Wciąż nie mogę uwierzyć, że za parę dni zaczynają się wakacje. Mam wrażenie, że dopiero cieszyliśmy się majowym, długim weekendem, a już za chwilkę będzie lipiec. Cieszę się bardzo na ten czas, chociaż z łezką w oku wspominam cudowny maj. Już dawno nie było tak ciepłego piątego miesiąca roku. Pogoda wyjątkowo nas rozpieściła. Mam nadzieję, że takimi ciepłymi dniami będziemy się cieszyć również w wakacyjne miesiące. Maj wspominam z ogromnym sentymentem, bo był to dla nas bardzo doby czas. Mega rodzinny, czyli dokładnie taki jak lubię najbardziej. Mam nadzieję, że Wasz też był cudowny. 

A tymczasem przychodzę do Was z moimi odkryciami najpiękniejszego miesiąca w roku. Dajcie koniecznie znać w komentarzach, czy je znacie i co ciekawego odkryłyście  w ostatnim czasie. 

1. KOSMETYKI


Żel do mycia twarzy od Rau Cosmetics z nanosrebrem i babką lancetowatą, o którym wspominałam już na Instagramie, bez dwóch  stał się moim majowym odkryciem. Skutecznie (nie używam tuszy wodoodpornych) zmywa mój makijaż, zostawiając skórę czystą i gotową na dalszą pielęgnację. Jest bardzo delikatny, kojący i nawilżający. Skóra jest po nim lekko napięta, gładka, miękka. Ma fajną, lejącą konsystencję, która w połączeniu z wodą zaczyna się pienić. Duży plus za wydajność i pompkę. Zdecydowanie najlepszy żel jaki do tej pory używałam. Można go znaleźć na stronie producenta, o TU.

Krem do rąk od D'alchemy. Mam problem ze skórą dłoni odkąd pamiętam, dlatego absolutnie zawsze mam przy sobie tubkę kremu, w torebce, w łazience, w kuchni, przy łóżku. I przyznam się Wam, że mam bzika na ich punkcie. Używam kremów do rąk na tony. Ostatnio nie rozstaję się jednak z kremem Spectacular Hand Therapy właśnie od D'alchemy, który jest naprawdę bardzo bogaty, świetnie i na długo  nawilża i wygładza skórę moich dłoni. Ma działanie odmładzające, co zdecydowanie jest dla mnie pożądane. Oparty na hydrolatach z róży damasceńskiej i oczaru zawiera mieszankę olejków eterycznych z drzewa sandałowego, mandarynki i grapefruita, wzbogaconych nutą cedru i słodkiej wanilii, czyli mega odżywczy i ochronny miks, który zapewnia maksymalną ochronę dłoniom niwelując ich szorstkość. 


Ekologiczny hydrolat rozmarynowy od Ajeden. Dla mnie produkt wielozadaniowy. Używam go do przemywania twarzy, ale też na skórę głowy. Dzięki niemu moje włosy się mniej przetłuszczają, zwłaszcza grzywka, którą non stop dotykam, przez co przetłuszczała się w tempie błyskawicznym. Dzięki temu hydorlatowi włosy lepiej się układają i mam wrażenie, że są w lepszej kondycji. Używam go również jako toniku do twarzy, bo świetnie radzi sobie w walce z niedoskonałościami, działa odświeżająco i łagodząco. Super sprawuje się w mojej codziennej pielęgnacji. Do kupienia TU.  

2. MODA


Tu zdecydowanie prym wiedzie lniana sukienka od Gajlinen. Mój prezent na Dzień Matki. Piękna, zwiewna, wygodna. Czuję jakby to była moja druga skóra. Obecnie marka nie ma sklepu, ale zamówienia można składać przez stronę na Instagramie, TU. Oprócz ubrań dla kobiet, można tam wypatrzeć piękne rzeczy dla dzieci. 


