O jeny, ale się znów zagapiłam, więc tym razem będą zachwyty lipca i sierpnia łącznie, bo już za pasem wrzesień. Ostatnio było mnie tutaj znacznie mniej, bo mało ostatnio w ogóle mnie w domu, więcej za to na placach zabaw czy ścieżce rowerowej. Cieszę się tymi ostatnimi dniami przed wielką zmianą, jaka nas we wrześniu czeka. A tymczasem zerknijcie, co wywołało u mnie wow! w tych dwóch miesiącach.



1. KSIĄŻKI

W lipcu i sierpniu przeczytałam kilka świetnych książek głównie za sprawą czasu wolnego spędzanego na placach zabaw. Fajnie mam teraz, że nie biegam za Alexem krok w krok, a odpoczywam na ławce czytając właśnie. Ostatnio ukazała się książka Guiliame Musso, mojego ulubionego autora "Apartament w Paryżu". Spore grono koleżanek "zaraziłam" książkami tego autora. Tym razem w swojej powieść francuski pisarz opowiada historię dwójki bohaterów Madeline Greene oraz Gasparda Coutancesa, którzy zupełnie przypadkiem wynajmują w jednym czasie ten sam dom w uroczym zaułku w Paryżu. Okazuje się, że jest to apartament bardzo znanego, ale tragicznie zmarłego amerykańskiego malarza - Seana Lorenza. Madeline to była policjantka, która po sporych problemach natury osobistej przybywa do Francji, by ukoić skołatane nerwy. W tym samym czasie do Francji przylatuje dramatopisarz, by stworzyć kolejną sztukę. Ich znajomość, z wiadomych przyczyn, nie zaczyna się najlepiej, ale z czasem przezwyciężają niechęć do siebie i rozpoczynają śledztwo, które doprowadza ich do niewiarygodnego odkrycia. A jakiego? Poznacie czytając książkę. Musso nie zawiódł mnie i tym razem!

Kolejnym hitem okazał się Fash Food Book, z którego przepisów korzystam niemal codziennie. Moim ulubionym przepisem jest wegański bekon, który robi się z płatków kokosowych. Uwielbiam go i robię przynajmniej raz w tygodniu. W samym ebooku znajdziecie mnóstwo inspiracji i motywacji, by zdrowo i pysznie gotować. W związku z ukazaniem się ebooka brałam udział w warsztatach kulinarnych w Warszawie organizowanych przez Elizę. Było genialnie!

2. FILM 
"Heartbraker. Licencja na uwodzenie"- film, który poleciła mi koleżanka. Lekka komedia z błyskotliwym humorem, którą ogląda się z przyjemnością. Myślę, że to świetna propozycja na wspólne spędzenie letniego, ciepłego wieczorku.

3. MIEJSCE W SIECI

Tym razem zachęcam Was do zajrzenia na profil Instagramowy @earthyendy. Mnóstwo przepięknych zdjęć czteroosobowej, wkrótce pięcioosobowej rodziny mieszkającej na Hawajach. I do tego spora dawka wegańskiego jedzenia.

4. KOSMETYKI 

Tu zdecydowanie prym wiodą kosmetyki z serii Sunny od Nacomi. Zachwyciło mnie nie tylko ich działanie, ale też  piękne opakowania, no i dobre ceny! Wśród kosmetyków można znaleźć emulsje do opalania, olejek z drobinkami złota, balsam chłodzący i masło regenerujące po opalaniu. Każdy z nich ma swoje zalety, a ja najbardziej pokochałam ten ostatni produkt. Masło doskonale nawilża, mam wrażenie że skóra jest nawodniona. Ma dość zbitą i gęstą konsystencję, ale całkiem dobrze się rozprowadza i wchłania. Ma fajny, naturalny skład, który regeneruje skórę i pozostawia ją miękką i gładką w dotyku.

Pomadka Lip calm od John Masters Organics, którą można dostać w ECO AND WELL. Ja mam absolutnie zawsze przy sobie pomadkę ochronną, no nie wyobrażam sobie bez niej życia. A ta jest rewelacyjna, bo fajnie chroni przed szkodliwymi warunkami atmosferycznymi, odżywia usta i głęboko je nawilża. Super się rozprowadza i nie pozostawia na ustach takiej przeszkadzającej, niesmacznej powłoki, której nie znoszę. Ma bardzo delikatny smak i zapach, czyli jest dokładnie taka, jak lubię.

