Tym razem chciałabym napisać bliżej o książce Tany French "Wiedźmie drzewo", którą okrzyknięto jedną z najlepszych książek roku według redaktorów "Literary Hub", jedną z dziesięciu najlepszych powieści kryminalnych roku według "Crimereads" czy książką, której według "Vogue", nie wolno przegapić. Czy faktycznie zasługuje na takie miano? Zapraszam do zapoznania się z moją opinią.

Niemal trzydziestoletni Toby prowadzi szczęśliwe, spokojne życie. Ma swój świat, swoją pracę, dziewczynę, z którą dobrze mu się układa i przyjaciół, na których zawsze może liczyć. Wprawdzie nie osiąga jakiś spektakularnych sukcesów, ale nie ma też powodów do narzekań. Wiedzie mu się dobrze do czasu, kiedy zostaje napadnięty w swoim własnym domu. Zostaje mocno poturbowany, ale nie tylko fizyczna jego strona cierpi, bo pojawiają się również problemy z koncentracją i problemy natury psychicznej. By podreperować zdrowie, dojść do siebie, ale też zaopiekować się chorym wujkiem, udaje się do Ivy House, uroczego domku na przedmieściach Dublina, gdzie spędzał każde wakacje. Kiedy zaczyna się czuć już naprawdę dobrze, przychodzi zmierzyć mu się ze wstrząsającym odkryciem. Otóż w pniu rosnącego w ogrodzie starego wiązu zostaje znaleziony ludzki szkielet. Badania dowodzą, że zbrodni dokonano około dziesięć lat wcześniej czyli w czasie, kiedy zaginął chłopiec, jeden z kolegów Toby'iego. I to właśnie on zostaje głównym podejrzanym w sprawie morderstwa. Luki w pamięci chłopaka z całą pewnością nie pomagają mu w dotarciu do prawdy. Czy faktycznie dokonał tak makabrycznego czynu?

Książka "Wiedźmie drzewo" to moje pierwsze zetknięcie z twórczością irlandzkiej pisarki Tany French i z całą pewnością nie ostatnie. Ciekawy pomysł na fabułę, świetnie zawiązana intryga oraz umiejętnie dawkowany i podsycany niepokój to z całą pewnością zalety książki. Dodatkowym plusem są bardzo dobrze wykreowane postacie. Początkowe kilkadziesiąt stron, które pozwają nam zapoznać się z bohaterem, są nieco luźniejsze, ale później z każdą stroną akcja nabiera tempa. Wątek kryminalny daje o sobie mocno znać, coraz więcej tajemnic, niepokojących incydentów z przeszłości wychodzi na jaw, bo jak się okazuje prawda nie zawsze jest taka, jak na pierwszy rzut oka nam się wydaje. "Wiedźmie drzewo" czyta się bardzo przyjemnie, ale trzeba poświęcić jej więcej czasu, by wyłapać wszelkie sygnały, niuanse pomagające w rozwikłaniu zagadki. Polecam! Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwarte.



Tak się jakoś złożyło, że w ostatnim czasie w kilku miejscach niemalże jednocześnie przeczytałam słowa Jean Jacques Rousseau, że "im słabsze ciało, tym silniej nami rządzi". Każdorazowo czytając te słowa, myślałam o tym jakie to prawdziwe. Problemy z kręgosłupem i towarzyszący temu codzienny, ostry ból, bardzo utrudniały mi życie. Musiałam zrezygnować z wielu zajęć i planów, co z kolei trochę mnie frustrowało. Mimo że ćwiczę jogę już jakiś czas, zazwyczaj jednak były to zajęcia w szkole z instruktorem, na które chodziłam raz w tygodniu, a z przypadku dwa. Niestety z tych zajęć czasowo musiałam zrezygnować, bo nie dawałam rady praktykować z silnymi bólami z grupą. Nie chciałam jednak rezygnować całkowicie z jogi, bo to jest to, co sprawia mi ogromną przyjemność, rozłożyłam więc matę w domu i zaczęłam praktykować powoli w swoich czterech ścianach. Początkowo miałam wiele obaw, że taka forma ćwiczeń, nie do końca zda u mnie egzamin, ale pomyślałam że lepiej ćwiczyć i wzmacniać swoje ciało, aniżeli nie robić nic. Teraz joguję codziennie i zauważam pozytywne zmiany. Zdecydowanie fizycznie lepiej się czuję, chociaż ból jeszcze się pojawia i pewnie pojawiał się będzie, ale odpowiednie asany wzmacniają mięśnie przykręgosłupowe na czym zdecydowanie zyskuje mój kręgosłup. Jestem też bardziej spokojna i pogodna, bo codzienne praktykowanie jogi daje wiele pozytywnych aspektów w całym naszym organizmie, zarówno na poziomie zdrowotnym, jak i duchowym. 

Chcę wrócić też do zajęć z instruktorem, który będzie na bieżąco korygował moją postawę, ale taka praktyka w domu zdecydowanie pomaga mi w rozwijaniu umiejętności. Osobiście jestem zwolennikiem jogi w łagodnych jej odmianach, mam do swojego ciała szacunek, więc ćwiczę na tyle  ile mi ono aktualnie pozwala. Uczestniczyłam parę razy w zajęciach np. z power jogi i ashtangi, ale wolę pracę z ciałem i oddechem o umiarkowanej lub łagodnej intensywności. Wyszukuję sobie więc takie lekcje na youtube.

Czasem po skończonych ćwiczeniach wrzucam na Instagram zdjęcia i kilka osób zapytało mnie z kim ćwiczę. Pomyślałam, że to fajny temat, by się z Wami podzielić moimi osobistymi doświadczeniami w tym temacie. Dzisiaj pokażę Wam trzy moje ulubione polskojęzyczne kanały. 

Oto one:


U mnie bezapelacyjnie wygrywa kanał Małgosi Mostowskiej mmYOGATo właśnie z nią ćwiczę w domu najczęściej. Na kanale Małgosi znajdziecie jogę dla początkujących, ale też na zdrowy kręgosłup, z której ja obecnie najczęściej korzystam. Fajnie są pokazane i omówione poszczególne pozycje czyli taki przewodnik po jodze. Świetny jest też dział "pogadankowy", w którym znaleźć można filmy o pewności siebie, zdrowym odżywianiu czy motywowaniu się. Ja też zaglądam na kanał Gosi po filmiki medytacyjne. Lubię jej kanał, bo prowadzi zajęcia jogi jak moja instruktorka ze szkoły (notabene też Małgosia), no i ta przyjemna muzyka w tle. Jeżeli ćwiczycie jogę, to pewnie znacie jej kanał, ale jeżeli dopiero zaczynacie przygodę z jogą, to koniecznie spróbujcie poćwiczyć z Małgosią. Ja osobiście bardzo polecam!

Kolejnym kanałem, który równie często włączam jest kanał prowadzony przez Agatę Ucińską. Lubię praktykować z Agatą, ponieważ wiele jej filmów dostosowanych jest dla osób początkujących. Pokazuje ona i tłumaczy dokładnie, praktycznie i w bardzo przystępny sposób pozycje czy sekwencje jogi. Na jej kanale można znaleźć również jogę na kręgosłup, na stres, ale też filmy typu Q&A. A głos Agaty jest bardzo kojący. Ćwiczenie z Agatą to naprawdę czysta przyjemność. 