Sandałki typu gladiatorki z Zary kupione na dziale dziecięcym. Śmigam w nich cały czas. Mega wygodne. Zamówiłam rozmiar mniejsze niż noszę, bo tak poradziła mi pani w sklepie i okazały się dobre. Zerknijcie TU.

Lniana koszula z Zary. Cieszę się, że len wrócił do łask, ba nawet króluje, bo to idealny materiał na letnią garderobę. Naturalny, trwały, przewiewny, w którym człowiek mniej się poci. Ta koszula zdecydowanie zwróciła moją uwagę. 

Duża, pojemna torebka z Mango, tkana z włókien juty z podwójnym, krótkim uchwytem. Myślę, że idealna do letnich stylizacji. Nie wiem czy jest aktualnie dostępna, ale być może jeszcze się pojawi. To ta

3. KSIĄŻKA


W maju trochę się opuściłam, bo przeczytałam zaledwie trzy książki. Wszystkie trzy okazały się jednak świetne, ale najbardziej podobała mi się książka Kasi Nosowskiej "A ja żem jej powiedziała". Uwielbiam Kasię Nosowską i często podoglądam ją na Instagramie, więc byłam bardzo ciekawa jej książki. Uważam, że to najlepiej zainwestowane pieniądze w ostatnim czasie. To książka, która gwarantuje mnóstwo śmiechu, spowoduje, że będziecie się złości, płakać, zmusi Was też do zastanowienia się nad  własną egzystencją. Nosowska jest świetnym obserwatorem o czym możemy się przekonać czytając w książce o związkach, relacjach z rodzicami, showbiznesie, jedzeniu i dietach. Do kupienia w Livro.pl, tam znalazłam ją najtaniej.  

4. FILM 


Przyznam szczerze, że poszłam na ten film zachęcona pozytywnymi opiniami i tym, że jedną z głównych bohaterek gra Charlize Theron. To pełne humoru, ale też szczere spojrzenie na macierzyństwo dalekie od glamuru. Film porusza poważne tematy, ale zachwyca swoją lekkością i mądrością zarazem. Myślę, że powinna go obejrzeć każda matka wspólnie z ojcem swoich dzieci. 

5. JEDZENIE


Kocham ten czas, kiedy są truskawki i czereśnie, później bub, maliny, wiśnie, a jeszcze wcześniej szparagi. Polecam ten przepis, który najczęściej wykorzystywałam w maju i ten oraz pudding chia z miksowanymi truskawkami, który będzie królował u nas do czasu, gdy będę z targu przynosiła świeże truskawki. 

6. APLIKACJA

Zdecydowanie ulubioną aplikacją na telefon była aplikacja Unfold. Pewnie zauważyliście u wielu blogerów na  Insta Stories zdjęcia i filmiki lub łączenie tych obu osadzone na białym lub czarnym tle z podpisami. To wszystko można stworzyć właśnie za pomocą tej aplikacji. 



Upały ostatnio mocno dają nam się we znaki. To dopiero początek czerwca, a słońce pali jak w środku lata. Nie żeby narzekała, ale mam nadzieję, że pogoda nie zrobi nam psikusa i w lipcu czy sierpniu również będziemy mogli cieszyć się słońcem. Raduję się na samą myśl o naszych wakacyjnych wyprawach, tych większych, i tych całkiem malutkich. O beztroskim leżeniu na kocu na zielonej trawce, wpatrywaniu się w błękitne niebo, kąpaniu w jeziorze, graniu na świeżym powietrzu w planszówki i czytaniu książek, kiedy słońce będzie muskać nasze ciała. Błogi czas przed nami. Pełen uroku i radości. Z jeszcze mocniejszym odliczaniem do weekendu, do każdego wolnego dnia, by móc powędrować po lesie, garściami jeść nasze polskie owoce i warzywa, przesiadywać do późna na balkonie tocząc długie rozmowy. 

