Jesień i zima ma to do siebie, że zdecydowanie więcej czasu spędzamy w domu. Przynajmniej my. Właściwie wracamy do niego po szkole, jak jest już ciemno, więc na harce na podwórku zostaje sobota, względnie niedziela, pod warunkiem, że pogoda znośna. Najpierw zawsze ogarniamy domową rzeczywistość zostawioną w pośpiechu rankiem, wszelakie prace domowe, by mieć czas na własne przyjemności, na gry planszowe czy wspólne czytanie książek. Bywa, że czytamy sobie na głos po kolei nawzajem, albo każdy zagłębia się w swoją lekturę. Uwielbiam ten wspólny czas. Czekam na niego cały dzień. Na to otulanie się ciepłymi kocami, zapalanie świec, na popijanie dobrej herbaty, na te figle migle, którymi zawsze kończy się czytanie. Taka nasza ulubiona codzienna wieczorna rutyna, po tych zabieganych porankach i intensywnych dniach. Odbijamy sobie wówczas to całodniowe przebywanie bez siebie, te wszystkie stresy i bolączki dnia codziennego. Taka nasza kropka nad "i" prawie każdego dnia. Czuję wówczas wszechogarniający spokój, czuję, że niczego już mi nie brakuje.

Uwielbiam patrzeć na Synka, który sięga po książki, nie dlatego, że mu nakazuję czy nakłaniam, ale dlatego że sam chce. Mam wrażenie wówczas, że jednak umiem w macierzyństwo. Takie wieczory napawają mnie radością, że udało nam się własnym przykładem zaszczepić w nim czytanie książek, pokazać jaka to fantastyczna przygoda. Oby tylko nic się w tym temacie nie zmieniło.

Książek u nas przybywa. W każdy niemal pomieszczeniu pomieszkują jakieś. Od niedawna Alexander korzysta ze szkolnej biblioteki i przynosi nowe książkowe pozycje, które czyta w pierwszej kolejności, bo dba o to, by oddać je w terminie. Jego ulubionym sklepem jest Empik, mam wrażenie, że mógłby tam zamieszkać. A dla mnie są to najprzyjemniejsze zakupy. Ostatnio, oprócz lektur i książek przytachanych z biblioteki, zaczytujemy się w tych poniżej. Może i Wasze dzieci zachwyci, jakiś tytuł.


Seria "Czytam sobie" Wyd. Egmont

Alexander lubi już sam sobie czytać, więc u nas w domu świetnie sprawdziły się książki z serii "Czytam sobie" z Wydawnictwa Egmont. Książki do samodzielnego czytania. W serii są trzy poziomy czytania: składam słowa - dziecko ćwiczy głoskowanie, a tekst składa się z krótkich zdań, około 150-200 wyrazów w tekście, składam zdania - dziecko ćwiczy sylabizowanie, 800-900 wyrazów w tekście, zdania są już zdecydowanie dłuższe oraz połykam strony - tutaj z kolei zdania są bardziej rozbudowane, a wyrazów w tekście jest już około 2500-2800. Te pierwsze są dla nas za "słabe", bo mają za mało tekstu, jak mówi Alexander, ale i one zostały przeczytane. Seria idealna jest więc dla dzieci, które zaczynają przygodę z czytaniem, ale także dla tych, którzy już płynnie czytają. Przekrój tematyczny książek jest naprawdę spory. Myślę, że bez problemu każde dziecko znajdzie coś dla siebie. Warto wybierać jednak takie książki, które rzeczywiście rozbudzą ciekawość w dziecku, bedą zgodne z jego zainteresowaniami, bo wówczas będziemy mieć pewność, że dziecko sięgnie po kolejne tytuły. Fajna jest seria np. o ekologii, która świetnie edukuje młodego człowieka właśnie w tym temacie. Jest o segregacji śmieci, o materiałach, które długo się rozkładają i są szkodliwe dla naszej planety czy o wodzie, która jest wielkim skarbem. W serii znajdziemy książki również np. o Apollo 11, o Edisonie, o Kolumbie czy nawet Marii Skłodowskiej-Curie, ale także o Batmanie czy Smerfetce. Fantastyczna przygoda dla tych, którzy dopiero odkrywają świat liter. To też uczta dla oka, bo książki są pięknie ilustrowane.


