Od ostatniego wpisu o moich ulubieńcach kosmetycznych, tych z dobrymi składami, minął prawie rok. Nie żeby przez ten czas zupełnie nic fajnego nie wpadło mi w oko, bo wpadło, i nawet w hitach miesiąca pojawiały się od czasu do czasu moje osobiste cuda kosmetyczne. Bo wiedzieć Wam trzeba, że ja lubię testować wspaniałości naszych rodzimych manufaktur. Ostatnio jednak wychodzę z założenia, że póki nie zobaczę denka, nie kupuję nowego produktu. I o dziwo trzymam się swojego postanowienia. 

Końcówka lata i początek jesieni jakoś mocno odbił się ma mojej buźce. W lecie wiadomo mniej dbałam o twarz, krem i tusz mi wystarczył. Nigdy jakoś szczególnie nie miałam problemów z cerą, nie była może jak po obróbce w znanym programie, ale generalnie nie było z nią specjalnie źle. Tak sobie myślę, że też wiek zobowiązuje i, nie ma się co oszukiwać, zaczyna o sobie dawać znać. Postanowiłam działać, a że nastał ku temu sprzyjający czas, więc można wieczorkiem ciut dłużej w łazience posiedzieć czy straszyć wieczorami chłopaków twarzą z maseczkami. Czas naprawy uważam więc za oficjalnie rozpoczęty. Na biurku stoi dumnie dzbanek z wodą, bo nie tylko od zewnątrz, ale od wewnątrz też przydałoby się nawilżyć oraz kosmetyki w łazience, na toaletce czy w lodówce też są. Niektóre kupione już po raz któryśtam, a niektóre całkiem niedawno się u mnie pojawiły. Tej jesieni będzie zatem, oprócz gotowania, prania, sprawdzania prac domowych, wylegiwanie się na kanapie, naprawianie i regenerowanie. Będą peelingi, maseczki, pasty, bo wiem że gdy właściwie dbam o skórę, ona mi się odwdzięcza. Będę je stosować i się upiększać, w końcu do czterdziestki jeszcze trochę mi zostało, zdążę zatem. Zapraszam na moje subiektywne kosmetyczne polecajki. Idealne na pierwsze etapy pielęgnacji skóry twarzy.


Chociaż nie stosuję tony kolorowych kosmetyków, maluję się raczej delikatnie, to po całym dniu i powrocie do domu uwielbiam zmyć makijaż. Wtedy dopiero czuję, że jestem w domu. Od bardzo dawna do zmywania makijażu stosuję olejki. Mój idealny, taki bezkonkurencyjny, który zdeklasował wszystkie poprzednie to olejek hydrofilowy do oczyszczania twarzy marki Lush Botanical. Można go aplikować zarówno na sucho (kiedy skóra jest mocno zabrudzona, mieszana czy tłusta) oraz mieszając go z wodą przy skórze wrażliwej i suchej. Po kontakcie z wodą powstaje mleczko, które bez problemu usuwa się wodą. Olejek hydrofilowy od Lush Botanical świetnie wykonuje swoją robotę zmywając makijaż. Stosując go nie mamy kontaktu z detergentami i substancjami myjącymi, które potrafią osłabiać, a nawet podrażniać barierę ochronną skóry. Produkt nie pozostawia na skórze absolutnie żadnej warstwy, lepkości, co bardzo sobie cenię. Skóra po nim jest miękka, gładka, przyjemna w dotyku, pięknie oczyszczona no i pachnąca cytrusami. Olejek Goodbye Dirt to kompozycja olei z pestek moreli, z pestek arbuza oraz z pestek winogron. Zdecydowanie nie zamienię go na żaden inny.