Będzie cudnie, nie? Ale ja w zasadzie dziś nie o tym. Kilka dni temu na Istagramie ktoś zapytał mnie czy polecam jakieś gry planszowe, takie, które nie zajmują dużo miejsca i można je ze sobie wszędzie zabrać. Dołożyć do wypchanej po brzegi walizki czy damskiej torebki, by w chwili zniecierpliwienia czy nudy móc z dzieckiem pograć by zapełnić czas czy rozładować atmosferę, bo czasem te podróże bywają też męczące. Mamy swoje hity, które umilały nam nie jeden zimowy wieczór, a teraz będą nam towarzyszyć również latem i chętnie się z Wami nimi podzielę.

1. Mini nature od Djeco


Gra przeznaczona jest dla 2-4 graczy, w wieku 3-7 lat. Ma bardzo proste zasady. Należy zebrać jak największą liczbę rodzin zwierząt, które zamieszkują morze, las, farmę, dżunglę, góry i sawannę. Tę grę mamy już od bardzo dawna, a mimo to nic a nic nie straciła na atrakcyjności. To ulubiona gra nie tylko Alexa, ale i jego kolegów. Zawsze chętnie i długo się w nią bawimy. Więcej przeczytacie o niej w TYM wpisie. Do kupienia np. w Edukatorku.

2. Batameuh od Djeco


Gra również przeznaczona dla 2-4 graczy (chociaż najwięcej zabawy jest wówczas, gdy grają przynajmniej 3 osoby), powyżej 3 lat. O co w niej chodzi? Otóż każdy gracz otrzymuje karty, które trzyma obrazkami na dół. Następnie wszyscy jednocześnie biorą pierwszą kartę z wierzchu swojego stosiku i odwracają aby pokazać pozostałym osobom. Jeśli wśród odkrytych kart będą przynajmniej 2 karty z obrazkami zwierząt z gospodarstwa lub przynajmniej 2 karty z obrazkami dzikich zwierząt to gracze, których to dotyczy muszą wydać dźwięki ich zwierząt z obrazka. Jeśli jednak któryś z graczy się pomyli, np. wyda z siebie niewłaściwy głos lub zrobi to kiedy nie ma kart z tej samej kategorii - musi wtedy jako karę oddać wszystkim graczom po 1 swojej karcie. Bardzo fajna, zwariowana, szalenie zabawna gra. Zapewniam, że grając będziecie się dużo śmiać. Do kupienia TUTAJ.

3. Grymasy od Djeco


Gra przeznaczona dla 4 graczy w wieku 6-12 lat. Kolejna karcianka, która ćwiczy koncentrację, koordynację wzrokowo-ruchową, rozwija wyobraźnię, uczy spostrzegawczości i odwzorowywania. To gra logopedyczna, która ćwiczy mięśnie twarzy, taki zespołowy pojedynek na miny, grymasy. A o co w niej chodzi? Jeden z zawodników jest osobą, która pokazuje grymas. Drużyna przeciwna musi nie tylko odgadnąć znaczenie miny, lecz również odnaleźć odpowiednią kartę z grymasem.Do kupienia TU.


4. Wyścig na farmie od Janod 



Ga przeznaczona dla 2-7 graczy powyżej 4 lat. Składa się z 56 kart, które przedstawiają różne gatunki zwierząt, zamieszkujące farmę: robaka, pisklę, królika, psa, owcę, świnię, krowę i konia. O co w niej chodzi? Należy ułożyć zwierzęta od najmniejszego do największego tak, by w każdej rundzie pozbyć się jak największej ilości kart. Osoba, która wygra rundę – otrzymuje kotylion. Całą grę wygrywa ten, kto zdobędzie więcej kotylionów. Do kupienia np. w Empiku, TU.