Żele pod prysznic marki Vis Plantis. Ja na próbę zamówiłam sobie dwa: olej monoi + algioraz olej arganowy + figa. Żele są świetne, dobrze się pienią, mają fajne relaksujące zapachy, oczywiście z dobrymi składami. No i ta cena, zdecydowanie zachęcająca. Nie wiem czy są dostępne stacjonarnie, ale można je kupić np. TU (aktualnie w promocji). Zerknijcie na ich Instagram, tam więcej produktów, a ja muszę się bliżej przyjrzeć marce, bo jest bardzo zachęcająca.

Ostatnio natknęłam się też na rollery do twarzy, z których jeden wykonany jest z jadeitu, a drugi z różowego kwarcu. Oba wałeczki mają służyć do masażu twarzy. Za pomocą chłodu mają zamykać pory, wspomagać drenaż limfy oraz krążenie krwi. Taki masażer ma działanie przeciwzmarszczkowe, ma zmniejszyć opuchliznę czy cienie pod oczami. Można używać ich na sucho, ale także z różnymi olejkami czy serum. Świetna sprawa. Więcej na ich temat znajdziecie TU.

5. MODA

W tym roku w letnich miesiącach zdecydowanie najczęściej wybierałam lniane ubrania. Zakochałam się w marce Gajlinen (niebawem ruszy sklep internetowy) i na imieniny sprawiłam sobie kolejny model ich sukienki, dokładnie . Jest cudowna. Idealna na lato. Taka wiecie jak druga skóra. Można nosić na okrągło.

Biały tshirt oversize z kieszonką marki Angels of Rock. Nie ma go u mnie jeszcze, dopiero w drodze, ale mam nadzieję, że się spisze, bo dobry tiszert to podstawa. Można go nosić z dekoltem w serek z przodu lub tyłu. Jego skład to bawełna z elastanem.

Do koszulki na chłodniejsze dni obowiązkowo spodnie. Mi podobają się TE ze Stradivariusa z bardzo wysokim stanem i luźnymi nogawkami. Mam już podobne, kupione kiedyś w małym sklepiku w Przemyślu, tylko że z dużą ilością przetarć i dziur. Myślę, że w tych będzie mi równie wygodnie.

Spodenki jeansowe to mój hit każdych wakacji. W oko wpadły mi ostatnio TE i TE, a do nich koniecznie TE klapki, które "chodzą" za mną już od dłuższego czasu.

Wypatrzyłam też ostatnio w internecie torebki Milano w Kajo Jewels i przepadłam. Małe, zgrabne kopertówki na pas, mieszczące telefon, kartę czy klucze. Są w kolorze różowym, czarnym, srebrnym i białym. Jak dla mnie bomba!







Książki Emily Giffin poznałam wiele lat temu. Pamiętam, że pierwszy egzemplarz jej powieści, który kupiłam był w małym formacie, taki akurat do torebki, wtedy jeszcze bezdzietnej singielki. Do dziś mam tę książkę. Zresztą jak wszystkie pozostałe jej autorstwa. Najnowsza książka Emily Giffin ukazała się zaledwie kilkanaście dni temu i totalnie skradła moje serce.

"Wszystko, czego pragnęliśmy" to opowieść o dwóch rodzinach, wiodących zgoła odmienne życia, których losy niespodziewanie się splatają za sprawą pewnego rasistowskiego żartu. Jedna z rodzin, należąca do elity lokalnej społeczności, wiedzie bardzo bogate, wystawne życie. Jej członkowie w zasadzie nie liczą się z pieniędzmi, stać ich bowiem na spełnienie każdej zachcianki. Nina i jej mąż Kirk udzielają się charytatywnie, po części, by uśpić swoje sumienie. Ich oczkiem w głowie jest nastoletni syn, który właśnie dostał się na prestiżową uczelnię. Natomiast zupełnie inaczej żyje Tom, samotny ojciec, który na życie zarabia pracą swoich rąk, jest bowiem stolarzem, a w wolnym czasie dorabia, jako kierowca ubera. Pracuje bardzo dużo, by zapewnić swojej córce godziwe życie. Uczy ją szacunku do siebie samej i pieniędzy. Pokazuje, że zawsze warto o siebie walczyć. Jest bardzo szczęśliwy, kiedy ukochana córka dostaje się do bardzo dobrego, prywatnego liceum.

Pewnego dnia Finch, przystojny, wychowany w dobrobycie, popularny chłopak, który niebawem ma rozpocząć naukę w Princeton, w bezmyślny sposób żartuje sobie z zakochanej w nim Lyli. To powoduje, że losy obu rodzin krzyżują się. Niestety występek Fincha może zachwiać jego świetnie zapowiadającą się karierą. Kirk pragnie załagodzić sprawę we właściwy jemu sposób, natomiast Nina chce, by syn poniósł konsekwencje swojego bezmyślnego i złego zachowania. Ma ku temu poważne przesłanki. Jak potoczą się dalsze losy obu rodzin? Czy Finch zostanie tym razem ukarany czy wszystko ujdzie mu płazem? Tego dowiecie się sięgając po książkę.

