"Pozwól mi wrócić" to trzeci thriller B.A. Paris, który przeczytałam. Książki tej autorki zdecydowanie przypadają mi do gustu. Czytam je z zapartym tchem, nie mogąc się wprost oderwać i dostarczają mi mnóstwo czytelniczych doznań.

Świetny i intrygujący pomysł na fabułę, to zdecydowanie zaleta tej ksiażki. Sporo w niej scen, które trzymają mocno w napięciu, mnóstwo zwodzenia, niedopowiedzeń, wahań i zawirowań, powodujących, że nie możemy odłożyć ksiażki, spragnieni jesteśmy poznać zakończenie. A kiedy już je poznamy zaczynamy się zastanawiać czy na pewno w mroku nie czai się zło, a osoba z którą żyjemy na co dzień jest tą za którą się podaje.

Cała historia opowiedziana jest z perspektywy początkowo jednego, a następnie dwóch bohaterów, podzielone na teraz i wcześniej przeplatając się wzajemnie. Uważam, że to świetny zabieg, który pozwala lepiej zobrazować całą historię Finna i Layli. 

A historia zaczyna się od zniknięcia Layli. Dwoje młodych i bardzo w sobie zakochanych ludzi wyjeżdża na wypoczynek do Francji. W drodze powrotnej zatrzymują się na parkingu. Kiedy chłopak wraca z toalety, zastaje pusty samochód. Przerażony zaczyna szukać dziewczyny. Bezskutecznie jednak. Miłość jego życia zapadła się pod ziemię. W poszukiwania włącza się policja, z którą chłopak nie do końca jest szczery. Mijają lata i Finn rozpoczyna nowe życie z siostrą Layli. Zakochani planują ślub i wówczas pojawiają się znaki jednoznacznie świadczące o tym, że Layla jednak żyje. Finnem szarpią wątpliwości, raz podejrzewa wszystkich wkoło o próbę oszustwa, by za chwilę być prawie pewnym, że ukochana z przeszłości żyje i jest bliżej, niżby się mogło wydawać. Nie będę zdradzać finału historii, bo warto ją poznać samemu. Zapraszam zatem do lektury. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros.

 








Ostatnio na blogu bardzo nas mało, ale styczeń totalnie nas rozłożył. Choroba goniła chorobę, a ja niespecjalnie znalazłam czas na pisanie pomiędzy mierzeniem temperatury, a podawaniem lekarstw, robieniem okładów, a gotowaniem ulubionych potraw, zwłaszcza że noce też nie były specjalne. Mam jednak nadzieję, że w lutym będzie lepiej i choróbska nam odpuszczą.

Styczeń nie był do końca jednak pozbawiony uroku, bo czas spędzony razem zdecydowanie do najcenniejszych należy. No i było kilka fajnych zachwytów, na które serdecznie Was zapraszam.


KOSMETYKI


W styczniu furorę zrobił u mnie krem do twarzy Achillea z manufaktury Szmaragdowe Żuki. Ostatni okres zdecydowanie nie wpłynął dobrze na kondycję mojej cery. Zimno, szczypiący mróz, a zaraz później ciepłe, suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach sprawił, że moja skóra stała się przesuszona, czasem aż piekła na policzkach, natomiast strefa T serwowała mi różne niespodzianki. Jakiś czas temu wypróbowałam eliksir do twarzy Aesculus od Szmaragdowych Żuków (pisałam o nim więcej TU), świetnie się sprawdził, więc zaopatrzyłam się u nich również w krem do cery mieszanej i normalnej. Krem okazał się strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Już po kilku użyciach zauważyłam wyraźną poprawę jeśli chodzi o kondycję mojej cery. Stosuję go codziennie pod makijaż i naprawdę fantastycznie się sprawdza, a nawet mam wrażenie przedłuża jego trwałość. Skóra po nim jest ukojona, odprężona, nawilżona. Dodatkowym plusem jest to, że kosmetyki od Szmaragdowych Żuków są w szklanych opakowaniach i mogą być ponownie użyte. Marka nie używa też dodatkowych pudełek ani folii opakowaniowych i dostarcza produkty w opakowaniach biodegradowalnych, wypełnionych ekologicznymi skrobiowymi piankami i zaklejonych papierową taśmą na ekologicznym, bezpiecznym kleju. Brawo!