Poranków z kolei nie wyobrażam sobie bez użycia toniku na zmianę z hydrolatem. Tym ostatnio ulubionym tonikiem jest tonik marki Shy Deer. Taki odświeżająco-nawilżający. Polubiłam się z nim od pierwszego użycia. Bo moja skóra kocha łagodne toniki pozbawione alkoholu w składzie. A ten jest dodatkowo praktycznie bezzapachowy, więc absolutnie jej nie podrażnia i nie pozostawia dyskomfortu. Przynosi więc porankiem sporą ulgę skórze i pozostawia ją odpowiednio nawilżoną,  aż czuć to nawilżenie, i sprawia, że jest miękka, odświeżona, promienna. Bardzo korzystnie działa na moją skórę twarzy i szyi, super ją regeneruje, uspokaja, łagodzi jakiekolwiek podrażnienia i stany zapalne. Jak dla mnie bomba!


A ulubionym hydrolatem stał się skoncentrowany hydrolat z owoców rokitnika. To mój osobisty hit. Hydrolaty uwielbiam i stosuję od lat, a ten od Republiki Mydła jest wspaniały. Cudownie uspokaja skórę, gdy pojawiają się na niej niespodzianki i podrażnienia. Działa niezwykle kojąco. Duże stężenie, taka bomba witaminy C, dobrze radzi sobie z moją naczynkową skórą. Przemywam nim twarz, lubię go wklepywać w skórę twarzy i szyi, stosuję robiąc maseczki, więc to taki produkt wielozadaniowy. Hydrolat z rokitnika odżywia, regeneruje, uelastycznia i napina moją skórę, a nawet lekko ją nawet rozjaśnia Znakomity produkt, który doskonale przygotowuje skórę do dalszej pielęgnacji! Re-we-la-cja!


Niedawno odkryłam też świetne działanie peelingu enzymatycznego od Shy Deer. Nie stosuję mechanicznych peelingów, bo często mnie podrażniają, ale potrzebuję czegoś do złuszczania martwego naskórka. Ten produkt świetnie się u mnie sprawdza. Nie będę ukrywać, że moją zmorą są zaskórniki, ale stosując ten produkt, na zmianę z oczyszczającą pastą do mycia twarzy od Iossi, gołym okiem widzę znaczną poprawę. Gładkość skóry jakiej nie znałam. Bardzo dobrze oczyszcza zatkane pory i zmniejsza ich widoczność. Ma fajną, kremową konsystencję, która daje dobry poślizg, więc jego aplikacja jest bardzo przyjemna. Na stronie producenta jest informacja, że początkowo może wystąpić szczypanie, ale u mnie nic podobnego się nie pojawiło. Pojawiła się natomiast gładka, czysta i rozjaśniona skóra. Jestem pewna, że tak jak ja zakochacie się w nim.


Węglową oczyszczającą pastę do twarzy od Iossi kupuję już od bardzo dawna. Oboje z mężem uważamy, że to rewelacyjny produkt do mycia twarzy. Pasta jest gęsta, przez co łatwo się ją nabiera i nie przecieka przez palce, jest lekko tępa, szorstka, prawdziwie "pastowa", ale mimo to świetnie myje się nią twarz, bo jest lepka i wilgotna. Skóra po niej jest porządnie oczyszczona, jednak bez zbędnego ściągnięcia i wysuszenia. Oprócz aktywnego węgla, w skład produktu wchodzi też łagodzący podrażnienia i działający przeciwrodnikowo ekstrat z zielonej herbaty, zmiękczający skórę olej babassu i skwalan z trzciny cukrowej, alginat regenerujący naskórek oraz ferment z kokosa i rzodkiewki odpowiadające za nawilżenie. Produkt naprawdę głęboko oczyszcza i świetnie nawilża skórę, czyniąc ją aksamitnie gładką. A do tego fajny zapach rozmarynu, lawendy i cytryny. Warto wypróbować!


Na wszelkie niedoskonałości i walkę z zaskórnikami polecam też czarne mydło, które u nas w domu na łazienkowej półce zawsze jest obecne. Od bardzo dawna używam czarnych marokańskich mydeł wyrabianych na bazie wody i oliwek. Obecnie mamy to, marki MAUDI (kupione w Drogerii Natura). Fajnie oczyszcza skórę, niczym peeling enzymatyczny, pozostawia ją miękką, odświeżoną i rozjaśnioną. Działa antybakteryjnie, świetnie przygasza i goi wszelkie niespodzianki na twarzy. Zauważyłam też, że mydło zapobiega powstawaniu suchych skórek. Stosujemy go z mężem na spółkę i stwierdzam, że jest wydajne. Bardzo go lubię i dobrze mi służy, więc polecam.