5. Zeus od Naszej Księgarni


Gra przeznaczona dla 2-5 graczy w wieku sugerowanym od około 8 lat, ale my gramy w nią odkąd Alex skończył 6 lat i daje sobie bez problemu radę. W pudełku znajdziemy karty wspinaczki, karty greckich bogów, figurkę Zeusa, płytkę punktacji i żetony punktacji. O co w niej chodzi? Zasady są dość proste i polegają na tym, że gracze muszą wspinać się na Olimp - grecką górę bogów, bo chcą dostarczyć na jej szczyt posąg Zeusa. Podczas wspinaczki będzie on przechodził z rąk do rąk. Ważne jest, aby w momencie dotarcia na szczyt posąg był w twoich rękach! Do kupienia np. na stronie Wydawcy, o TU

6. Fabryka robotów od Naszej Księgarni


Gra przeznaczona dla 2-6 graczy powyżej 6 roku życia. Bardzo fajna karcianka, która ćwiczy spostrzegawczość i refleks. Zapewnia dynamiczną rozrywkę oraz dużo dobrej zabawy. O co chodzi? Na taśmie produkcyjnej pojawiają się różnokolorowe roboty. Zadaniem graczy jest jak najszybsze odnalezienie robota, na którego właśnie przyszło zamówienie. Trzeba jednak być ostrożnym, bo w fabryce czasami nie ma zamawianego robota. W takiej sytuacji należy jak najszybciej nacisnąć przycisk STOP i zatrzymać taśmę produkcyjną, bo w przeciwnym razie trzeba będzie zwrócić 1 punkt. Zwycięzcą zostaje najszybszy i najbardziej spostrzegawczy gracz. Można kupić np. TU.

 
 
Walizki pochodzą ze sklepu Edukatorek. Alexander wybrał sobie akurat takie na swoje skarby, ale są też inne wzory.






Słońce, kocyk, truskawki, czereśnie i książka. Dobra książka. Taka, która pozwala oderwać się od rzeczywistości, zaczytać i śledzić losy głównych bohaterów z zapartym tchem. To mój plan na letnie, upalne dni. Niedawno przeczytałam maksymalnie wciągającą książkę autorstwa Jenny Backhurst "Zanim pozwolę ci wejść", która zdecydowanie do takich się zalicza i której recenzję możecie przeczytać poniżej.

Książka opowiada historię trzech różnych kobiet, które zdawać by się mogło na pierwszy rzut oka, są bliskimi przyjaciółkami. Mijają lata, zmieniają się czasy, sytuacje i partnerzy, a one nadal trzymają się razem. Karen, szanowaną i robiącą karierę panią psycholog z nie tak jakby chciała poukładanym życiem rodzinnym, Beę wolnego ducha i zatwardziałą singielkę, nie do końca z wyboru oraz Eleanor zapracowaną matkę dwójki małych chłopców łączy tylko na pozór szczera relacja, podsycana jednak nieporozumieniami, mylnymi wyobrażeniami i sekretami.

Kobiety wiodą spokojne, w miarę poukładane życie, spotykając się na wspólnych plotkach przy kawie, do czasu, kiedy w drzwiach gabinetu psychologicznego Karen staje nowa pacjentka Jessica Hamilton. Kobieta już po pierwszej sesji budzi niepokój Karen. Jednak to dopiero początek, bo życie każdej z przyjaciółek zaczyna się komplikować i powoli zamieniać w koszmar. To, o czym chciały przez lata zapomnieć i odepchnąć od siebie powraca ze zdwojoną, niszczycielską siłą. Dokąd więc doprowadzi ich gra, w którą zostały zmuszone zagrać? Do czego zdolna jest tajemnicza kobieta, która obcesowo wkracza w życie trzech przyjaciółek?

"Zanim pozwolę ci wejść" to książka, która angażuje i wciąga od pierwszych stron. Mnóstwo tu pułapek, zgrabnie wprowadzanych niedomówień i zwrotów akcji utrzymujących czytelnika w niepewności aż do końcowego rozwiązania. Świetnie nakreślone portrety psychologiczne poszczególnych postaci dodatkowo powodują zaciekawienie i snucie domysłów.