 "Śmieciogród" Aleksandra Woldańska-Płocińska Wyd. Papilon

Cudowna książka! Uwielbiam wszystko co wychodzi spod ręki Oli Woldańskiej, jednej z naszych ukochanych ilustratorek. A dodatkowo leży mi na sercu dbanie o naszą planetę, więc chcę, by i mój syn również był świadomy tego, co dzieje się wokół i dokładał wszelkich starań w daniu o to wspólne dobro. "Smieciogród" uczy odpowiedzialności, pokazuje jak na codziennie możemy dbać o Ziemię, a wszelkie zmiany na lepsze powinniśmy zaczynać od samych siebie. Książka zachęca, by zwracać większą uwagę na nasze zakupowe wybory, by rzeczywiście zmniejszać produkowanie śmieci. Podpowiada, że niektórym przedmiotom można dać drugie życie. Mnóstwo tutaj również ciekawostek związanych z ekologią i ruchem zero waste, a wszystko wsparte pięknymi ilustracjami. Zdecydowanie polecam dla dużych i małych.


"Albercie, Ty złodzieju" Gunilla Bergstrom, Wyd. Zakamarki

Alberta znamy i czytamy od lat. Mieliśmy wszystkie książki o przygodach sympatycznego Alberta i jego taty, ale niektóre zostały pożyczone lub podarowane innym małym czytelnikom. Pamiętam jak Alex był mały i czytałam mu o Albercie po kilka razy dziennie, bo on bardzo lubił jego przygody. W zasadzie tak jest do dzisiaj, z tą różnicą, że najnowszą książkę przeczytał już sam. Tym razem Albert zostaje niesłusznie oskarżony o kradzież klucza do domku na drzewie. Chłopiec czuje się bezradny i skrzywdzony niesłusznym oskarżeniem. Na szczęście sprawa się wyjaśnia, bo Albert zdobywa dowody na swoją niewinność. Historia Alberta pokazuje jak słowa potrafią ranić i sprawiać przykrość. To opowieść o emocjach towarzyszących dziecku, które staje w obliczu pomówienia, wyśmiewania, plotek, szydzenia.


 "Lukrecja" Anne Goscinny, Wyd. Znak

Anne Goscinny jest córką autora serii o Mikołajku. U nas Mikołajek "wałkowany" jest od niepamiętnych czasów czy to w postaci książek, audiobooków czy też filmów. Całą trójką uwielbiamy przezabawne przygody Mikołajka. Jakiś czas temu kupiłam "Lukrecję" i też świetnie się przy niej bawimy, chociaż myślę, że dziewczynkom może spodobać się jeszcze bardziej. Tytułowa Lukrecja to dwunastoletnia dziewczynka, która mieszka z mamą, ojczymem, młodszym bratem oraz odwiedzającą ich często babcią Scarlett. Utrzymuje także kontakt z ojcem. Ma swoje trzy bliskie przyjaciółki. Jej szkolne perypetie śmieszą do łez. W domu mocno zaznacza swoją nastoletnią odrębność. Bardzo śmiesznie i refleksyjnie.


"Ale komputery. Megabajtowe historie cyfrowe", Michał Leśniewski, Wyd. Egmont

Tę książkę Alexander wynalazł przy jakiejś wizycie w Empiku. Michał Leśniewski opowiada w niej jak przebiegał rozwój cyfrowy na przestrzeni lat. To trochę taka encyklopedia wiedzy na temat komputerów, ze smakiem ilustrowany przewodnik po komputerowym świecie. Autor pokazuje zmiany jakie zachodziły w tej dziedzinie, podaje fakty i ciekawostki, przedstawia niesamowite historie ludzi czy próby doskonalenia wynalazków już od liczydła począwszy, a także ich zastosowanie np. w wojsku lub kosmosie. Książka jest trochę takim pochyleniem się nad historią i geniuszem człowieka.


"Asteriks. Przygody Gala Asteriksa", Rene Goscinny, Albert Uderzo, Wyd. Egmont

Alexander właśnie rozpoczyna swoją przygodę z komiksami. Ja, przyznam szczerze nigdy nie przepadałam za nimi, ale już mój mąż owszem. Wcześniej czytał komiksowe przygody ludzików Lego, ale jak niedawno obejrzeliśmy Asteriksa i Obeliksa, a Jarek opowiedział mu, że czytał komiksy o ich przygodach, syn poprosił o swój własny komiks o Galach. No i zaczytuje się bardzo. Komiks opisuje przygody sprytnego Gala Asteriksa oraz jego trochę naiwnego, ale obdarzonego nadludzką siłą przyjaciela Obeliksa. Poznamy też rozważnego maga Panoramiksa, który przygotowuje magiczny wywar, Kakofoniksa z jego popisami czy zmartwionego Asparanoiksa.