I na koniec jeszcze moja kosmetyczna perełka. Od dawna jestem wierna jednym maseczkom. Są to maseczki marki Chic Chiq. Jestem od nich uzależniona. Myślę, że jak wypróbujecie, będziecie wiedzieć o czym piszę. Ja ogólnie nie miałam w zwyczaju używać maseczek, kupowałam, a potem koniec końców oddawałam. Do czasu, aż wypróbowałam te. To naprawdę jedne z lepszych kosmetyków, które do tej pory udało mi się przetestować. Wszystkie są świetne i działają cuda, ale moją ulubioną jest la Noce. Stosuję ją regularnie, bo dobrze oczyszcza skórę, odżywia i głęboko nawilża. Skóra twarzy jest po niej rozjaśniona, witalna. Maseczka jest w proszku zapakowanym w pięknym bambusowym pudełku lub papierowym opakowaniu. Ma bardzo przyjemną formułę, która gwarantuje świeżość i aktywność naturalnych składników. Proszek rozrabiamy z wodą lub hydrolatem, nakładamy na buźkę, a kiedy przeschnie usuwamy niczym maskę żelową. Cudo, mówię Wam!!!



Przyznam szczerze, że na tę książkę czekałam z utęsknieniem, mój mąż zresztą też. Po przeczytaniu pierwszej części Trylogii Białego Miasta, mieliśmy ochotę na kontynuację historii hiszpańskich śledczych Krakena i Alby. Niesamowity bowiem klimat pierwszej książki totalnie pochłonął nas na kilka wieczorów. Czy druga część jest równie ciekawa jak pierwsza i czy warto po niż sięgnąć? Jeśli chcecie poznać moje zdanie, zapraszam do przeczytania recenzji.

W "Rytuałach wody" wracamy do Vittorii. Unai Lopez de Alaya nadal jest na zwolnieniu, po tym jak został postrzelony, a mieszkańcy miasteczka są mu bardzo wdzięczni za wykrycie sprawcy podwójnych morderstw. Kraken żyje więc z dnia na dzień, jest bierny zawodowo i cierpi na afazję. Z tego marazmu jednak wyrwą go dwie ważne wiadomości. Jedną z nich jest informacja Alby, o tym że spodziewa się dziecka. Kobieta jednak nie wie kto jest jego ojcem. Czy jest nim były mąż Nancho czy Kraken, kochanek. Unai nie może też dłużej pozostawać bierny zawodowo, bo jego partnerka z pracy Estibaliz ma dla niego przykrą wiadomość -  pierwsza dziewczyna Unai, Annabel Lee, będąca w czwarty miesiącu ciąży, została w brutalny sposób zamordowana w niezwykłych okolicznościach. Sprawca mordując kobietę wykorzystał celtyckie rytuały.

Obie wiadomości sprawią, że profiler Kraken zawalczy o powrót do pełnej sprawności, stanie na nogi, wróci do pracy i zaangażuje się w śledztwo. Bo wiedzieć należy, że kilka lat wcześniej w ten sam sposób została zamordowana inna kobieta w ciąży. Czy sprawcą potwornej zbrodni jest ta sama osoba?

Po przeczytaniu "Rytuałów wody" mam wrażenie, że naczelnym i przewodnim tematem książki jest rodzicielstwo, z jednej strony to piękne, pełne troski i miłości, a z drugiej bestialskie, chore. Świetnym posunięciem okazało się rozwinięcie w książce wątku obyczajowego. Część kryminalna z doskonale poprowadzoną intrygą również ma tu swoje ważne miejsce, dynamicznie mknie naprzód i wciąga czytelnika tak bardzo, że ciężko się od książki oderwać, szokuje i wywołuje sporo emocji. Wszystko jednak łączy się i przeplata spójnie ze sobą, teraźniejszość miesza się z przeszłością, po to by mieć pełny ogląd sytuacji.