Ogromnie podoba mi się styl pisarski Jenny Blackhurst, lekki i przyjemny. Krótkie frapujące rozdziały z wartką akcją powodują, że thriller czyta się błyskawicznie. Książka trzyma w napięciu, zmusza do zastanowienia i stopniowo odkrywa historię. Nic tu nie jest jasne i pewne, takie jak nam się wydaje. No i brawo za zakończenie, które było zaskakujące i nieprzewidywalne. Zdecydowanie warto sięgnąć po tę lekturę. Gwarantuje ciekawe doznania czytelnicze z nutką dreszczyku.

Ostatnio pogoda maksymalnie nas rozpieszcza. Słońce grzeje niemalże jak w Afryce, więc automatycznie więcej czasu spędzamy na świeżym powietrzu, nad jeziorem, w lesie czy zwyczajnie na placach zabaw. Dobrze ten czas ciekawie wykorzystać, wyrwać dzieci z domu, pobiegać po lesie, popływać w jeziorze czy pospacerować po łąkach. Nie zapominajmy jednak zadbać o bezpieczeństwo naszych dzieci, a wówczas w pełni możemy się cieszyć pogodą. Warto pamiętać, zwłaszcza teraz gdy świeci intensywne słońce, o nakryciu głowy, użyciu kremu z filtrem czy okularach przeciwsłonecznych. Te ostatnie dla jednych są jedynie modnym dodatkiem, dla innych maskowaniem zmęczenia, a dla garstki ludzi rzeczywiście ochroną oczu. Obecnie okularów przeciwsłonecznych na straganach czy w sieciówkach jest naprawdę pełno. Zastanawialiście się kiedyś kupując takie okulary czy naprawdę chronią wrażliwe dziecięce oczy? Czy należycie spełniają swoją podstawową rolę, czy nie szkodzą zdrowiu dziecka? 

Temat okularów przeciwsłonecznych zagłębiłam już bardzo dawno temu, ponieważ Alexander miał kłopoty ze wzrokiem. Sporo więc o nich czytałam, ale nie byłabym oczywiście sobą, gdybym nie zapytała o to również specjalisty. Przestrzegł mnie on przed zakupem bylejakich okularów dla dziecka. Zdecydowanie lepiej zakładać czapkę z daszkiem aniżeli takie właśnie okulary. Wyrządzają one więcej szkody niż pożytku, a zdrowie przecież jest tak ważne, że nie ma tu miejsca na tandetę. Okulary przeciwsłoneczne nie powinny być tylko kolorowym dodatkiem do stylówy z kawałkiem barwionego plastiku zamiast odpowiednich szkieł. Zapewne często nieświadomie kupujemy okulary w marketach, bo raczej nikt z premedytacją nie chce zaszkodzić zdrowiu swojego dziecka.


Nie wiem czy wiecie, ale oczy dzieci nie są w pełni ukształtowane, więc bardziej podatne na promieniowanie ultrafioletowe niż oczy dorosłego. Zakup okularów z niesprawdzonych źródeł powoduje, że przez „szkiełka” takich właśnie okularów przenikają bez przeszkód promienie słoneczne. Maluch natomiast nie mruży oczu i w ten sposób umożliwia wnikanie promieni do oka, co może skończyć się nawet bolesnym poparzeniem. Ich soczewki są bardzo przezroczyste i przepuszczają większość niebezpiecznych promieni UV do siatkówki i rogówki, co może spowodować podrażnienie, a nawet zapalenie siatkówki czy rogówki. Wszelkie uszkodzenia wynikające z ekspozycji oczu na słońce nabyte w dzieciństwie ujawniają się dopiero w dorosłym życiu.