Od ostatniego wpisu o moich ulubieńcach kosmetycznych, tych z dobrymi składami, minął prawie rok. Nie żeby przez ten czas zupełnie nic fajnego nie wpadło mi w oko, bo wpadło, i nawet w hitach miesiąca pojawiały się od czasu do czasu moje osobiste cuda kosmetyczne. Bo wiedzieć Wam trzeba, że ja lubię testować wspaniałości naszych rodzimych manufaktur. Ostatnio jednak wychodzę z założenia, że póki nie zobaczę denka, nie kupuję nowego produktu. I o dziwo trzymam się swojego postanowienia. 

Końcówka lata i początek jesieni jakoś mocno odbił się ma mojej buźce. W lecie wiadomo mniej dbałam o twarz, krem i tusz mi wystarczył. Nigdy jakoś szczególnie nie miałam problemów z cerą, nie była może jak po obróbce w znanym programie, ale generalnie nie było z nią specjalnie źle. Tak sobie myślę, że też wiek zobowiązuje i, nie ma się co oszukiwać, zaczyna o sobie dawać znać. Postanowiłam działać, a że nastał ku temu sprzyjający czas, więc można wieczorkiem ciut dłużej w łazience posiedzieć czy straszyć wieczorami chłopaków twarzą z maseczkami. Czas naprawy uważam więc za oficjalnie rozpoczęty. Na biurku stoi dumnie dzbanek z wodą, bo nie tylko od zewnątrz, ale od wewnątrz też przydałoby się nawilżyć oraz kosmetyki w łazience, na toaletce czy w lodówce też są. Niektóre kupione już po raz któryśtam, a niektóre całkiem niedawno się u mnie pojawiły. Tej jesieni będzie zatem, oprócz gotowania, prania, sprawdzania prac domowych, wylegiwanie się na kanapie, naprawianie i regenerowanie. Będą peelingi, maseczki, pasty, bo wiem że gdy właściwie dbam o skórę, ona mi się odwdzięcza. Będę je stosować i się upiększać, w końcu do czterdziestki jeszcze trochę mi zostało, zdążę zatem. Zapraszam na moje subiektywne kosmetyczne polecajki. Idealne na pierwsze etapy pielęgnacji skóry twarzy.


Chociaż nie stosuję tony kolorowych kosmetyków, maluję się raczej delikatnie, to po całym dniu i powrocie do domu uwielbiam zmyć makijaż. Wtedy dopiero czuję, że jestem w domu. Od bardzo dawna do zmywania makijażu stosuję olejki. Mój idealny, taki bezkonkurencyjny, który zdeklasował wszystkie poprzednie to olejek hydrofilowy do oczyszczania twarzy marki Lush Botanical. Można go aplikować zarówno na sucho (kiedy skóra jest mocno zabrudzona, mieszana czy tłusta) oraz mieszając go z wodą przy skórze wrażliwej i suchej. Po kontakcie z wodą powstaje mleczko, które bez problemu usuwa się wodą. Olejek hydrofilowy od Lush Botanical świetnie wykonuje swoją robotę zmywając makijaż. Stosując go nie mamy kontaktu z detergentami i substancjami myjącymi, które potrafią osłabiać, a nawet podrażniać barierę ochronną skóry. Produkt nie pozostawia na skórze absolutnie żadnej warstwy, lepkości, co bardzo sobie cenię. Skóra po nim jest miękka, gładka, przyjemna w dotyku, pięknie oczyszczona no i pachnąca cytrusami. Olejek Goodbye Dirt to kompozycja olei z pestek moreli, z pestek arbuza oraz z pestek winogron. Zdecydowanie nie zamienię go na żaden inny.


Poranków z kolei nie wyobrażam sobie bez użycia toniku na zmianę z hydrolatem. Tym ostatnio ulubionym tonikiem jest tonik marki Shy Deer. Taki odświeżająco-nawilżający. Polubiłam się z nim od pierwszego użycia. Bo moja skóra kocha łagodne toniki pozbawione alkoholu w składzie. A ten jest dodatkowo praktycznie bezzapachowy, więc absolutnie jej nie podrażnia i nie pozostawia dyskomfortu. Przynosi więc porankiem sporą ulgę skórze i pozostawia ją odpowiednio nawilżoną,  aż czuć to nawilżenie, i sprawia, że jest miękka, odświeżona, promienna. Bardzo korzystnie działa na moją skórę twarzy i szyi, super ją regeneruje, uspokaja, łagodzi jakiekolwiek podrażnienia i stany zapalne. Jak dla mnie bomba!