JEDZENIE


W styczniu zdecydowanie wygrywa robione pierwszy raz samodzielnie przez mojego męża sushi. Oboje bardzo uwielbiamy, więc ogromnie się cieszę, że mąż ogarnął temat. Wyszły mu naprawdę znakomite i były dokładnie takie, jakie lubię najbardziej.


Złota zupa z soczewicy to drugi kulinarny przysmak stycznia. Przepis pochodzi z Jadłonomia.com i raczyliśmy się nim ostatnio bardzo często. Oczywiście Alexander kręcił nosem, ale my z mężem się zajadaliśmy. Idealna na zimowe, chłodne dni, bo świetnie rozgrzewa. Wypróbujcie, może tak jak my będziecie zachwyceni (źródło zdjęcia Jadłonomia).

DOKUMENT

W ostatnim czasie obejrzałam dwa naprawdę dobre dokumenty, do których Was kieruję.


Pierwszy z nich to "Plastikowy ocean", który totalnie mnie wbił w fotel i ciągle o nim myślę. Dokument ten opowiada o zaśmiecaniu oceanów plastikowymi odpadami i jego wpływie na środowisko. Dokumentuje najnowszą naukę, udowadniając, jak tworzywa sztuczne, po wejściu do oceanów, rozpadają się na małe cząsteczki, które trafiają do łańcucha pokarmowego, gdzie przyciągają toksyny niczym magnes. Te toksyny są przechowywane w tkankach tłuszczowych owoców morza i ostatecznie konsumowane przez nas. A wiecie np. że w centrum Oceanu Spokojnego naukowcy odkryli więcej plastiku niż planktonu i że przez ostatnie 10 lat gatunek ludzki wyprodukował więcej plastikowych śmieci niż przez wcześniejszych 100 lat, a liczba ta nieustannie rośnie? Warto obejrzeć ten program, chociażby dlatego, że po jego obejrzeniu z całą pewnością nie porwiemy już na zakupach z taką łatwością plastikowego worka czy butelki wody.


Kolejny dokument to "Cały ten cukier", który obrazuje co dzieje się w organizmie po jego spożyciu. Film trafnie ukazuje nadmiar zjadanego cukru, nasze od niego uzależnienie i jego konsekwencje. Reżyser dokumentu przez prawie dwa miesiące codziennie spożywał 40 łyżeczek cukru. Czy to dużo? Otóż wcale nie, tyle średnio go spożywamy, bo jak się okazuje cukier jest dodawany do większości produktów, włącznie z tymi nazywanymi 'healthy food'.

MODA


W tym roku nadal "choruję" na len. Ostatnio odkryłam dwie, bardzo ciekawe marki, które stawiają na naturalne tkaniny. Jedną z nich jest Natula. To mała wrocławska pracownia, w której sukienkach się zakochałam. Zresztą, no powiedzcie sami, czyż nie są piękne? Fajne kolory, gumka w talii i dekolt w kształcie litery V, to nie może się nie udać. 
Nad spódnicą z Histore.pl zastanawiam się już drugi miesiąc. Nie mogę zdecydować się na kolor, ale chyba granat aktualnie najbardziej do mnie przemawia. Prosta, klasyczna, myślę że będzie leżała idealnie. To świetna podstawa i najciekawszym elementem nie jednej stylizacji. Oczywiście wykonana w 100% z lnu. 