Dobrze więc zaopatrzyć dziecko przed sezonem letnim w dobrej jakości okulary przeciwsłoneczne. Dla siebie często kupujemy okulary u optyka ze szkłami chroniącymi przed UV, często z polaryzacją dlatego powinniśmy też zadbać o takie dla najmłodszych. Kiedyś okulary przeciwsłoneczne dla maluchów wydawały mi się zupełnie niepotrzebne, a obecnie niezbędne jest przyzwyczajanie dzieci do ich noszenia od najmłodszych lat, bo według mnie to najlepsza profilaktyka przed schorzeniami oczu.

Na co zwrócić uwagę przy zakupie okularów przeciwsłonecznych dla dziecka? Przede wszystkim na filtry UV, bo to sprawa najważniejsza. Warto wybierać sprawdzone marki, bo raczej wytwór z Chin nie będzie pochłaniał 100% promieniowania UV-A, UV-B i UV-C (filtr UV 400). Szkła powinny być wytrzymałe, nietłukące, powinno się je wyjmować na zewnątrz, a w przypadku ich ewentualnego pęknięcia nie mogą rozpaść się na malutkie, ostre kawałki. Dobrze, by miały szkła o klasie optycznej 1, które nie zniekształcają obrazu. Materiał, z którego wykonane są porządne okulary nie powinien zawierać szkodliwych substancji chemicznych (m.in. rtęci, ftalanów czy bis fenolu A - BPA), bo nie oszukujmy się czasem lądują w buzi. Powinny być trwałe, a oprawki i zauszniki odporne na zgniatanie i wyginanie, bo jestem przekonana, że przejdą niejeden test wytrzymałości.


Tuż przed naszą wyprawą na kajaki zaopatrzyłam Alexa w nowe okulary przeciwsłoneczne, bo z poprzednich zwyczajnie wyrósł. Wstawiając zdjęcia na Instastories ze spływu dostałam sporo zapytań właśnie o okulary. Wypatrzyłam je kiedyś na Instagramie i bardzo nam się spodobały. Są marki Relal Kids Shades. Okulary tej firmy są w kilku rozmiarach, dzięki czemu idealnie pasują do twarzy, niektóre pod wpływem światła zmieniają kolor, inne są jak Ray-Ban'owe Wayfarery. My wybraliśmy TEN i TEN model, a TU znajdziecie pozostałe wzory. Polecam, bo są przede wszystkim bezpiecznym, wysokiej jakości produktem, no i są cool, jak mówi mój Syn :)












Kwiecień w tym roku przyniósł nam wspaniałą pogodę i choroby. Na szczęście to drugie mamy już za sobą przynajmniej na jakiś czas (taką mam nadzieję!), ale fajnie by było, gdyby piękna pogoda z nami została na dłużej. Pomimo wielu przeszkód, kwiecień był dla mnie wyjątkowo dobrym miesiącem, głównie dlatego, że postawiłam w nim na siebie. Sporo dobrych rzeczy się wydarzyło, za co jestem naprawdę wdzięczna. Przekonałam się, że warto podążać za marzeniami, spełniać je, cieszyć się każdym dniem, nie poddawać się, chociaż czasem wiatr wieje w oczy. Cudowną sprawą jest mieć wokół siebie życzliwe osoby, które nas zmotywują, popchną do działania, które w nas wierzą. Ja mam takich ludzi wokół siebie i pewnie dlatego tak mi dobrze. A jeśli chcecie wiedzieć co jeszcze przyczyniło się do mojego fajnego kwietnia, zachęcam do przeczytania wpisu!

1. Hatha joga


W kwietniu zapisałam się na zajęcia z jogi, a dokładniej na hatha jogę połączoną z relaksacją i medytacją. Zbierałam się na to aż....... 9 lat. Dzięki Jarkowi w końcu się zmobilizowałam, poszłam i już po pierwszych zajęciach wiedziałam, że to coś w sam raz dla mnie. Teraz biegam na nie dwa razy w tygodniu, gdzie ćwiczę, medytuję i relaksuję się przez 1,5 godziny. To czas totalnie dla mojego ciała i ducha. Z zajęć wychodzę zawsze mega odprężona i zrelaksowana. Polecam każdemu!