A ulubionym hydrolatem stał się skoncentrowany hydrolat z owoców rokitnika. To mój osobisty hit. Hydrolaty uwielbiam i stosuję od lat, a ten od Republiki Mydła jest wspaniały. Cudownie uspokaja skórę, gdy pojawiają się na niej niespodzianki i podrażnienia. Działa niezwykle kojąco. Duże stężenie, taka bomba witaminy C, dobrze radzi sobie z moją naczynkową skórą. Przemywam nim twarz, lubię go wklepywać w skórę twarzy i szyi, stosuję robiąc maseczki, więc to taki produkt wielozadaniowy. Hydrolat z rokitnika odżywia, regeneruje, uelastycznia i napina moją skórę, a nawet lekko ją nawet rozjaśnia Znakomity produkt, który doskonale przygotowuje skórę do dalszej pielęgnacji! Re-we-la-cja!


Niedawno odkryłam też świetne działanie peelingu enzymatycznego od Shy Deer. Nie stosuję mechanicznych peelingów, bo często mnie podrażniają, ale potrzebuję czegoś do złuszczania martwego naskórka. Ten produkt świetnie się u mnie sprawdza. Nie będę ukrywać, że moją zmorą są zaskórniki, ale stosując ten produkt, na zmianę z oczyszczającą pastą do mycia twarzy od Iossi, gołym okiem widzę znaczną poprawę. Gładkość skóry jakiej nie znałam. Bardzo dobrze oczyszcza zatkane pory i zmniejsza ich widoczność. Ma fajną, kremową konsystencję, która daje dobry poślizg, więc jego aplikacja jest bardzo przyjemna. Na stronie producenta jest informacja, że początkowo może wystąpić szczypanie, ale u mnie nic podobnego się nie pojawiło. Pojawiła się natomiast gładka, czysta i rozjaśniona skóra. Jestem pewna, że tak jak ja zakochacie się w nim.


Węglową oczyszczającą pastę do twarzy od Iossi kupuję już od bardzo dawna. Oboje z mężem uważamy, że to rewelacyjny produkt do mycia twarzy. Pasta jest gęsta, przez co łatwo się ją nabiera i nie przecieka przez palce, jest lekko tępa, szorstka, prawdziwie "pastowa", ale mimo to świetnie myje się nią twarz, bo jest lepka i wilgotna. Skóra po niej jest porządnie oczyszczona, jednak bez zbędnego ściągnięcia i wysuszenia. Oprócz aktywnego węgla, w skład produktu wchodzi też łagodzący podrażnienia i działający przeciwrodnikowo ekstrat z zielonej herbaty, zmiękczający skórę olej babassu i skwalan z trzciny cukrowej, alginat regenerujący naskórek oraz ferment z kokosa i rzodkiewki odpowiadające za nawilżenie. Produkt naprawdę głęboko oczyszcza i świetnie nawilża skórę, czyniąc ją aksamitnie gładką. A do tego fajny zapach rozmarynu, lawendy i cytryny. Warto wypróbować!


Na wszelkie niedoskonałości i walkę z zaskórnikami polecam też czarne mydło, które u nas w domu na łazienkowej półce zawsze jest obecne. Od bardzo dawna używam czarnych marokańskich mydeł wyrabianych na bazie wody i oliwek. Obecnie mamy to, marki MAUDI (kupione w Drogerii Natura). Fajnie oczyszcza skórę, niczym peeling enzymatyczny, pozostawia ją miękką, odświeżoną i rozjaśnioną. Działa antybakteryjnie, świetnie przygasza i goi wszelkie niespodzianki na twarzy. Zauważyłam też, że mydło zapobiega powstawaniu suchych skórek. Stosujemy go z mężem na spółkę i stwierdzam, że jest wydajne. Bardzo go lubię i dobrze mi służy, więc polecam.