Niespecjalnie pałam miłością do lutego, mimo że to najkrótszy miesiąc w roku i to właśnie w tym miesiącu obchodzi się dzień miłości czyli popularne Walentynki,  to jednak zimny, ponury miesiąc, gdzie często gęsto chlapa i ciapa za oknem. W tym właśnie okresie obserwuję u siebie widoczny spadek energii, taka sezonowa depresja. Mam jednak swoje ukryte sposoby, by wnieść więcej równowagi i dobrego samopoczucia do życia w lutym. Jeżeli jesteście ciekawi, zapraszam do przeczytania całego tekstu.

1. Wiem, że cukier szkodzi, ale spożywanie dobrej, ciemnej czekolady zdecydowanie ma pozytywny wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie. Należy jednak pamiętać, by wybierać czekoladę o jak najwyższej zawartości kakao. Można nią zastąpić inne słodycze. Gorzka czekolada nie tylko poprawia nastrój, wpływając na podwyższenie poziomu endorfiny i serotoniny, ale też świetnie pobudza, dodaje energii na dłuższy czas, wpływa na poprawę koncentracji, polepsza pamięć, redukuje zmęczenie i senność.

2. Pozwalam sobie na chwile sama ze sobą. Najczęściej wtedy leżę w ciszy, czasem medytuję czy śpiewam mantry czego nauczyłam się chodząc na jogę. A czasem najzwyczajniej na świecie otulam się kocem i czytam książkę lub patrzę przez okno. Wyciszam się wówczas i spoglądam na świat bardziej przyjaźnie.

3. Piję Gold milk, na którego przepis dała mi moja najlepsza przyjaciółka. Ja osobiście niespecjalnie lubię mleko, chyba że wyjątkowo najdzie mnie na nie ochota, a to bardzo polubiłam. Robię je na bazie mleka migdałowego z kurkumą, pieprzem, cynamonem i kardamonem. Ten ajurwedyjski napój ma naprawdę wiele wspaniałych dla naszego ciała właściwości. Działa rozgrzewająco, zwiększa odporność, zwalcza infekcje i ma też właściwości antydepresyjne. 

4. O ile czas i zdrowie mi pozwalają chodzę na Hatha jogę, która jest dla mnie zarówno odpoczynkiem dla umysłu, jak i ćwiczeniami dla ciała. Joga to wbrew pozorom nie tylko wykonywanie efektownych póz czy przysłowiowych "wygibasów", ale to szeroka dyscyplina, która ma wiele zalet, bo wzmacnia siłę mięśni, poprawia metabolizm, pracę serca, uczy prawidłowego oddechu, a gdy organizm się porządnie dotleni, ma więcej energii. Wiadomo też, że aktywność powoduje natychmiastową produkcję endorfin, uważanych za hormony szczęścia. Oprócz tych korzyści stricte dla różnych części organizmu, joga pozwala też lepiej radzić sobie ze stresem. 

5. Staram się  odstawić elektronikę z ekranami LCD na dobre dwie godziny przed snem i co najmniej godzinę po przebudzeniu. A dzięki temu sięgam po papierową książkę, stąd lista przeczytanych książek w danym miesiącu jest spora. Wpatrywanie się w urządzenia emitujące dużo niebieskiego światła wywołuje w mózgu reakcje zakłócające rytm okołodobowy, a to zakłóca prawidłowy sen, który jest doskonałym, darmowym lekarstwem dla naszego organizmu i świetnym kosmetykiem. Jeśli chcecie cieszyć się zdrowiem i mieć dużo energii na co dzień, warto się wysypiać.





Ostatnio na moim Instagramie napisałam, że w styczniu przeczytałam pięć książek. Sporo osób dziwiło się, że tak dużo. Ja myślę, że to wcale nie jest dużo, zwłaszcza jak się trafia na dobre tytuły. Czasem bywa tak, że książka wciąga tak bardzo, że nie jestem w  stanie jej odłożyć. Tak właśnie było w przypadku thrillera "Nie jestem potworem" hiszpańskiej autorki Carme Chaparro.