Z chęcią odpalam też filmiki innej Gosi, tym razem z Anatomii Jogi, która oprócz tego, że jest nauczycielką jogi, jest też fizjoterapeutką. Na jej kanale znaleźć można sporo filmów, które dotyczą technicznych aspektów wykonywania asan czy technik prawidłowej pracy z oddechem, koncentracji czy medytacji. Nie brakuje tutaj również ćwiczeń z gotowymi sesjami jogi. Gosia na swoim kanale podpowiada też jak radzić sobie ze swoimi ograniczeniami. Lubię też filmy pogadankowe, bo dziewczyna porusza ciekawe tematy. 



  








Jejku jak ten kwiecień gdzieś się śpieszył. Minął mi zupełnie niepostrzeżenie. Niestety nie zostawił po sobie dużo dobrych wspomnień, ale nie ma co się skupiać na negatywach. Było jednak też trochę fajnie, bo uśmiechałam się bardzo, chociaż czasem i przez łzy, chciało mi się bardziej, ale to wiadomo - wiosna ma tę moc sprawczą. Energetyczny kop od budzącej się i zielonej przyrody, wpadających przez okno promieni słońca i fajna energia od dobrych ludzi sprawia, że to co złe gdzieś tam szybko ulatuje. W kwietniu skupiałam się na tych prostych przyjemnościach dnia codziennego i cieszyłam się z tych małych rzeczy! A o niektórych z nich napiszę Wam dzisiaj! Zapraszam zatem na moje hity kwietnia!

KOSMETYKI


Masło do ciała rozmaryn i grejpfrut od Mydłostacji skradł moje serce już bardzo dawno temu, ale to w kwietniu ponownie do niego wróciłam i bardzo szybko sobie przypomniałam dlaczego to jest moje ulubione masło. Ten produkt jest po prostu obłędny! Cudowny zapach, fajna konsystencja, świetne działanie i do tego szklane opakowanie! Wszystko czego potrzebuje ciało, zarówno w zimie, jak i w lecie, zamknięte jest w tym małym pojemniczku. Masło jest dość zbite, ale pod wpływem ciepła dłoni przybiera płynną postać, dzięki czemu lepiej się go aplikuje. Radzi sobie idealnie z moją szorstką skórą po zimie. Dobrze się wchłania, a skóra jest po nim przyjemnie nawilżona przez długi czas. Pozostawia lekki filtr, który chroni skórę przed nadmiernym odparowywaniem wody. Oczywiście dobry, krótki skład to też plus tego kosmetyku. Jeżeli jeszcze jakimś cudem go nie używaliście, to ja polecam! 


Ten melonowy scrub ze zdjęcia od Nacomi kupiłam w osiedlowej drogerii, bo poleciła mi go pani ekspedientka i bardzo się u nas sprawdził, więc to już drugie nasze opakowanie. Piszę u nas, bo mam wspólnika do niego :) Ten peeling ma w sobie ziarenka maku i przez to jest dość mocnym ścierakiem, który świetnie usuwa martwy naskórek. Jego konsystencja jest wprawdzie żelowa, ale szybko zmienia się w czasie użytkowania w kremową i to mi bardzo odpowiada. Ja stosuję go do całej twarzy sporadycznie, ale za to namiętnie jako peeling do ust. Skóra po nim jest bardzo gładka, miękka, delikatna i niepodrażniona (trzeba pamiętać by mocno nie naciskać). Super!

JEDZENIE


W kwietniu zdecydowanie królowała u nas sałatka z serkiem halloumi i ananasem. Uwielbiam takie połączenia. Sałatka jest mega szybka w przygotowaniu, a smakuje naprawdę wybornie. Przepis pochodzi od Elizy z jej pierwszego Fash Food Book'a. 

SERIAL

A właściwie to nawet dwa i to obejrzane w przeciągu kilku dni, ale to dlatego że oba są mega wciągające i bardzo krótkie, bo składające się raptem łącznie z 12 odcinków. U nas z racji strajku nauczycieli, Alexander wylądował u babci, więc mieliśmy wolne popołudnia i wieczory.


Pierwszy z nich to Modliszka. Serial opowiada o kobiecie, seryjnej morderczyni, odsiadującej wyrok, która pomaga rozwiązać zagadkę zabójstw, podobnych do jej własnych sprzed wielu lat. Kobieta zgadza się pomóc policji, ale stawia warunek. Chce przy rozwiązywaniu zagadki współpracować z synem policjantem, którego zostawiła trafiając za kratki. Wciągający, z fajną fabułą i wartką akcją. 


Kolejny z nich to Ruchome piaski. Serial powstał na podstawie powieści kryminalnej i opowiada o młodzieży z prywatnej szkoły. Pokazuje z jakimi problemami mierzy się dzisiejsza młodzież, jak łatwo ulega pokusom, manipulacjom i jak ogromne są zaniedbania ze strony rodziców. W szkole na przedmieściach Sztokholmu dochodzi do strzelaniny. Ginie nauczyciel i uczniowie. Z masakry cało wychodzi Maja, która zostaje oskarżona o podżeganie do zabójstwa i zabójstw. W trakcie procesu na jaw wychodzą sekrety tragicznego dnia i jej relacja z Sebastianem, chłopakiem z bardzo bogatego domu. 

KSIĄŻKA


W czerwcu jakoś zdecydowanie mniej czytałam, a właściwie to wolniej. Być może dlatego, że nie czytałam powieści, które zdecydowanie czyta się szybko, ale książki o jodze i mindfullness, nad którymi trzeba się bardziej pochylić. Przeczytałam jednak dwa thrillery psychologiczne, ale tylko jeden zrobił na mnie wrażenie. To książka "Tak cię straciłam" Jenny Blackhurst Wydawnictwa Albatros. To nie pierwsza książka tej autorki, którą miałam przyjemność przeczytać. Tym razem jest to historia kobiety, która została oskarżona o zabicie swojego synka, w wyniku depresji poporodowej. Kobieta właściwie nic z tego okresu nie pamięta. Trafia do szpitala psychiatrycznego, a potem do więzienia. Kiedy po latach wychodzi na wolność, ma wprawdzie nową tożsamość, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć, bo otóż ktoś podrzuca jej niepokojące przesyłki. Książka mocno wciąga, trzyma w napięciu, szokuje, zaskakuje zakończeniem! Świetna!

