruowana. Historia rozgrywa się na strzeżonym angielskim osiedlu, gdzie popularna w szkole dziewczyna, pod nieobecność rodziców, urządza imprezę, podczas której odkrywa pływające w basenie zwłoki młodego chłopaka, a jedna z koleżanek ginie, jakby zapadła się pod ziemię. Ojciec zaginionej dziewczyny, znany chirurg, wychowujący po śmierci żony dwie córki, zaczyna na własną rękę poszukiwania. Tom z każdym dniem odkrywa, że nie do końca zna najbliższe mu osoby, a skrywana przez lata tajemnica i tak w końcu ujrzy światło dzienne. Duży plus ode mnie za solidną i wielowątkową historię.

MARCELLA


"Problemy w małżeństwie, tragiczna strata, zaniki pamięci, trudy macierzyństwa... Nie jest lekko, ale nie nie przeszkodzi londyńskiej pani detektyw w łapaniu morderców" - ten opis nas przekonał. Koniecznie obejrzyjcie, bo wszystko jest tu doskonale poukładane, co wskazuje na to, jak dokładnie zostało przemyślane. 

LUTHER


"Luther" to z kolei serial sensacyjno-kryminalny. Główny bohater, detektyw John Luther, pracujący w londyńskiej policji tropi z pełnym zaangażowaniem groźnych przestępców, z którymi czasem ma wiele wspólnego. 

THE AFFAIR


Przyznam szczerze, że ten serial zaczęłam oglądać przez jednego z głównych bohaterów, którego gra Joshua Jackson. "The affair" to opowieść o dwóch małżeństwach i romansie, który ze wszystkimi konsekwencjami doprowadza do rozpadu obydwu związków. Noah to dobry mąż i oddany ojciec pracujący w nowojorskiej szkole średniej. Pewnego dnia, podczas wakacyjnej wyprawy do teściów, spotyka jednak kobietę, w której rozpoznaje bratnią duszę. Czy uda mu się stworzyć nowy, szczęśliwy związek, burząc poprzedni?


To tyle, a teraz czekam na wasze polecenia. 

→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→
Jeżeli spodobał Ci się ten post i sądzisz, że może komuś się przydać, kliknij proszę Lubię to na moim profilu na FB lub udostępnij go u siebie. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.