Autorka posługuje się niezwykle pięknym językiem, który jest obrazowy, barwny, hipnotyzujący, w niezwykły sposób opisujący uczucia i emocje.

Bardzo polubiłam nastrój książki i zaprzyjaźniłam się z jej charyzmatycznymi bohaterami. Z niecierpliwością czytelniczą czekam na kolejną, ostatnią już część Trylogii Białego Miasta.

Książka "Rytuały wody" ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA i jest do kupienia TU.


Mam ogromny sentyment do ksiażki Ceceli Ashern "Ps. Kocham Cię" chociażby ze względu na to, że rzecz rozgrywa się w mojej ukochanej Irlandii, do której pałam ogromną sympatią i z którą związane są moje najpiękniejsze wspomnienia. Poza tym zarówno książka, jak i ekranizacja powieści rozkochały mnie w sobie. I byłam ciekawa jak radzi sobie Holly, kiedy listy przestały przychodzić. Nie sądziłam jednak, że kiedyś pojawi się kontynuacja powieści, ale oto jest i poniżej znajdziecie moje wrażenia po jej przeczytaniu.

W "Ps. Kocham Cię na zawsze" spotykamy Holly siedem lat później. Kobieta w miarę uporała się po śmierci Gerrego i próbuje na poważnie zaangażować się w nowy związek z Gabrielem. Chce sprzedać dom, w którym mieszkała z ukochanym mężem i wprowadzić się do nowego partnera. W tym czasie siostra Ciara usilnie namawia ją do przygotowania podcastu i podzielenia się w nim swoimi przeżyciami związanymi z utratą ukochanej osoby. Kobieta w końcu ulega i opowiada o radzeniu sobie ze startą oraz listach, które pozostawił po śmierci Gerry. Nagranie podcastu znów wywraca życie Holly do góry nogami. Początkowo sama zaczyna roztrząsać na nowo przeżyty siedem lat wcześniej dramat i zastanawia się czy dobrze postąpiła nagrywając podcast, ale kiedy zgłaszają się do niej kolejne osoby szukające pocieszenia, z historiami podobnymi do jej losów, a Holly dowiaduje się, że Angela założyła klub, który ma być ukojeniem i nieść pomoc osobom chorym na przewlekłe lub śmiertelne choroby i członkom ich rodzin, kobieta przystępuje do klubu.

Czy jednak Holly poradzi sobie z własnym bólem i będzie w stanie pomóc innym? Czy nie jest to dla niej zbyt duże obciążenie i jakie będą tego konsekwencje?

Piękna skłaniająca do refleksji historia. O przemijaniu, autorka bowiem uzmysławia nam, bo często w codziennym pędzie o tym zapominamy, że należy się zatrzymać, dostrzec bliskie osoby, pobyć z nimi, póki mamy na to czas, bo życie przecież tak szybko mija. O śmierci. Trudnym temacie, który poruszony został w książce z ogromną dozą empatii i delikatności. O miłości, która towarzyszy nam każdego dnia i potrafi przynieść ukojenie. Serdecznie polecam.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Akurat i można ją kupić TUTAJ.


Na sklepowych półkach ta okładka przyciągnęła mój wzrok. Rzucała się mocno w oczy, więc przeczytałam opis, który totalnie mnie zaciekawił i książka wylądowała w koszyku. Czy ta pokusa była warta spędzenia kilku dobrych godzin na czytaniu "Szeptacza"? Poniżej znajdziecie moją odpowiedź.

Po nagłej śmierci ukochanej żony na Toma Kennedy'ego spada wychowywanie siedmioletniego syna Jake'a. By odciąć się od traumatycznych przeżyć postanawia przeprowadzić się do małego miasteczka Featherbank z nastawianiem rozpoczęcia nowego życia. Jednak nie wszystko się układa, bo ojciec z synem nie mogą znaleźć wspólnego języka, a z czasem sytuacja się jeszcze pogarsza, bo chłopiec widzi wyimaginowaną dziewczynkę i słyszy szepty. Czuje się osamotniony, zagubiony, zupełnie nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji. 