2. Zioła


W kwietniu zaczęłam pić pokrzywę, bo chciałam oczyścić, pozbyć się toksyn i wzmocnić swój organizm. Kupiłam suszone liście pokrzywy w sklepie ze zdrową żywnością, które gotuję i piję codziennie. Często z dodatkiem mięty. Ta pospolita roślina zawiera w sobie bogactwo składników odżywczych i ma właściwości lecznicze nieporównywalne z innymi roślinami. O jej zaletach pisał już sam Hipokrates twierdząc, że jest królową wszelkich ziół leczniczych. A co daje picie pokrzywy? Otóż bardzo dużo, chociażby: oczyszcza organizm z antybiotykoterapii, z toksyn, chemii, łagodzi dolegliwości związane ze stanem zapalnym przewodu pokarmowego, wzmacnia układ odpornościowy, wzmacnia kości, usuwa nadmiar wody z organizmu. Zresztą możecie sobie poczytać w internecie o dobroczynnych właściwościach pokrzywy. 

3. Szczotkowanie ciała na sucho


Przez okres zimowy trochę zaniedbałam się ze szczotkowaniem ciała na sucho, ale na szczęście znów włączyłam tę czynność do dziennych rytuałów. Pozwala mi ona utrzymać skórę w świetnej kondycji. Ciało szczotkuję minimum 5 minut przed wzięciem prysznica, od dołu ku górze, ponieważ pobudza to naczynia limfatyczne do lepszej pracy, a po wszystkim wcieram np. balsam czy masło. Szczotkowanie ciała na sucho ma bardzo dużo zalet. Dzięki temu można zredukować cellit, ujędrnić skórę, pobudzić krążenie czy oczyścić organizm z toksyn. Ja teraz mam szczotkę z włókien naturalnych z agawy. Można nią wykonać masaż na sucho, ale też na mokro. Szczotka jest bardzo poręczna, idealnie dopasowana do dłoni, z paskiem, co zdecydowanie ułatwia wykonanie takiego masażu. Swoją szczotkę kupiłam w Natu Handmade

4. Peel maseczka owocowe podróże


Maseczkę odkryłam niedawno i się zakochałam. Lubię i cenię sobie bardzo kosmetyki od Mydłostacji, a ta maseczka jest właśnie od nich. Ma w swoim składzie drobinki pestek owocu granatu, dzięki którym można wykonać delikatny peeling, a następnie pozostawić ją na kilka minut na buzi (więc 2w1). Maseczka ma postać gęstej pasty, która dzięki zawartości oleju z baobabu i masła kakaowego nie zasycha na twarzy. Podstawą jej jest najdelikatniejsza z glinek - biała kaolinowa. Niewątpliwie dodatkowy plus to cudowny zapach grejpfruta i róży orientalnej. Maseczka nie podrażnia skóry, świetnie ją oczyszcza, pozostawia niesamowicie miękką, nawilżoną, taką wiecie pełną blasku. No cudo. Znajdziecie ją TU.

5. Krem do rąk


Z reguły zimą i wiosną mam największe problemy z suchymi dłońmi. Poszukiwałam czegoś naprawdę skutecznego, bo skóra dłoni dosłownie mnie piekła. Potrzebowałam ukojenia, nawilżenia, w skrócie kremu, który uratowałby moje dłonie. Koleżanka poleciła mi krem do rąk od Rau Cosmetics. Znam tę markę i mam od nich kilka dobrych kosmetyków, dlatego skusiłam się na ten krem. Muszę przyznać, że robi robotę. Fantastycznie działa na moją spierzchniętą i przesuszoną skórę. Idealnie nawilża niwelując szorstkość i zaczerwienienia dłoni. Super się wchłania, a dla mnie to plus, zwłaszcza kiedy używam go w pracy. Bardzo mi pomaga, pozostawia skórę dłoni miękką i gładką. Działa też ujędrniająco i przeciwstarzeniowo (w sam raz dla mnie!). Można go dostać np. na stronie producenta TU.