Książka opowiada o porwaniach dzieci i niezłomnej walce policjantki, by odnaleźć osobę, która stoi za wspomnianymi porwaniami. Trzydzieści sekund, tylko tyle wystarczy, by stracić z oczu swoje czteroletnie dziecko oglądające wystawę w centrum handlowym. Tak było w przypadku czteroletniego Kike, którego matka w jednym spod madryckich centrów handlowych odbierając wiadomość od męża, z którym była w separacji, oderwała od chłopca wzrok, a kiedy znów spojrzała w kierunku synka, już go nie było. Zaczyna się koszmar. Nie ma bowiem nic gorszego, jak utrata własnego dziecka. Na miejsce przyjeżdża policja oraz media, które na bieżąco relacjonują postęp wydarzeń. Sprawą zajmuje się nadinspektor Ana Aren z madryckiej policji, a przebieg wydarzeń relacjonuje jej koleżanka Inés  Grau. Media bardzo szybko łączą zaginiecie chłopca z porwaniem, które miało miejsce dwa lata temu w tym samym miejscu. Zaginął wówczas czteroletni Nicolas. Sprawą również zajmowała się Ana Aren, której nie udało się odnaleźć chłopca, ani porywacza. Tymczasem kilka dni później w tej samej lokalizacji ginie kolejny chłopiec. Tym razem to syn dziennikarki, czteroletni Pablo. Śledztwo nabiera tempa, liczy się każda minuta i każdy szczegół. Wyniki prowadzonego śledztwa przyniosą zaskakujące rezultaty oraz okrutną prawdę o człowieku, który jest w stanie posunąć się bardzo daleko, by osiągnąć swój cel. 


Książka jest debiutanckim thrillerem Carme Chaparro, hiszpańskiej prezenterki i redaktorki telewizyjnego serwisu informacyjnego, która rewelacyjnie poradziła sobie z tematem. Świetnie nakreśliła portrety psychologiczne poszczególnych bohaterów. Zgrabnie i z niezwykłą dokładnością opisywała prowadzone śledztwo, pokazując również jego ciemne strony. Po mistrzowsku wręcz podsuwa tropy, zarzucała przynętę, żonglowała emocjami, by wciągnąć Czytelnika bez reszty. 

Według mnie to jeden z lepszych thrillerów, które w ostatnim czasie przeczytałam. Wart każdej poświęconej mu minucie. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i aktualnie można go kupić TUTAJ w promocyjnej cenie. Serdecznie polecam! 







Ogromnie się cieszę, że dzięki np. Instagramowi czy innym social mediom trafiam na ludzi, którzy tworzą swoje marki z ogromym zaangażowaniem, pasją wkładając w swoją pracę całe serce. Dobre, piękne produkty, dopracowane w każdy detalu, i do tego wytworzone w naszym kraju. Nieważne czy są to naturalne kosmetyki, ubrania czy przedmioty użytku codziennego. Wszystkim twórcom niezmiernie kibicuję. 

Dlatego pomyślałam, że powrócę do cyklu #wspierampolskibiznes, bo warto pokazywać, by wspierać polskie marki. Tym razem przedstawiam Wam niezwykle oryginalną firmę - Woodspot Beskidy tworzącą kolekcję drewnianych misek i talerzy z miłości do natury i produktów, które nie szkodzą naszemu środowisku. To bardzo istotne w dzisiejszych czasach, gdy plastik zalewa nas z każdej strony. 


A teraz przeczytajcie, co o samej marce mówią jej twórcy.

1. Może na samym początku zapytam o to, kto stoi za marką Woodspot Beskidy?

Za marką Woodspot stoi Paulina. Zajmuję się wysyłką i  grafikami, kontaktem z klientami, natomiast same naczynia tworzy Pan Antonii:)
Pan Antonii to stolarz z prawdziwego zdarzenia. Kocha to co robi, wkłada w pracę całe serce, więc  wielbiciele naszych produktów mogą mieć pewność, że wykonane przez niego rzeczy są niepowtarzalne. I wykonane metodą tradycyjną.