Książkę, chociaż porusza trudne tematy, takie jak dorastanie, rasizm, cyberprzemoc, czyta się świetnie, oczywiście za sprawą świetnego stylu autorki. Te wszystkie opowiedziane w bardzo przemyślany i nieprzytłaczający sposób problemy i historie zostają na dłużej i zmuszają nas do zastanowienia się, refleksji.  Mnóstwo tu ciekawych, wyrazistych postaci, z których każdemu warto się bliżej przyjrzeć.

Zdecydowanie polecam najnowszą książkę Emily Giffin. Osobiście jest to jedna z moich ulubionych autorek powieści obyczajowych. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Otwarte. W dobrej cenie można ją obecnie kupić w księgarni internetowej Livro.pl.









Ach co to był za piękny pogodowo czerwiec. Tyle słońca w całym mieście, pełno piwonii, lawendy, rumianku. I te truskawki, i te czereśnie. I te cudowne ciepłe wieczory. I te moje małe wiosenne radości, które Wam poniżej przedstawiam.


1. KOSMETYKI 

W czerwcu w ręce wpadło mi kilka fajnych kosmetyków, które z całą pewnością zostaną ze mną na dłużej. Jednym z nich był krem od D'ALCHEMY, o którym wspominałam na moim Instagramie. Zakochałam się w nim od pierwszego użycia. Na stronie producenta przy każdym produkcie wypisano INCI, czyli nic innego jak leksykon składników, dzięki któremu mamy pewność czego używamy i jakie jest działanie poszczególnych składników. Krem, o którym mowa, ma bardzo bogatą konsystencję, ale jednocześnie jest mega aksamitny. Moja skóra jest maksymalnie nawilżona i napięta. Do tego zauważyłam, że jest rozświetlona, zmarszczki lekko spłycone, skóra jest napięta i wygładzona. Wszystko więc, co obiecuje producent, zostało rzeczywiście spełnione. Dla mnie to taki roślinny botox. Krem do najtańszych nie należy, ale czasem można zaszaleć, zwłaszcza że produkt jest wydajny i skuteczny. 
Kolejny kosmetyczny hicior to antyperspiranty w kulce od Basiclab Dermocosmetics, które łączą w sobie skuteczność i delikatną pielęgnację. Marka wypuściła 3 rodzaje antyperspirantów. Wszystkie są wolne od parabenów i silikonów, hipoalergiczne czyli idealne dla skóry wrażliwej. Każdy z nich zawiera nawilżający ekstrakt z aloesu oraz kojącą alantoinę. U mnie super się sprawdza. Można je kupić np. TU, TU czy TU
A moim kosmetycznym top of the top nie tylko czerwca, ale i pewnie wszystkich ciepłych miesięcy, został brązujący balsam do ciała i twarzy pomarańcza z cynamonem od Mokosh. Rewelacja! Jak to się stało, że ja go wcześniej nie znałam? Boski, zwłaszcza kiedy nie mamy czasu na opalanie, a chcemy mieć skórę muśniętą słońcem. Świetnie się rozprowadza i wchłania, bo ma lekką konsystencję, pięknie "opala" skórę, a przy tym ładnie pachnie pomarańczą z nutą cynamonu. Równomiernie schodzi, nie pozostawia plam. Kosmetyk ideał. Jestem nim oczarowana. Mam go ze sklepu Ecoandwell
I ostatni wynalazek kosmetyczny to mgiełka do włosów zniszczonych z bursztynem, Jantar. Kupiłam ją kiedyś w Rossmannie i jest bardzo fajna. Ja stosuję ją zawsze po umyciu (chociaż można też na suche włosy) i włosy super się rozczesują, są przyjemne w dotyku i gładkie. U mnie się sprawdza, chociaż czytałam różne opinie. Kosztuje chyba 9 zł. 