I na koniec jeszcze moja kosmetyczna perełka. Od dawna jestem wierna jednym maseczkom. Są to maseczki marki Chic Chiq. Jestem od nich uzależniona. Myślę, że jak wypróbujecie, będziecie wiedzieć o czym piszę. Ja ogólnie nie miałam w zwyczaju używać maseczek, kupowałam, a potem koniec końców oddawałam. Do czasu, aż wypróbowałam te. To naprawdę jedne z lepszych kosmetyków, które do tej pory udało mi się przetestować. Wszystkie są świetne i działają cuda, ale moją ulubioną jest la Noce. Stosuję ją regularnie, bo dobrze oczyszcza skórę, odżywia i głęboko nawilża. Skóra twarzy jest po niej rozjaśniona, witalna. Maseczka jest w proszku zapakowanym w pięknym bambusowym pudełku lub papierowym opakowaniu. Ma bardzo przyjemną formułę, która gwarantuje świeżość i aktywność naturalnych składników. Proszek rozrabiamy z wodą lub hydrolatem, nakładamy na buźkę, a kiedy przeschnie usuwamy niczym maskę żelową. Cudo, mówię Wam!!!



Przyznam szczerze, że na tę książkę czekałam z utęsknieniem, mój mąż zresztą też. Po przeczytaniu pierwszej części Trylogii Białego Miasta, mieliśmy ochotę na kontynuację historii hiszpańskich śledczych Krakena i Alby. Niesamowity bowiem klimat pierwszej książki totalnie pochłonął nas na kilka wieczorów. Czy druga część jest równie ciekawa jak pierwsza i czy warto po niż sięgnąć? Jeśli chcecie poznać moje zdanie, zapraszam do przeczytania recenzji.

W "Rytuałach wody" wracamy do Vittorii. Unai Lopez de Alaya nadal jest na zwolnieniu, po tym jak został postrzelony, a mieszkańcy miasteczka są mu bardzo wdzięczni za wykrycie sprawcy podwójnych morderstw. Kraken żyje więc z dnia na dzień, jest bierny zawodowo i cierpi na afazję. Z tego marazmu jednak wyrwą go dwie ważne wiadomości. Jedną z nich jest informacja Alby, o tym że spodziewa się dziecka. Kobieta jednak nie wie kto jest jego ojcem. Czy jest nim były mąż Nancho czy Kraken, kochanek. Unai nie może też dłużej pozostawać bierny zawodowo, bo jego partnerka z pracy Estibaliz ma dla niego przykrą wiadomość -  pierwsza dziewczyna Unai, Annabel Lee, będąca w czwarty miesiącu ciąży, została w brutalny sposób zamordowana w niezwykłych okolicznościach. Sprawca mordując kobietę wykorzystał celtyckie rytuały.

Obie wiadomości sprawią, że profiler Kraken zawalczy o powrót do pełnej sprawności, stanie na nogi, wróci do pracy i zaangażuje się w śledztwo. Bo wiedzieć należy, że kilka lat wcześniej w ten sam sposób została zamordowana inna kobieta w ciąży. Czy sprawcą potwornej zbrodni jest ta sama osoba?

Po przeczytaniu "Rytuałów wody" mam wrażenie, że naczelnym i przewodnim tematem książki jest rodzicielstwo, z jednej strony to piękne, pełne troski i miłości, a z drugiej bestialskie, chore. Świetnym posunięciem okazało się rozwinięcie w książce wątku obyczajowego. Część kryminalna z doskonale poprowadzoną intrygą również ma tu swoje ważne miejsce, dynamicznie mknie naprzód i wciąga czytelnika tak bardzo, że ciężko się od książki oderwać, szokuje i wywołuje sporo emocji. Wszystko jednak łączy się i przeplata spójnie ze sobą, teraźniejszość miesza się z przeszłością, po to by mieć pełny ogląd sytuacji.

Autorka posługuje się niezwykle pięknym językiem, który jest obrazowy, barwny, hipnotyzujący, w niezwykły sposób opisujący uczucia i emocje.

Bardzo polubiłam nastrój książki i zaprzyjaźniłam się z jej charyzmatycznymi bohaterami. Z niecierpliwością czytelniczą czekam na kolejną, ostatnią już część Trylogii Białego Miasta.

Książka "Rytuały wody" ukazała się nakładem Wydawnictwa MUZA i jest do kupienia TU.


Mam ogromny sentyment do ksiażki Ceceli Ashern "Ps. Kocham Cię" chociażby ze względu na to, że rzecz rozgrywa się w mojej ukochanej Irlandii, do której pałam ogromną sympatią i z którą związane są moje najpiękniejsze wspomnienia. Poza tym zarówno książka, jak i ekranizacja powieści rozkochały mnie w sobie. I byłam ciekawa jak radzi sobie Holly, kiedy listy przestały przychodzić. Nie sądziłam jednak, że kiedyś pojawi się kontynuacja powieści, ale oto jest i poniżej znajdziecie moje wrażenia po jej przeczytaniu.