KANAŁ NA YOUTUBE



Jednym z moich ulubionych kanałów jogowych na youtube jest kanał Gosi Mostowskiej. To właśnie z nią ćwiczę w domu najczęściej. Na kanale Małgosi znajdziecie jogę dla początkujących, ale też na zdrowy kręgosłup, z której ja obecnie najczęściej korzystam. Fajnie są pokazane i omówione poszczególne pozycje czyli taki przewodnik po jodze. Świetny jest też dział "pogadankowy", w którym znaleźć można filmy o pewności siebie, zdrowym odżywianiu czy motywowaniu się. Ja też zaglądam na kanał Gosi po filmiki medytacyjne. Lubię jej kanał, bo prowadzi zajęcia jogi jak moja instruktorka ze szkoły (notabene też Małgosia), na której zajęcia nie bardzo z racji zdrowotnych w ostatnim czasie mogę sobie pozwolić. Jeżeli ćwiczycie jogę, to pewnie znacie jej kanał, ale jeżeli dopiero zaczynacie przygodę z jogą, to koniecznie spróbujcie poćwiczyć z Małgosią. Ja osobiście bardzo polecam! 

MODA




Szukam fajnych butów na wiosnę/lato i wpadły mi w oko te i te. Glamoursy jedne mam, takie pełne, i bardzo jestem z nich zadowolona, więc kolejna para kusi mnie bardzo. Buty są naprawdę super wykonane, miękkie przez co świetnie się noszą. Są trwałe, a stopa w nich oddycha. Cholewki, podszewki oraz wewnętrzna konstrukcja butów wykonana jest ze skór naturalnych. Dodatkowo każda para robiona jest ręcznie na zamówienie, a nie masowo. Ja jestem zachwycona, więc zastanawiam się nad kolejną parą. Piękne, co nie?


W kwietniu znów wróciłam do fajnej polskiej marki produktów dla dzieci YoClub. Firma działa na rynku już dwadzieścia lat. W swojej ofercie mają dobrej jakości akcesoria odzieżowe dla dzieci i młodzieży. Świetne skarpety, rajstopy, kapcie, trampki, rękawiczki, czapki, a wszystko to w rewelacyjnie niskich cenach. Zerknijcie tam koniecznie zanim zaczniecie uzupełniać wiosenną i letnią garderobę dla swoich dzieci.










































Po thrillery zwłaszcza psychologiczne, jak pewnie nie trudno się domyśleć śledząc mojego bloga, sięgam ostatnio najczęściej. Buszuję po księgarniach internetowych w poszukiwaniu takiej właśnie literatury. Zazwyczaj czytam opisy i dzięki nim decyduję czytać czy nie. W większości przypadków są to świetne wybory. Tak też było i w przypadku książki "Co o mnie wiesz?" Megan Mirandy. 

To moje pierwsze zetknięcie z twórczością tej autorki i od razu znakomite. Z wielką przyjemnością śledziłam losy Leah, Emmy i Beathany czekając jaki będzie finał tej historii. Historii, która może nie jest mroczna i pełna zwrotów akcji, ale trzymająca w napięciu i sprawiająca, że czasem sami gubimy się w tym co jest prawdą, a co kłamstwem, budząca w czytelniku poczucie, że nikomu nie możemy ufać.

Leah Stevens to młoda i przebojowa dziennikarka bostońskiej gazety. Pewnego dnia publikuje artykuł o serii samobójstw, co nie podoba się jej szefowi i z dnia na dzień traci pracę oraz chłopaka. Przypadkowo w barze spotyka Emmę, koleżankę z czasów studiów. To przypadkowe spotkanie doprowadza do wyjazdu, a w zasadzie do ucieczki przed przeszłością, obu kobiet do zachodniej Pensylwanii. Wynajmują piękny domek i stopniowo rozpoczynają nowe życie. Emma pracuje dorywczo w różnych miejscach, a Leah przyjmuje posadę nauczycielki w miejscowej szkole. Tą ostatnią zaczyna się interesować napastliwy adorator David, który wkrótce staje w kręgu podejrzanych za brutalne pobicie Bethany, kobiety łudząco podobnej do Leah. Na domiar złego Emma nie wraca do domu i Leah zgłasza zaginięcie współlokatorki, ale czy ktoś taki jak Emma Grey w ogóle istniał?! Wszystko wskazuje na to, że nie. 

Co w takim razie jest prawdą, a co kłamstwem? Kim jest Leah i jakie tajemnice z przeszłości powinny w końcu ujrzeć światło dzienne? Tego dowiecie się sięgając po książkę "Co o mnie wiesz?", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak. Szczerze polecam! Rewelacyjne czytelnicze doznanie!








Czasem lubię "odpocząć" od thrillerów i kryminałów, co ostatnio nie często mi się zdarza. Kiedy dotarła do mnie książka "Skok w króliczą norę" autorstwa Adrianny Michalewskiej i Izabeli Szolc o czterech przyjaciółkach, moich równolatkach, wychowanych w naszej rodzimej robotniczej Łodzi, wiedziałam że to będzie dobra odskocznia. "Skok w króliczą norę" to trzecia część sagi o łódzkich dziewczynach.

Cztery kobiety: Monika, Amelia, Paulina i Iza, których młodość przypadła na pierwszą dekadę XXI wieku w rozwijającej się kapitalistycznej Polsce są teraz dorosłe, mają rodziny, dzieci i praktycznie te same problemy, co w momencie wkraczania w dorosłość. Ciągną się za nimi konsekwencje złych wyborów, z którymi mimo upływu lat nie potrafią się uporać. Monice przyszło zmierzyć się z samotnym macierzyństwem i chorobą matki, więc miota się między domem a szpitalem. Iza zmaga się z alkoholizmem, w które pchnęło ją nieudane małżeństwo z despotą, dla którego przemoc ekonomiczna stała się sposobem na utrzymanie przy sobie żony. Amelia z kolei rozpacza po stracie pracy i rozpadzie związku. Do tego dochodzą trudne relacje z matką oraz ciągłe pragnienie posiadania dziecka. Ostatnia bohaterka natomiast emigruje do Irlandii w poszukiwaniu lepszego życia. Kobiety dzieli właściwie wszystko, ale łączy przyjaźń, która trwa jednostajnie latami i niejednokrotnie ratuje je z opałów i nadaje głębszy sens ich istnieniu. To przyjaźń prawdziwa, taka bez lukru.

"Skok w króliczą norę" jest idealną książką dla kobiet pisaną przez kobiety. Bo w sumie któż lepiej nas zrozumie, niż my same?! Pewnie niejedna z nas w głównych bohaterkach odnajdzie coś z siebie. Ich problemy, troski, trudne decyzje, z którymi zmagają się dzień po dniu, przytrafiają się i nam, zwykłym kobietom. Czasem jednak pojawia się nadzieja i piękne chwile, które zapierają dech. Warto się tylko na nie otworzyć. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza






















Marzec (pomimo nie zawsze sprzyjającej pogody) to jeden z moich ulubionych miesięcy w roku. Pewnie dlatego, że jestem marcową dziewczyną, tak jak i moja mama, więc powodów do świętowania sporo, bo i po drodze jeszcze Dzień Kobiet oraz pierwszy dzień wiosny. Niestety w tym roku z pogodą dość słabo, ale chyba trzeba dać wiośnie trochę czasu na rozruch. Zresztą w marcu jak w garncu, o czym wie nawet mój Syn, więc może kolejny miesiąc będzie obfitował w piękne, słoneczne dni. Tymczasem marzec w tym roku nie tylko pogodowo, ale też chorobowo mocno mnie przeczołgał. Mimo tego wyhaczyłam kilka znakomitych wow, które teraz Wam tutaj pokażę!