2. Skąd pomysł na stworzenie personalizowanych talerzy, misek czy sztućców z drewna?

Pomysł zrodził się zwyczajnie z potrzeby. Szukałam oryginalnych, ekologicznych naczyń dla córki. Znudziły mi się popularne na rynku kolorowe talerzyki dla dzieci. Lubię rzeczy proste i niekoniecznie wielobarwne. Dlatego w pierwszej kolejności powstały miski z rysunkami zwierzątek. Jesteśmy wielbicielami wszystkiego co drewniane, ale w tej bardziej nowoczesnej odsłonie. Talerzyki czy miski są odzwierciedleniem tych tradycyjnych. Brakowało na nich jednak czegoś co poprawiałoby humor bądź po prostu dodawało uroku. Oczywiście liczyła się także dobra zabawa, więc ukryte na dnie grafiki dla dzieci właśnie to nam zapewniały:) Niezmiernie ważne także dla mnie jest to, aby to czego używamy w naszym domu było jak najbardziej naturalne i służyło nam przez lata, co osiągamy dzięki dobrej impregnacji. 

3. Czyli potrzeba, matką wynalazków. Jakie cechy charakteru trzeba mieć, żeby pomysł stał się rzeczywistością? I jakie były największe z tym związane wyzwania?

Najtrudniej zacząć i przebić się przez czeluście internetu, gdzie aktualnie pełno już jest produktów handmade. Natomiast jeśli jesteś pewny, że Twój produkt jest jedyny, oryginalny i testowany przez Ciebie, to są duże szanse, że odniesie sukces:) Trzeba też mocno wierzyć w to co się robi, a upór i cierpliwość z całą pewnością są sprzymierzeńcami.

4. Inspiracje. Jak się rodzą, skąd przychodzą, gdzie ich szukać?

Inspiracje czerpiemy głownie z internetu, pinterest to kopalnia pomysłów. Jeśli chodzi o grafiki czy napisy to inspiracją dla mnie są książki obrazkowe dla dzieci, a nawet obrazki z ubranek dziecięcych. Oczywiście najmilej wspominamy pomysły naszych klientów, które niejednokrotnie nas zaskakują. Czasem tworzymy coś wspólnie. Dużo inspiracji można znaleźć również na stronach i sklepach z produktami wyposażenia wnętrz, jak houzz.com czy bloomingville interiors.

5. Bardzo mnie ciekawi jak wygląda proces twórczy?

Cały proces twórczy to dość zawiła sprawa. Przede wszystkim najpierw szukamy drewna. Głównie tworzymy z jesionu i czereśni. Staramy się, aby produkty które tworzymy, były zrobione z drewna, które nie zostało dopuszczone do produkcji - ma np. niewielkie skazy, inne usłojenie lub są nierówne. Pierwszy etap więc to poszukiwanie drewna, które czasem znajduje się kilkaset kilometrów od naszego miejsca zamieszkania. Następnie zajmujemy się jego obróbką. Tniemy drewno na odpowiedniej grubości bloki, z których Pan Antonii tworzy dla Was naczynia. Wszystko robi ręcznie na tokarce.  Później następuje polerowanie i impregnacja czyli woskowanie, by naczynia nie piły zbyt dużo wody, co przedłuża ich trwałość. Używamy jedynie wosków naturalnych, woski pszczele czy popularnego w naszej kuchni oleju  kokosowego, bo miski przecież mają kontakt z żywnością. A potem to już same przyjemności :) Przełożenie grafik, loga na drewno poprzez wypalanie go laserem.

7. Czego mogę Wam życzyć?

Jest dobrze tak jak jest bo czerpiemy radość z tego co robimy. A najbardziej zależy nam na zadowoleniu naszych Klientów. 

Myślę, że o to nie musicie się martwić. Woodspot to fantastyczna marka z cudownymi produktami. 









Obsługiwane przez usługę Blogger.