Do tego okazuje się, że w miasteczku wiele lat temu doszło do serii morderstw, których ofiarami byli młodzi chłopcy. Podobno uczynił to Frank Carter, okrzyknięty przez media "Szeptaczem", bo swoje ofiary przywoływał szeptem, uprowadzał je i zabijał. Od lat jednak odsiaduje wyrok. Tymczasem na mieszkańców Featherbank pada blady strach, bo ginie kolejny mały chłopiec Neil Spencer, a matka chłopca twierdzi, że zaginięcie poprzedzone było dającym się słyszeć szeptem. Czy więc Szeptacz miał wspólnika, a może ktoś usilnie próbuje go naśladować? Czy rodzinie Kennedych uda się rozpocząć nowe życie czy może jednak nie jest to najlepsze miejsce? Co jest wymysłem Jake'a a co prawdziwym zagrożeniem?

Ta historia ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale całość ostatecznie uważam za bardzo dobrą i zdecydowanie wartą przeczytania. Zwłaszcza, że jest to debiutancka powieść Alexa Northa. Bardzo emocjonujący thriller, który nie raz wywołał u mnie ciarki na cały ciele i nasłuchiwanie szeptów. Fabuła książki jest bardzo nieoczywista i mroczna, historia misternie utkana z niejednym zwrotem akcji. Czego chcieć więcej? Z całą pewnością sięgnę po kolejne ksiażki tego autora.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i jest do kupienia TU.


Mam wrażenie, że dopiero był pierwszy września i w galowym stroju maszerowaliśmy na rozpoczęcie roku szkolnego. A tu już końcówka października. Ale na szczęście słoneczna, przynajmniej w chwili, w której piszę ten tekst. Cieszy mnie i poprawia humor taka polska, złota i ciepła jesień. Taka w najpiękniejszym wydaniu. Z babim latem i dywanami usypanymi z kolorowych liści. Kiedy słoneczko rano zagląda do okna zwiastując dobry dzień można bez przeciągania wstawać z łóżka. Wiem, że za chwilkę przyjdzie słota, wiatr i zimno, ale póki jest słonko, trzeba się nim cieszyć, bo przez kolejne miesiące będziemy się zmagać z jego deficytem. Ale nie tylko słonko napawało mnie dobrą energią i dawało sporo frajdy w październiku. Było coś jeszcze, o tym poniżej :)


Wyprawy do lasu 



Ostatnio na Instagramie przeczytałam, że las to stan umysłu i chyba coś w tym jest :) Uwielbiam nasze wędrówki po lesie, włuczenie się bez konkretnego celu, by pooddychać świeżym powietrzem, pogadać o pierdołach, na które czasem w tygodniu brak czasu czy poodpowiadać na coraz trudniejsze pytania siedmiolatka. Mam sentyment do lasu, być może dlatego, że sama wychowałam się blisko lasu i od małego biegałam po lesie z całą bandą dzieciaków czy zbierałam grzyby z tatem. Jakiś czas temu Alexander wymyślił "survivalową" wyprawę do lasu, zapakował plecak, a potem robiliśmy narzędzia z tego co znaleźliśmy, a ostatnio byliśmy tylko pooglądać jesienny las w ramach odpoczynku i odzyskania sił po chorobie. Bo las, proszę Państwa, jest dobry dla ciała i dla duszy. Warto zażywać takich "kąpieli lasu", jak mówią Japończycy.


Kosmetyki


Ten kto zagląda do mnie na bloga czy Instagram wie, że kosmetyki naturalne kocham miłością wielką. Ciągle wyszukuję i testuję nowe produkty, bo bardzo to lubię. Jakiś czas temu odkryłam firmę kosmetyków z naturalnymi składami, które robione są w okolicach Lublina, czyli miejsca, gdzie obecnie mieszkam. Markę Republika Mydła odkryłam zupełnym przypadkiem w internecie, kiedy szukałam hydrolatu. Zachwalam sobie od nich peeling cukrowo-solny o zapachu pomarańczy, cytryny i rozmarynu. Super trze, pobudzając krążenie i złuszczając martwy naskórek, wygładza skórę i jest mocno energetyzujący oraz odświeżający. Kompozycja zapachowa olejków eterycznych zamkniętych w szklanym słoiku daje niezłego kopa. Skóra jest po nim fajnie natłuszczona i nie potrzebuje już balsamu, za sprawą masła shea i olei. Jest naprawdę świetny. Znajdziecie go TU.