Kosmetyki

Ostatnio mocno ograniczyłam się w nabywaniu kosmetyków, bo jeszcze muszę kilka rzeczy zdenkować, więc nie ma co kupować na zaś. Testuję też kilka ciekawych, moim zdaniem produktów, więc być może w najbliższym czasie uda mi się przygotować wpis o moich kosmetycznych hitach ostatnich miesięcy. Dawno już nie było takiego wpisu, ale zawsze wolę najpierw coś porządnie wypróbować, żeby móc się z Wami podzielić sprawdzonymi i wartymi zachwytu produktami.

W marcu, a właściwie już trochę wcześniej, odkryłam super krem-maskę od Shy Deer. Stosuję go rano i wieczorem, na oczyszczoną i stonizowaną twarzy i szyję. Z racji tego, że jestem już panią przed czterdziestą potrzebuję kremów, które opóźniają widoczne efekty starzenia :) Poza tym po zimie moja skóra była sucha, trochę jak papier, więc potrzebowałam produktu, który dobrze ją nawilży. Ten krem-maska idealnie spełnia swoją funkcję, nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Super nawilża przesuszoną skórę czyli producent nie tylko napisał, że produkt tak działa, ale faktycznie tak jest. Ja czasami stosuję go również jako maskę, wtedy nakładam więcej, czekam 10 minut, a następnie nadmiar maski ściągam. Naprawdę godny polecenia produkt. 

Drugim zachwytem, ale nie po raz pierwszy, jest peeling cukrowo-solny Daleki świat od Mydłostacji. To jest sztos. Ubóstwiam go! Chyba nigdy nie miałam lepszego peelingu. Skóra jest po nim bardzo elastyczna, przyjemna w dotyku, odżywiona, no i mega pachnąca. Zapach utrzymuje się naprawdę długo na skórze. Fajnie się rozprowadza, dobrze spłukuje. Nie ma potrzeby używania po jego zastosowaniu dodatkowego smarowidła. Jak dla mnie bomba!

Moja przygoda z hybrydą zakończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Owszem fajnie jest mieć pięknie zrobione i długo utrzymujące się zadbane paznokcie, nie dostrzegać szybko pojawiających się odprysków czy niedoskonałości po malowaniu zwykłymi lakierami, ale jakoś ta metoda do mnie nie przemówiła do końca. Poza tym ja dość szybko się nudzę kolorem na paznokciach, więc to chyba nie moja bajka. Po hybrydzie dałam moim paznokciom wytchnąć, ale z czasem zatęskniłam za kolorami. Znalazłam fajne lakiery Ella+Milla bez Formaldehydu, wegańskie, szybkoschnące i nawet trwałe.


Książka

"Cień białego miasta" to książka, o której mówiłam ostatnio na stories na moim Instagramie. To pierwsza część otwierająca trylogię białego miasta. W hiszpańskiej Vitorii dochodzi do bliźniaczych morderstw, które są łudząco podobne do tych, które miały miejsce dwadzieścia lat wcześniej. W tym samym czasie na wolność ma wyjść Tasio Ortiz de Zàrat, którego za kratki dwadzieścia lat wcześniej  wysłał brat bliźniak, policjant prowadzący śledztwo pierwszych bliźniaczych morderstw. Kiedy koszmar powraca na mieszkańców miasteczka pada blady strach i oczy wszystkich zwracają się ku Unai López de Ayala, ekspertowi od profilowania kryminalnego, któremu przydzielono śledztwo. Sam inspektor od lat fascynuje się sprawami podwójnych morderstw, ale też zmaga się z własną, trudną przeszłością. Czy zdoła ocalić kolejnych mieszkańców miasteczka przed szaleńcem, który swoje ofiary wybiera według pewnego schematu i działa niezwykle precyzyjnie?
Wcale się nie dziwię, że książka okazała się fenomenem czytelniczym, bo to ponad 570 stron wspaniałej lektury. Fabuła książki jest doskonale przemyślana, skonstruowana i po mistrzowsku opowiedziana. Postacie są wyraziste, autentyczne, nie są w żaden sposób przerysowane. Mnóstwo tutaj pobocznych wątków, które w rewelacyjny sposób udaje się autorce połączyć w końcowej części w logiczną całość, pełno rodzinnych tajemnic i niedomówień, mających wpływ na kryminalny wątek. "Cień białego miasta" to niezwykła gratka dla miłośników thrillerów. Z niecierpliwością czekam na koleją część. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza.

Film

Ostatnio obejrzeliśmy film "Temple Grandin", który jest biografią kobiety dotkniętej autyzmem. Nie przeszkodziło jej to jednak spełniać swoje marzenia i stać się ekspertem w dziedzinie hodowli bydła. Temple Grandin jako mała dziewczynka miała problemy w szkole i w kontaktach z ludźmi. We wszystkim jednak wspierała ją matka, która chciała by córka żyła normalnie. W czasie wolnym dziewczynka jeździła na farmę do wujostwa i tam zaczęła się jej wielka miłość do zwierząt. Jako dorosła kobieta zaczęła szerzyć wiedzę o autyźmie i właściwym traktowaniu zwierząt rzeźnych. Cieszę się, że powstają takie filmy, które szerzą wiedzę na temat autyzmu, pokazują że jest to walka o wszystko, co dla innych ludzi jest całkiem normalne. Film pokazuje też, że mimo choroby, ułomności, przeciwności losu każdy jest w stanie spełniać swoje marzenia. Film naprawdę wart obejrzenia. 

Serial 

Serial, który chcę polecić również opowiada historię, która wydarzyła się naprawdę. Mowa tu o "Dirty John". Można obejrzeć na Netflixie. Opowiada przerażającą historię o kobietach manipulowanych przez mężczyznę. Debra Newell to mądra kobieta prowadząca z sukcesami firmę. Nie wiedzie jej się jednak w miłości. Pewnego dnia poznaje Johna, szybko ulega jego urokowi i w niecałe dwa miesiące od poznania biorą szybki ślub. Nie podoba się to dzieciom kobiety, bo nie przepadają za wybrankiem matki. Debra totalnie traci głowę dla Johna i początkowo nie dostrzega, że z mężczyzną jest coś nie tak. Kiedy zaczyna dostrzegać, że chyba nie do końca dobrze ulokowała uczucia, sprawy nabierają bardzo złego obrotu. Początkowe odcinki ogląda się naprawdę w napięciu, końcowe już są trochę nudzące, ale mimo wszystko warto skusić się i obejrzeć ten serial, chociażby ze względu na głównych aktorów, którzy wcielili się w swoje role znakomicie. 