W "Ps. Kocham Cię na zawsze" spotykamy Holly siedem lat później. Kobieta w miarę uporała się po śmierci Gerrego i próbuje na poważnie zaangażować się w nowy związek z Gabrielem. Chce sprzedać dom, w którym mieszkała z ukochanym mężem i wprowadzić się do nowego partnera. W tym czasie siostra Ciara usilnie namawia ją do przygotowania podcastu i podzielenia się w nim swoimi przeżyciami związanymi z utratą ukochanej osoby. Kobieta w końcu ulega i opowiada o radzeniu sobie ze startą oraz listach, które pozostawił po śmierci Gerry. Nagranie podcastu znów wywraca życie Holly do góry nogami. Początkowo sama zaczyna roztrząsać na nowo przeżyty siedem lat wcześniej dramat i zastanawia się czy dobrze postąpiła nagrywając podcast, ale kiedy zgłaszają się do niej kolejne osoby szukające pocieszenia, z historiami podobnymi do jej losów, a Holly dowiaduje się, że Angela założyła klub, który ma być ukojeniem i nieść pomoc osobom chorym na przewlekłe lub śmiertelne choroby i członkom ich rodzin, kobieta przystępuje do klubu.

Czy jednak Holly poradzi sobie z własnym bólem i będzie w stanie pomóc innym? Czy nie jest to dla niej zbyt duże obciążenie i jakie będą tego konsekwencje?

Piękna skłaniająca do refleksji historia. O przemijaniu, autorka bowiem uzmysławia nam, bo często w codziennym pędzie o tym zapominamy, że należy się zatrzymać, dostrzec bliskie osoby, pobyć z nimi, póki mamy na to czas, bo życie przecież tak szybko mija. O śmierci. Trudnym temacie, który poruszony został w książce z ogromną dozą empatii i delikatności. O miłości, która towarzyszy nam każdego dnia i potrafi przynieść ukojenie. Serdecznie polecam.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Akurat i można ją kupić TUTAJ.


Na sklepowych półkach ta okładka przyciągnęła mój wzrok. Rzucała się mocno w oczy, więc przeczytałam opis, który totalnie mnie zaciekawił i książka wylądowała w koszyku. Czy ta pokusa była warta spędzenia kilku dobrych godzin na czytaniu "Szeptacza"? Poniżej znajdziecie moją odpowiedź.

Po nagłej śmierci ukochanej żony na Toma Kennedy'ego spada wychowywanie siedmioletniego syna Jake'a. By odciąć się od traumatycznych przeżyć postanawia przeprowadzić się do małego miasteczka Featherbank z nastawianiem rozpoczęcia nowego życia. Jednak nie wszystko się układa, bo ojciec z synem nie mogą znaleźć wspólnego języka, a z czasem sytuacja się jeszcze pogarsza, bo chłopiec widzi wyimaginowaną dziewczynkę i słyszy szepty. Czuje się osamotniony, zagubiony, zupełnie nie potrafi się odnaleźć w nowej sytuacji. 

Do tego okazuje się, że w miasteczku wiele lat temu doszło do serii morderstw, których ofiarami byli młodzi chłopcy. Podobno uczynił to Frank Carter, okrzyknięty przez media "Szeptaczem", bo swoje ofiary przywoływał szeptem, uprowadzał je i zabijał. Od lat jednak odsiaduje wyrok. Tymczasem na mieszkańców Featherbank pada blady strach, bo ginie kolejny mały chłopiec Neil Spencer, a matka chłopca twierdzi, że zaginięcie poprzedzone było dającym się słyszeć szeptem. Czy więc Szeptacz miał wspólnika, a może ktoś usilnie próbuje go naśladować? Czy rodzinie Kennedych uda się rozpocząć nowe życie czy może jednak nie jest to najlepsze miejsce? Co jest wymysłem Jake'a a co prawdziwym zagrożeniem?

Ta historia ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale całość ostatecznie uważam za bardzo dobrą i zdecydowanie wartą przeczytania. Zwłaszcza, że jest to debiutancka powieść Alexa Northa. Bardzo emocjonujący thriller, który nie raz wywołał u mnie ciarki na cały ciele i nasłuchiwanie szeptów. Fabuła książki jest bardzo nieoczywista i mroczna, historia misternie utkana z niejednym zwrotem akcji. Czego chcieć więcej? Z całą pewnością sięgnę po kolejne ksiażki tego autora.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i jest do kupienia TU.

Obsługiwane przez usługę Blogger.