Drugi produkt to skoncentrowany hydorlat z owoców rokitnika. To mój osobisty hit. Hydrolaty uwielbiam i stosuję od lat, a ten z rokitnika jest wspaniały. Cudownie uspokaja skórę, gdy pojawiają się na niej niespodzianki i podrażnienia, działa kojąco. Duże stężenie, taka bomba, witaminy C dobrze radzi sobie z moją naczynkową skórą. Ja spryskuję nim twarz, a następnie lekko wklepuję, czasem psikam wacik wielorazowy i przemywam twarz, często też używam go, kiedy robię maseczki. Hydrolat odżywia, regeneruje, uelastycznia, napina moją skórę. Re-we-la-cja! Znajdziecie go TUTAJ.


Kto powiedział, że kosmetyki naturalne nie mogą być w wersji glamour? Ano nikt! Ja w październiku, dzięki koleżance, na takie właśnie produkty trafiłam. Zmówiłam sobie, na spróbowanie, peeling i masło do ciała. Zanim jednak je zamówiłam poczytałam o tych rozświetlających drobinkach zawartych w kosmetykach. To biodegradowalny brokat, który jest wolny od tworzyw sztucznych, a jego bazą jest materiał pochodzenia roślinnego. No super sprawa, zwłaszcza że niebawem zabawy andrzejkowe, potem sylwester i karnawał. Co do samych kosmetyków, to peeling, który ma w składzie drobinki cukru, fajnie wygładza skórę i nawilża, balsam jest dość mocno zbity, a po rozsmarowaniu nadaje skórze subtelną poświatę, natłuszcza i nawilża ją pozostawiając pięknie pachnącą przez dłuższy czas. Oczywiście oba kosmetyki mają naturalne składy. Po więcej odsyłam was do Body Glitter, bo mowa o ich produktach. Jak dla mnie bomba!

Jedzenie


Wraz z nastaniem jesieni wróciłam do robienia i jedzenia granoli. Oboje z mężem uwielbiamy, Alex wprawdzie trochę mniej, ale czasem i On lubi sobie osłodzić poranek. Moja granola jest banalnie prosta. Mieszam płatki owsiane, orzechy, rodzynki, żurawinę, sezam czy suszone banany (w zależności, co akurat mam w domu), miód wraz z olejem kokosowym i musem kokosowym lekko podgrzewam, a potem łączę z suchymi składnikami. Wysypuję na blachę, wkładam do nagrzanego piekarnika na około 12-15 (max) minut, potem studzę, kruszę i gotowe! Jak ktoś chciałby dokładny przepis, zapraszam do kontaktu, z chęcią podam. 

Książka


Tę książkę ktoś w bardzo interesujący sposób polecał na Instagramie i chociaż ja niezbyt często sięgam po poradniki, ten tytuł wydał mi się jednak bardzo interesujący, a cytat: "Kto nie ma oparcia w samym sobie, nie znajdzie go też w świecie zewnętrznym" już totalnie do mnie przemówił. Poczytałam trochę o książce i  sobie zamówiłam. Książka dostarcza sporej wiedzy na temat naszych reakcji na różne sytuacje w dorosłym życiu, zawiera sporo cennych rad, ale jest też jakby zeszytem ćwiczeń pomagającym odkryć dziecko słońca (pozytywne doświadczenia i emocje dające zdrowe poczucie naszej wartości) i dziecko cienia (negatywne doświadczenia i emocje, nasza słaba część), zrozumieć ich wzajemne zależności i doprowadzić do ich wzajemnej współpracy. Autorka pokazuje jak wielki wpływ na nasze zachowanie ma to, co dobrego (czyli pozytywne doświadczenia) i złego (zmartwienia, lęki, strach, nieszczęścia) wydarzyło się w naszym dzieciństwie, jaki wpływ mieli na nas rodzice, środowisko, w którym wzrastaliśmy czy to, co wówczas usłyszeliśmy. Książka pomaga rozpocząć wartościową pracę nad samym sobą, dostrzec pewne schematy myślowe, które kierują naszym życie. A jak je odkryjemy, mamy szansę je zmienić, uleczyć, wyjść z nich, w czym zdecydowanie pomoże nam ta właśnie książka. Dzięki niej lepiej się poznamy i zrozumiemy. Warto  więc poświęcić czas na jej przeczytanie i przerobienie. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwarte. Bardzo polecam!