Moda 

Nie jestem zupełnie znawczynią mody i mało podążam za aktualnymi trendami, ale w marcu wpadły mi w oko dwie rzeczy. Pierwsza z nich to sukienka z H&M, o ta, oraz fajne jeansy z wysokim stanem z Zary

Jedzenie

W marcu rozkochałam się w różnych sałatach przede wszystkim, ale odkryłam też fajną pastę Słodki sen z Eco gram. Teraz ich produkty można kupić w Rossmannie i ja tam właśnie ją dostałam. Super sprawa do naleśników czy nawet do gofrów, które u nas ostatnio powróciły do łask. Pasta składa się tylko z trzech składników: daktyli, orzechów laskowych i kakao. Pasta jest słodka, ale nie zapycha i nie zakleja buzi. Nam bardzo podeszła. Przez internet można kupić bezpośrednio u producenta TUTAJ

Domowe inspiracje

A na koniec zostawiłam sobie coś super! W marcu przyszedł do mnie piękny plakat, a właściwie to wyjątkowa mapa nieba, który zamówiłam sobie na urodziny. Myślałam o nim od dawna, bo mocno pasuje mi do sypialni. Czekam jeszcze wprawdzie na ramkę, która ma przyjść na dniach i będę męczyć męża o to by go zawiesił, więc pewnie pokażę go w całej okazałość przy najbliższej okazji. Pochodzi on ze strony Strellas.com. Można sobie tam zamówić spersonalizowany plakat z mapą nieba z naszej wyjątkowej chwili. Plakaty ilustrują dokładny układ gwiazd widoczny dla konkretnej długości i szerokości geograficznej oraz daty i godziny. Mapy można zamawiać w wersji papierowej i elektronicznej, dostępne w kilku wersjach kolorystycznych i rozmiarach. To niebanalna dekoracja ściany, idealnie nadaje się jako oryginalny prezent. Zerknijcie koniecznie :)

Wolny czas

W marcu przyszła też do nas nowa hulajnoga dla Alexa - Maxi Micro Delux. Jest naprawdę świetna i Alexander ją uwielbia. Wykorzystaliśmy więc każdą słoneczną chwilę, by móc pojeździć. Teraz wyprawy do szkoły i ze szkoły są znacznie przyjemniejsze. Oby tylko pogoda dopisywała, a będziemy śmigać codziennie. 






To, że gry planszowe są super, to wiecie. To, że wraz z wiekiem dziecku trudniej zapewnić odpowiednio ciekawą grę, która sprosta jego zapotrzebowaniom rozwojowym, to zapewne też wiecie. Ale czy wiecie, że ja znalazłam taką, która spełnia ten wymóg? Ciekawi co to, za gra? Jeśli tak, to ten wpis jest dla Was!


Otóż od niedawna jest z nami gra Gemino. Można ją potraktować także jako pomoc dydaktyczną, bo to modyfikacja standardowego "kółko i krzyżyk" i sądzę, że zarówno dla nauczycieli, jak i dla uczniów jest znakomitą propozycją, więc nada się idealnie do szkół, przedszkoli czy świetlic. Możemy się bawić w nią rodzinnie, z przyjaciółmi, ale też świetnie będzie się sprawdzać grając jeden na jednego. Gra zapewnia niesamowicie wciągający pojedynek na dwóch planszach. 

Gemino jest grą logiczną przeznaczoną dla dzieci od 6 lat i 2-4 graczy. Sama rozgrywka trwa około 15 minut. W pudełku otrzymujemy dwie dwustronne plansze z kolorowymi kwadratami oraz 56 solidnych płytek z różnymi symbolami. Po wybraniu 14 płytek z odpowiednim dla siebie symbolem celem gracza jest ułożenie w linii czy to w poziomie, pionie czy skosie 4 jednakowych oznaczeń (a gdy gramy we dwójkę to 5). W swojej kolejce gracz zagrywa 2 płytki, pierwszą płytkę kładzie na dowolnie wybranej planszy, na dowolnym pustym polu. Następnie drugą płytkę kładzie na drugiej planszy, na dowolnie wybranym pustym polu w tym samym kolorze. Kiedy gracz ułoży 4 swoje płytki w linii, zdobywa punkt i zdejmuje z planszy punktujące płytki. Gra kończy się w momencie, kiedy któryś z graczy zdobędzie 3 punkty. 

Gra przypomina wprawdzie "kółko i krzyżyk", ale jest trochę bardziej skomplikowana, wymaga zdecydowanie więcej uwagi, skupienia, planowania ruchu i odpowiedniej strategii. Gra rozwija umiejętność logicznego myślenia, przewidywania, ćwiczy koncentrację, myślenie strategiczne i wzrokowo-przestrzenne. 

Jeżeli chodzi o regrywalność Gemino to jest ogromna. Każda bowiem rozgrywka przebiega zupełnie inaczej, a wiem coś o tym, bo gramy w nią niemalże codziennie. Polecam i Wam na rozruszanie szarych komórek! 


Gra została wydana przez Wydawnictwo Egmont






Wydawnictwo Albatros serwuje ostatnio znakomite thrillery. Tym razem przeczytałam książkę "Umiera się tylko raz", którego autorem jest Robert Dugoni. Dla mnie to pierwsze zetknięcie z twórczością tego autora. Zachęcona jednak pozytywnymi opiniami zdecydowałam się przeczytać jego najnowszą książkę i przekonać się czy faktycznie warto zainteresować się książkami tego autora.

Historia opisana w książce rozgrywa się w Seattle, podczas upalnego lata, gdzie przed wschodem słońca młody chłopak wyciąga z wody klatkę na kraby. Ku ogromnemu zdziwieniu i przerażeniu odkrywa, że w klatce znajdują się zwłoki kobiety, która, jak się później okazuje, zginęła od strzału w głowę. 

Do akcji wkracza Tracy Crosswhite i jej załoga. Detektywi, mimo złego stanu zwłok, ustalają, że jest to ciało zaginionej podczas górskiej wspinaczki z mężem Andrei Strickland. Dlaczego jednak  kobieta pragnęła zmienić swoją tożsamość i przed śmiercią poddała się operacji plastycznej? To i przyczynę jej śmierci próbują ustalić detektywi. Tracy Crosswhite wkracza do akcji, gdzie przychodzi jej się zmierzyć z niezwykle żmudnym i skomplikowanym śledztwem, które nieustannie przypomina jej o śmierci siostry. W miarę rozwoju śledztwa na jaw wychodzą kolejne zaskakujące fakty. Co tak naprawdę się wydarzyło i kto zgotował kobiecie taki los?

"Umiera się tylko raz" to rewelacyjny thriller, od którego nie sposób się oderwać. Nie brakuje tu interesujących zwrotów akcji, twistów fabularnych, zagmatwań, przypuszczeń i domysłów. Intryga skonstruowana przez autora totalnie wbiła mnie w fotel, a zakończenie nie pozwoliło mi długo się z niego podnieść. Czytając książkę ani chwilę nie poczułam się znudzona, skupiałam się nawet na najmniejszych detalach, domyślając się, że mają one znaczenie. Łapczywie dążyłam do rozwikłania zagadki. 