5. Książka 


Najciekawszą przeczytaną książką była kolejna powieść Jojo Moyes "Moje serce w dwóch światach". Lubię jej książki i przeczytałam chyba wszystkie, które się do tej pory ukazały. Tym razem autorka zabiera nas do Nowego Jorku, gdzie towarzyszymy Lou Clark (bohaterce "Kiedy się pojawiłeś" i "Zanim odszedłeś"). To bardzo ciepła, wzruszająca opowieść z jednoznacznym przekazem - żyj najlepiej jak umiesz, bo życie masz tylko jedno. Louisa wyrusza za ocean, zostawiając chłopaka, rodzinę i przyjaciół, by poszukać własnego ja, rozpocząć nowy etap w swoim życiu, podbić Nowy Jork, chociaż tak naprawdę nie ma na to żadnego planu. Udaje jej się znaleźć dobrą pracę, co powoduje, że rzuca się wir obowiązków i terminów. Mimo, że wiedzie jej się całkiem nieźle na Upper East Side, przychodzi moment na refleksję, na zastanowienie się kim jest i co tak naprawdę w życiu się liczy. Radość, ekscytacja, nowe doświadczenia mieszają się ze smutkiem, tęsknotą i brakiem tego "czegoś". Życie bywa jednak nieprzewidywalne i zaskakujące, często wywraca nasze plany do góry nogami, stawia na naszej drodze ludzi, dzięki którym otwieramy szeroko oczy, a nasze życie nabiera sensu. Bohatera najnowszej książki Jojo Mojes takich właśnie ludzi spotyka. Czy jednak uda jej się odnaleźć siebie i poczuć się szczęśliwą? Czy Nowy Jork to jej miejsce na ziemi? Tego dowiecie się sięgając po książkę. Polecam!

6. Biżuteria 

W kwietniu odkryłam też piękną, minimalistyczną biżuterię od Trzpiotki. Zamówiłam sobie u niej cudowny, delikatny pierścionek z płytką z czarnego obsydianu. Mam go akurat w wersji złotej. Wyroby Trzpiotki są bardzo klasyczne, pasujące w zasadzie do każdej stylizacji. Obłędne, subtelne małe cuda, ale zwracające uwagę, które totalnie mnie urzekły. Zresztą, nie będę się rozpisywać, przekonajcie się sami, jaki talent skrywa ta uzdolniona Kobietka. Zerknijcie koniecznie TU, TU czy TU. Przepiękna biżuteria, prawda?


7. Miejsce w sieci 



Od niedawna w sieci jest takie miejsce, do którego regularnie zaglądam. To blog prowadzony przez moją koleżankę Kasię, poznaną zresztą w internecie, założycielkę fantastycznej marki kosmetyków naturalnych Ajeden. Każdy tekst na blogu jest wart uwagi, dobry, rzetelny materiał dla wszystkich, którzy pragną być bliżej natury, wieść życie w wydaniu slow. Jak sama Kasia pisze, to blog o zwyczajnym życiu, o tym że można osiągnąć więcej mając mniej. Znajdziecie tam coś na temat zdrowia, urody, minimalizmu czy DIY, ale nie tylko. Zaglądając na jej stronę poczujesz się jak u siebie, zaczerpniesz trochę inspiracji, jak zdrowo się odżywiać i dbać o siebie. Wyjątkowo wartościowe miejsce w sieci. Zapiszcie koniecznie ten adres i wbijacie: closeetonature.pl. Ja jestem codziennym gościem. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.