Serial


Co tu dużo pisać, serial trzeba zobaczyć. My obejrzeliśmy chyba we wrześniu, ale zapomniałam wcześniej polecić, to polecam teraz. "Czarnobyl" to brytyjsko-amerykański serial, który można obejrzeć na HBO, pokazujący katastrofę w elektrowni jądrowej. Słowem piekło na ziemi, ludzkie dramaty, bezmyślność, bezradność, zaniedbania i zakłamanie sowieckiego aparatu partyjnego, który totalnie nie liczył się z istnieniami ludzkimi. Świetna gra aktorska, pełna grozy muzyka i fantastyczna scenografia, to niewątpliwie plusy serialu. Kto jeszcze nie obejrzał, niech nadrabia.

Tajemniczy płyn Ania


Nie wiem czy u Was też wraz z nastaniem jesieni i zimy, zakładaniem rajstop, swetrów, szalików, czapek wszystko zaczyna się elektryzować? U mnie było tak zawsze, dopóki koleżanki z pracy nie powiedziały mi o pewnym płynie antyelektrostatycznym, który w magiczny sposób zapobiega tego typu problemom. Znikają, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I pomyśleć, że problem rozwiązał płyn za 6 zł, który można kupić w drogeriach czy w kioskach. Podobno ułatwia też prasowanie i usuwanie sierści zwierzęcej. Znacie ten produkt?

Wraz z nastaniem września zaczęliśmy wspólnie rozważać wybór zajęć dodatkowych, jednak nie bardzo chcieliśmy, żeby każde popołudnie Alexandra było zajęte. Szkoła, szybki powrót do domu, jedzenie w pośpiechu i w drogę na zajęcia. Nie jesteśmy fanami takiego rozwiązania. Cenimy sobie czas na swobodną zabawę naszego dziecka i czas spędzony razem.

Wspólnie ustaliliśmy więc, że oprócz nauki pływania (Alex w czerwcu zakwalifikował się do ogólnoszkolnej grupy pływackiej), która i tak odbywa się w czasie, kiedy Alex jest w szkole, wybieramy język angielski. Mój drugoklasista ma łatwość w nauce tego języka i bardzo lubi się go uczyć (chociaż mam wrażenie, że dla niego to nie jest nauka), co jest po części zasługą nauczyciela ze szkoły. Poza tym, nie ma się co oszukiwać, coraz trudniej funkcjonować w dzisiejszym świecie bez znajomości języków obcych. Obecnie wszędzie słyszymy zapożyczone zwroty, a jestem pewna, że z biegiem czasu, będzie ich jeszcze więcej. Po angielsku możemy się dogadać absolutnie wszędzie, a w przyszłości bez znajomości języków dobrej pracy z całą pewnością nasze dzieci nie znajdą. 

Rozważaliśmy różne szkoły nauki języka angielskiego, ale przyznam szczerze, że skuszeni reklamą nauki angielskiego przez internet z native speakerem, pokusiliśmy się na lekcję próbną na platformie edukacyjnej NovaKid i okazało się, że Alexowi ta forma bardzo się spodobała. Z niecierpliwoscią dopytywał o kolejne zajęcia (i nadal ich wyczekuje), dlatego bez dwóch zdań zdecydowaliśmy się na taką właśnie opcję i nauka języka angielskiego na stałe zagościła w naszym planie tygodnia. To połączenie przyjemnego z pożytecznym.