Myślę, że to nie jest moje pierwsze i ostatnie spotkanie z autorem. Od dziś dołącza on do moich ulubionych twórców. Dawno żadna pozycja tak mocno mnie nie wciągnęła. Autor potrafi zaangażować czytelnika w śledztwo. Pisze lekkim, ale barwnym, plastycznym językiem, dzięki czemu czyta się książkę z prawdziwą przyjemnością. Zdecydowanie polecam!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i można ją kupić TU



Przeglądając zapowiedzi i nowości wydawnicze tej pozycji nie mogłam się doczekać. Opis bardzo mocno mnie zachęcił i oczywiście fakt, że niezmiernie podobała mi się wcześniejsza książka autorki "Ta dziewczyna". Bałam się trochę rozczarowania, ale na całe szczęście nic podobnego nie nastąpiło. Książkę przeczytałam z zapartym tchem w kilka wieczorów. Dlatego i Was bardzo zachęcam do przeczytania.

Czasem bardzo łatwo wypaść i szybko można stracić wypracowaną latami i ciężką pracą pozycję zawodową. Przekonała się o tym Carrie, główna bohaterka książki Michelle Frances "Ta druga". Macierzyństwo w dość późnym wieku na jakiś czas zmusiło ją do odejścia z wymagającej branży filmowej. Jej miejsce zastąpiła młoda, ładna i piekielnie zdolna oraz pracowita Emma, która bardzo szybko zyskała sympatię współpracowników. Również partner Carrie, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym, szybko zaakceptował nową zastępczynię żony. Któż w takiej sytuacji nie czułby się zagrożony i nie zaczął podejrzewać męża o romans?

Carrie postanawia więc skrócić urlop macierzyński i wrócić do pracy, by odzyskać swoją pozycję. Z ogromną niechęcią podchodzi jednak do Emmy, której zostaje przedłużony etat. Obie kobiety wydawać by się mogło zaczynają ze sobą rywalizować. Dochodzi do dwuznacznych sytuacji, które wywołują w Carrie niepokój, zazdrość i wzmagają nieufność w stosunku do Emmy. Czy nowa współpracownica jest psychopatką, której brakowało wsparcia zimnych jak głaz rodziców? Co się wydarzy, że Emma, ulubienica załogi straci jednak pracę?  I co takiego męża Carrie łączy z Emmą? 

"Ta druga" to naprawdę świetnie skonstruowany thriller psychologiczny z mega zaskakującym finałem. Pokazujący, że nie warto oceniać ludzi po pozorach. 

Autorka pisze lekko i potrafi umiejętnie utrzymać uwagę czytelnika, dzięki temu książkę czyta się błyskawicznie. Dobrze zaplanowana fabuła, przystępnie podana, z momentami grozy powodującej ciarki na skórze zapewnia mnóstwo wspaniałych wrażeń czytelniczych.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i można ją kupić TUTAJ









Ostatnio czytam jak szalona. Pewnie dlatego, że same fajne książki trafiają w moje ręce. Rozczytałam się na dobre w kryminałach i thrillerach, chociaż nigdy nie przypuszczałam, że akurat taki rodzaj literatury stanie się tym, który aktualnie uwielbiam. Ostatnio przeczytałam książkę "Martwe dziewczyny" autora, którego twórczości wcześniej nie znałam.

Książka to połączenie thrillera i kryminału, co bardzo mi się spodobało. Początkowo ciężko mi było przebić się przez swoistą, specyficzną narrację prowadzoną przez autora, ale druga część książki wszystko mi wynagrodziła. 

Detektyw Alishia Green, która została poważnie ranna w obławie na seryjnego mordercę, wraca dość szybko do pracy, by rozprawić się ze swoim oprawcą. Nie odzyskała jeszcze w pełni sił ani sprawności, ma zaniki pamięci, trudno jej odróżnić prawdę od fikcji, ale buzuje w niej adrenalina. Gotowa jest stawić czoła seryjnemu mordercy, który pozbawił życia wiele niewinnych kobiet. Działa niekonwencjonalnie, czasem wydaje się, że nie ma szans, by pokonać mordercę, który jest sprytny, umiejętnie zaciera ślady i nadal poluje na swoje ofiary. Główna bohaterka jest jednak bardzo zdeterminowana. Czy uda jej się złapać mordercę i powstrzymać go od krzywdzenia kolejnych kobiet?

"Martwe dziewczyny" to książka przy której można się odprężyć, zagłębić w wartkiej akcji, mrocznym, dusznym klimacie śledztwa prowadzonym przez policjantkę na codzień zmagającą się z własnymi ograniczeniami, ale za wszelką cenę pragnącą pomścić wszystkie martwe dziewczyny. 

Książka ukazała się nakładem Wdydawnictwa HarperCollins Polska i można ją kupić w księgarni internetowej Booktime.pl

















Nigdy wcześniej nie poznałam takiej miłości, jaką doświadczam będąc mamą. Zatraciłam się w tej miłości dokumentnie. Chcę dla mojej rodziny wszystkiego, co najlepsze, a więc daję z siebie naprawdę maksimum.

Kiedy wróciłam po urlopie macierzyńskim do pracy, mój dzień wypełniały jedynie obowiązki. Dzień po dniu, terminy, harmonogramy, notoryczne niewyspanie, lawirowanie pomiędzy pracą, domem, a opieką nad dzieckiem pochłonęły mnie bez reszty. Swoje potrzeby stawiałam gdzieś na samiutkim dole mojej gigantycznej codziennej listy rzeczy do zrobienia. Listy, która tak naprawdę nigdy nie docierała do dna. Wszystko inne, oprócz mnie samej, było najwyższym priorytetem. Dodatkowo ciągłe wyrzuty sumienia, że może jednak czegoś nie dopatrzyłam, coś mogłam zrobić lepiej. I ta, mam wrażenie, presja społeczna wymagająca od nas by być wysokowydajnymi, oddanymi pracownikami, partnerami czy rodzicami, często dająca poczucie porażki.

Na szczęście dla mojej rodziny, w pewnym momencie wszystko wybuchło, i zrozumiałam, że nie da się dbać o innych, nie dbając o siebie. I być może dla wielu nie jest to jakieś nowatorskie odkrycie, ale dla mnie samej to było jak przebudzenie. Warto więc zadbać o siebie, tak jak dbamy o najbliższych. Zaspokajać też własne potrzeby, a nie jedynie tych, którzy nas potrzebują. To jest dokładnie tak, jak z pierwszą zasadą bezpieczeństwa w samolocie. Maskę tlenową w razie konieczności należy w pierwszej kolejności zakładać sobie, a potem dziecku, bo w innym przypadku straci się przytomność i nie pomoże już nikomu. Warto więc zapewnić sobie taką samą opiekę, jaką dajemy najbliższym. Umniejszanie troski o sobie to nic dobrego, bo wyczerpany, niezadowolony, rozchwiany rodzic doświadcza wielu negatywnych stanów emocjonalnych, które, czego nie da się zaprzeczyć, są szkodliwe dla rodziny.

Doszłam do tego jednak dopiero całkiem niedawno. Uzmysłowiłam sobie, że przecież "nie można wylać z pustego kubka". A wychowanie dzieci to trudna sprawa, lecz praktyka miłości własnej pozwala nam podołać wyzwaniom, jakie ono przed nami stawia i prawdziwie doświadczać przyjemności rodzicielstwa. Warto więc ten kubek napełniać każdego dnia. Kochać siebie, troszczyć się i traktować siebie tak, jak traktuje się kogokolwiek innego, kogo się kocha.