Dziecko uczy się języka w dobrze znanym sobie środowisku, w przyjemnej atmosferze, bez wielkiej spiny, na komputerze czy tablecie, co myślę jest dla niego dodatkową atrakcję. Przynajmniej u nas w domu, gdzie komputer czy laptop nie są w użytku codziennym. Natomiast po każdych zajęciach, Alexander korzysta z biblioteki na platformie NovaKid, gdzie są dostępne dodatkowe materiały do pracy w domu, więc dla niego to też czas na oswojenie się z komputerem czy myszką.

Co mocno podoba mi się w takim właśnie sposobie nauki języka angielskiego? To, że nauczyciel skupia się tylko i wyłącznie na jednym dziecku, śledzi jego postępy, a po każdej skończonej lekcji otrzymujemy informację o odbytych zajęciach. Świetne jest także to, że sami decydujemy o wyborze nauczyciela, możemy zdecydować czy nasze dziecko będzie pracowało z near-native lub native speakerem, obejrzeć wideo każdego nauczyciela i przeczytać o jego kwalifikacjach, zanim podejmiemy ostateczną decyzję. Nauczyciele w dużej mierze to nie tylko specjaliści językowi, ale również eksperci z zakresu edukacji najmłodszych. Sami możemy także śledzić progres nauki poprzez obecność w trakcie trwania zajęć lub obejrzenia video z lekcji, bo jest ono dostępne w naszym koncie osobistym. 

Lekcje planujemy i rezerwujemy w czasie, który to nam odpowiada, a nie jest z góry narzucony. Nie musimy wychodzić z domu i tracić czas na dojazd, niejednokrotnie poprzedzony staniem w korkach. A gdyby nam całkiem wyleciał z głowy termin lekcji, nie ma obaw, na dzień przed przychodzi pierwszy przypominający sms, drugi zaś pół godziny przed początkiem lekcji. Super sprawa, bo w dzisiejszym zabieganym świecie, gdy ma się sporo na głowie, to bardzo przydatna funkcja. 

Każda lekcja trwa dwadzieścia pięć minut, co według mnie jest w sam raz. Lekcje prowadzone są w formie zabawy, nigdy nie jest nudno. Dziecko korzysta z tablic interaktywnych, slajdów, rysuje, losuje, gra, przez co w przyjemny i szybki sposób przyswaja poznawany materiał. Zaczyna rozumieć polecenia i podążać za nimi. Alexander świetnie odnalazł się w takiej wirtualnej klasie.



Lekcje prowadzone są wyłącznie przez osoby anglojęzyczne, co poniekąd wymusza na dziecku samodzielne tworzenie prostych zdań, a u dzieci w wieku 4-12 lat, dla których dedykowana jest platforma, nie ma jeszcze blokady językowej, mają pewną lekkość mówienia, więc fajnie to wykorzystać. Poza tym uczą się poprawnej wymowy.

Uważam, że to świetna alternatywa dla zajęć stacjonarnych. Jeżeli i Was przekonuje taka forma nauki języka angielskiego, to warto zapisać się na lekcję próbną, która jest całkowicie za darmo. Jak lekcje wypadają cenowo? Otóż zależy od tego czy wybieramy lekcje z near native czy z native speakerem, czy kupujemy poszczególne lekcje czy w pakiecie. Zresztą wszystkie informacje w tym temacie znajdziecie TU. Za wszelkie polecenia otrzymuje się bonusową kwotę, którą można później przeznaczyć na zakup kolejnych lekcji. Wchodząc przez ten link: https://www.novakid.pl/r/igvw, wpisując kod: ALEXANDER21609 (w miejscu promokod) otrzymacie po lekcji próbnej 60 zł na start w prezencie. Jeżeli Wy polecicie NovaKid swoim znajomym, oni też otrzymają taki bonus.

To, co zapisujecie Wasze dzieci?
Obsługiwane przez usługę Blogger.