Będąc dziećmi jesteśmy dumni z siebie, myślimy o tym jacy jesteśmy ważni i wspaniali, sygnalizujemy głośno i wyraźnie, bez skrupułów swoje potrzeby, kochamy siebie i nie widzimy w tym nic złego, ale gdzieś po drodze tracimy tę umiejętność. Jesteśmy coraz bardziej zajęci byciem wszystkim dla innych, że w końcu stajemy się niczym dla siebie. Należy więc czasem pomyśleć o sobie, być mamą dla samego siebie, a nie za każdym razem spychać swoje potrzeby, gdzieś na sam dół listy to-do, bo tylko to pozwoli nam dobrze wykonywać swoje obowiązki, być zadowolonym i w pełni cieszyć się macierzyństwem. 

Spójrzmy prawdzie w oczy, po całym dniu, będąc jednocześnie matką, pracownikiem, sprzątaczką czy kucharą, nie mamy ochoty pozostawać w kuchni, by przygotowywać jeszcze śniadanie do pracy, zwłaszcza kiedy dobra książka czy film czekają. Każdy dzień to niekończące się żonglowanie obowiązkami. Ciągłe dbanie o dzieci, dom, praca na etacie, przygotowywanie zdrowych posiłków dla rodziny, a w tym wszystkim znajdowanie jeszcze czasu na zakupy w supermarkecie może wykończyć. Warto więc ułatwiać sobie życie. Szukać szybkich i prostych sposobów na posiłek, który jest zarazem smaczny i całkiem zdrowy. No i ileż można jeść kanapki, nawet te najbardziej wymyślne, na własnoręcznie pieczonym chlebie.

A śniadania jeść trzeba, bo to podobno najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Naukowcy dawno już udowodnili, że należy jeść pełnowartościowe śniadanie, by być zdrowszym, mieć więcej energii i być bardziej skoncentrowanym.

Wiadomo poranki w dni powszednie są bardzo chaotyczne, zwłaszcza jak szkoła czy praca zaczynają się dość wcześnie rano. Fajnie jest wiec obudzić się ze świadomością, że nie musimy zadowalać się kupioną w sklepie owsianką czy kanapką na szybko. Przy odrobinie planowania i przygotowania dzień wcześniej, możemy obudzić się ze świadomością, że coś pysznego na nas czeka. Jest wiele zdrowych pomysłów na śniadanie, które wymagają niewiele wysiłku. Jest mnóstwo przepisów na babeczki śniadaniowe, które można zrobić z wyprzedzeniem, zdrowe receptury na smoothie, do przygotowania dosłownie w kilka minut czy różnego rodzaju owsianki, puddingi overnight, które praktycznie robią się same. Dziś trzy moje sprawdzone przepisy na takie właśnie śniadania. Polecam!

Pudding chia




Nasiona chia to nasiona szałwii hiszpańskiej, która pochodzi z Ameryki Południowej. To nasiono samo w sobie nie ma smaku, smakuje natomiast tym czym jest nasączone. Żelują się, absorbując płyn, w którym są namoczone, mogą zwiększać swoją objętość aż dziewięciokrotnie, a po zjedzeniu stopniowo go oddają, nawadniając organizm od wewnątrz. Nasiona chia są bogate w witaminy, minerały, błonnik, kawasy omega 3 i omega 6. Dodają energii i siły!



Składniki na około 1-2 porcje:

  • 200 ml dowolnego mleka (kokosowe, migdałowe, w zależności co kto lubi)
  • 3 łyżki chia
  • 1 łyżka syropu klonowego, z agawy, a nawet miodu
  • dowolne owoce, całe bądź zmiksowane, może być też pulpa z mango

Przygotowanie:

Wieczorem mieszam z mlekiem syrop klonowy, nasiona chia i całość wkładam na noc do lodówki. Ważne jest aby mieszać przez pierwsze pół godziny co jakiś czas, aby nie zrobiły się grudki. Rano dodaję ulubione owoce w całości, czasem dodaję zmiksowane, a innym razem nawet pulpę z mango. By zaspokoić większy głód można wieczorem do całości dodać także płatki owsiane. Też smakuje super! Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie robiliście tego puddingu, to zachęcam!

Muffinki warzywne


Jajka to świetny sposób na śniadanie, ponieważ są pełne białka, dzięki czemu czujemy się pełniej na dłużej. Jajecznica może być specjalnym sobotnim śniadaniem, a takie warzywne babeczki, mogą być odskocznią od codzienności. 



Składniki na około 15 muffinek:

  • 2,5 szklanki mąki (ja użyłam akurat kukurydzianą, trochę jaglanej i pszenną, ale co kto lubi, może być sama pszenna)
  • 4 wiejskie jaja
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli himalajskiej
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego
  • 1 łyżeczka papryki
  • 3 łyżki masła klarowanego
  • 1 starta cukinia
  • 1 starta marchewka
  • kilka pieczarek i trochę kukurydzy
  • pół cebuli drobno posiekanej
  • kilka różyczek sparzonego, posiekanego brokuła
  • 1 łyżeczka oleju kokosowego

Przygotowanie:

Rozgrzewamy piekarnik do 180 st. W dużej misce mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sól i ocet. W osobnej ubijamy jajka z papryką i łączymy składniki. Do miski dodajemy roztopione masło, cukinię, marchewkę, kukurydzę (w zasadzie to, na co mamy ochotę, możemy dodać też groszek, podgotowanego pokrojonego ziemniaka, nawet starty ser). Na rozgrzanej patelni na oleju kokosowym podduszamy cebulkę i pieczarki, a następnie dodajemy do masy, którą przekładamy do blaszki na muffinki wyłożonej papilotkami. Całość pieczemy około 30 minut. Można je przechowywać w lodówce przez 2-3 dni. Proste, szybkie i smaczne!

Zielone smoothie 


Takie koktajle to prawdziwe bogactwo witamin, minerałów oraz błonnika, który świetnie w naturalny sposób reguluje przemianę materii. Dbacie o piękne paznokcie, skórę i włosy to takie koktajle są idealne dla Was. To wspaniała alternatywa zbilansowanego, zdrowego śniadania praktycznie bez większego nakładu pracy.


Składniki na 3 porcje:

  • trzy garście szpinaku
  • 20 g płatków owsianych
  • 2 banany
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 kiwi
  • 1 jabłko
  • szklanka soku np. jabłkowego, pomarańczowego
  • pół szklanki wody
  • opcjonalnie nasiona chia

Przygotowanie:

Nic bardziej prostszego. Wszystko razem miksujemy, aż do uzyskania jednolitej konsystencji.  Smoothie można dosłodzić miodem lub syropem z agawy. Przelewany do słoika i voila! Smacznego!


Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.










Kiedy kilka lat temu pomieszkując w Dublinie pierwszy raz od współlokatorki usłyszałam o szczotkowaniu ciała na sucho, to trochę drwiąco podeszłam do sprawy. Słabo też zagłębiłam się wtedy w temat. Minęło jednak trochę czasu i po raz kolejny koleżanka powiedziała mi o szczotkowaniu ciała i zaletach z tego płynących. Tym razem postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat i tak rozpoczęła się moja przygoda ze szczotkowaniem, która trwa do dziś. Przeczytałam sporo artykułów o szczotkowaniu i pomyślałam, że podzielę się z Wami moją wiedzą i praktyką w tym temacie.


Co to jest szczotkowanie na sucho?
Rytuał szczotkowania ciała na sucho przywędrował do nas z Azji i znany jest od stuleci np. w medycynie chińskiej, ajurwedzie czy kulturze japońskiej. Według zielarza badającego starożytną metodę leczenia w Indiach Todda Caldecotta to ajurwedyjska praktyka gharsana, której celem jest przede wszystkim przeniesienie limfy w kierunku serca, aby wymieszać ją z krwią, z statecznym celem wysłania odpadów metabolicznych oraz przechowywanych toksyn do nerek i wątroby w celu ich eliminacji czyli krótka mówiąc układ limfatyczny zostaje pobudzony do wzmożonej pracy, komórki są stymulowane, poprawia się krążenie krwi dzięki czemu toksyny są szybciej wydalane z organizmu. 

Co daje takie szczotkowanie?
Przede wszystkim pozwala na wzmocnienie naturalnych funkcji odpornościowych organizmu chroniąc go przed infekcjami i stanami zapalnymi spowodowanymi wieloma różnymi czynnikami. Szczotkując ciało sprawiamy, że dotleniona krew jest znacznie sprawniej dostarcza do narządów, a to dodaje energii.

Suche szczotkowanie usuwa martwe komórki naskórka i zachęca do produkcji nowych komórek. To przyjemny zabieg złuszczający, po którym pory się otwierają, oczyszczają z brudu i pozostałości, a więc mamy fajne oczyszczanie skóry. Wszystkie złogi i martwe komórki, które gromadzą się na powierzchni skóry, sprawiając że wygląda ona matowo, szaro i sucho zostają podczas takiego zabiegu usuwane. Zaleca się wzięcie później prysznica, aby spłukać martwe komórki, a następnie można użyć dobry balsam nawilżający, który po takim zabiegu zdecydowanie lepiej się wchłonie i zadziała. Skóra wówczas pozostanie mega miękka, jędrna, gładka, bardziej napięta. 

Szczotkowanie ciała pomaga eliminować niekorzystne zjawisko zatrzymania płynów w organizmie. W naturalny sposób możemy zatem pozbyć się obrzęków spowodowanych gromadzeniem się wody w organizmie, bo takie szczotkowanie usprawnia przepływ płynów w tkankach.

Dzięki temu, że masaż szczotką pobudza krążenie krwi, skóra jest lepiej ukrwiona i pobudzona do regeneracji komórek, staje się bardziej elastyczna i odporna na rozciąganie i powstawanie rozstępów.

Masaż szczotką to także jeden ze sposobów redukowania stresu. Mięśnie się wówczas rozluźniają, umysł odpoczywa, wprowadzając nas w doskonały nastrój. Szczotkowanie szczególnie szyi, karku, ramion, barku redukuje napięcie, które gromadzi się przez cały dzień. Poświęcenie więc kilku minut na tę praktykę na początku dnia pozwoli nam fajnie z energią rozpocząć dzień, a na końcu dnia zrelaksować się. 

Czy szczotkowanie ciała na sucho jest dla wszystkich?
Osobiście uważam, że należy zwracać uwagę na to co jest dobre dla nas i naszego organizmu. Nie wolno ignorować znaków ostrzegawczych, dokuczliwych objawów jak pieczenie, dyskomfort, swędzenie. Zdecydowanie jest to zabieg odradzany osobom z mega wrażliwą czy bardzo suchą skórą, z chorobami skórnymi (egzemą) czy żylakami, bo może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Szczotkowanie nie jest też wskazanie dla osób z nadciśnieniem tętniczym, a także w przypadku stanów zapalnych mięśni czy stawów. Alternatywą może być wówczas kąpiel detoksykacyjna. 


Jak wykonywać masaż?
Przede wszystkim należy zaopatrzyć się w dobrą szczotkę. Ja miałam już trzy. Aktualnie używam szczotki, którą mam z Natu Handmade, z której jestem naprawdę bardzo zadowolona i mocno polecam. Wykonana jest z naturalnych włókien z agawy rosnącej w Meksyku.  Warto zainwestować w szczotkę właśnie z włókien naturalnych, a nie syntetycznych.

Zanim zaczniemy masaż należy się nawodnić, wypić wodę np. ze szczyptą soli i kroplami cytryny, aby odpady metaboliczne i toksyny były sprawniej przemieszczane w kierunku systemu wyjścia z organizmu. 

Szczotkowanie najlepiej wykonywać codziennie przed prysznicem. Warto zacząć od delikatnego nacisku, dopiero z biegiem czasu można mocniej pracować szczotką. Należy pamiętać o zasadzie szczotkowania: od dołu, ku górze. Masaż zaczynamy od stóp i wykonujemy długie ruchy, takie zamiatanie, w kierunku serca. Zazwyczaj szczotkuję daną sekcję kilka razy (np. powtarzam po 10 razy). Potem ten sam proces z wykonuję z rękami, zaczynając od dłoni i kierując się w stronę serca. Po bokach przesuwam się od biodra po pachy. Brzuch, pośladki szczotkuję kolistymi ruchami zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. Siłę nacisku zmniejszam tam, gdzie moja skóra jest bardziej wrażliwa. Należy też omijać wszelkie znamiona, blizny, świeże podrażnienia. 

Poniżej grafiki autorstwa Louisy Cannell obrazujące prawidłowe wykonywanie szczotkowania (chociaż ja osobiście niczego nie nakładam ani żadnym preparatem nie spryskuję szczotki). Można również poszukać na You Tube filmików instruktażowych, pokazujących jak krok po kroku wykonać taki masaż. 


Po takim zabiegu i prysznicu warto zastosować dobry balsam, masło czy olej, bo jego składniki będą wchłaniały się zdecydowanie dużo lepiej, a więc i lepiej zadziałają. 

Warto pamiętać by po skończonym szczotkowaniu zadbać również o szczotkę, aby nie zostawiać jej mokrej pod prysznicem, a wysuszyć w bezpiecznym, z dala od wody miejscu. Warto też prać szczotkę używając do tego szamponu czy mydła, a następnie wysuszyć. 

Pierwsze efekty takiego zabiegu widać już po kilku tygodniach, ale aby kuracja przynosiła trwałe rezultaty warto wykonywać ją codziennie przez około 4 miesiące, później można zmniejszyć częstotliwość i szczotkować ciało co dwa dni. Pozytywne zmiany zachodzą nie tylko w naszym organizmie, ale też poprawiają nasze samopoczucie. To jak zaczynasz szczotkować ciało na sucho?
Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.



















Obsługiwane przez usługę Blogger.