2. KSIĄŻKI

W czerwcu przeczytałam sporo książek. Zdecydowanie wpływ na to miała moja choroba i leżenie w łóżku, czy to w szpitalu, czy to w domu. Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak dwie książki. Pierwsza z nich to "W pułapce" autorstwa Magdy Stachuli. Przeczytałam wcześniej jej dwie książki i bardzo mi się podobały, ale ta jest genialna. Trzeba być naprawdę dobrym pisarzem, by tak skonstruować fabułę, że ciężko się domyślić zakończenia. Pojawiały mi się oczywiście w głowie w trakcie czytania różne, możliwe scenariusze, ale żaden z nich się nie sprawdził. Po zakończeniu przypominałam sobie sceny, które były tropem, podpowiedzią. No i ten Przemyśl w tle. Moje rodzinne miasto. Fabuła w książce poprowadzona jest pierwszoplanowo. Historia opowiedziana jest z perspektywy dwóch młodych kobiet - Klary i Lisy. Jako pierwszą poznajemy Klarę, która budzi się na klatce schodowej i odkrywa, że nie pamięta gdzie była i co się z nią działo przez ostatnie dwa dni. Nie jest ani pobita, ani zgwałcona, nic też jej nie zginęło. Zaczyna obawiać się o swoje życie i odkrywa w internecie, że nie jest odosobnionym przypadkiem. Jej los podzieliła kilka lat wcześniej Lisa. Co łączy te dwie kobiety i jaka historia się za tym kryje poznacie sięgając po "W pułapce". Thriller czyta się z zapartym tchem, to takie uzależniające zaczytanie. I obiecuję ciarki pojawią się na Waszej skórze. Wielkie brawa dla autorki!!!! Do kupienia w dobrej cenie na Livro.pl.
Kolejną, ale zgoła odmienną książką, która również wciągnęła mnie od pierwszych stron, było "Francuskie lato" Catherine Isaac. Zanim się w nią zaopatrzyłam przeczytałam, że z cała pewnością mi się spodoba, jeśli lubię książki Jojo Moyes. I powiem szczerze, że tak właśnie było. To książka niezwykle ciepła, urocza, wzbudzająca wiele pozytywnych emocji, z słodko-gorzką historią, z francuskim klimatem w tle, pełnym słońca, zapachów i wina, gdzie miłość ma różne odcienie, pojawia się cierpienie, strach i obawa o życie najbliższych. Autorka pokazuje, że życie nie zawsze usłane jest różami, ale zawsze warto o nie walczyć. To historia Jessiki, która po urodzeniu dziecka, odeszła od swojego niedojrzałego partnera. Mijają lata, a ona dowiaduje się, że być może będzie musiała opiekę nad synem powierzyć ojcu Williama. W tym celu, na prośbę chorej matki, wyrusza wraz z synem na wakacje do Francji, gdzie jej były ukochany prowadzi hotel. Jak ta wyprawa wpłynie na losy całej trójki i czy skrywane latami tajemnice wyjdą na jaw? Polecam, na hamak, na plażę, na leniwe, gorące popołudnie czy deszczowy wieczór. Zerknijcie TU

3. MODA

Ten sezon obfituje u mnie w lniane rzeczy. Rozkochałam się w nich na dobre. Tym razem zapałałam ogromną miłością do białej, luźnej sukienki marki Bambolina. Idealna na upalne dni. Mam nadzieję, że te szybko do nas wrócą, bym mogła w nią wskoczyć. Klikając w TEN link, zostaniecie przeniesieni na ich Instagramową stronę.

4. SERIAL 

Od dłuższego czasu byłam ciekawa o co tyle szumu wokół serialu "Opowieść podręcznej" i w końcu zrozumiałam, bo wciągnęliśmy się z mężem na dobre. Dawkujemy sobie odcinki, by nie siedzieć godzinami przed telewizorem, ale przyznam, że czekamy na wieczór, by go odpalić. Pierwszy sezon powstał na podstawie książki Margaret Atwood, która pokazała okrutny, bulwersujący świat, gdzie naczelnym problemem była bezpłodność. Kobiety zostały całkowicie pozbawione praw, a jakikolwiek przejaw nieposłuszeństwa z ich strony jest surowo karany. Stały się surogatkami panów z wyższych klas, służącymi czy niewolniczkami w obozach pracy. Ciężki, mocny, wstrząsający. 

5. APLIKACJA

W czerwcu ściągnęłam też na telefon aplikację CANVA. To darmowe oprogramowanie do tworzenia prezentacji, infografik, ulotek, banerów, grafik, kolaży, które można wykorzystać później w portalach społecznościowych. Aplikacja jest na tyle elastyczna, że możemy korzystać z gotowych już szablonów lub tworzyć własne projekty od zera. Znajdziemy tam mnóstwo darmowych zdjęć, grafik, ikon czy różnorodnych czcionek. Bardzo fajna i przydatna aplikacja, zwłaszcza gdy działamy w sieci. 

6. PROFIL NA INSTAGRAMIE

Jestem mocno wkręcona w to, by zdrowiej się odżywiać i zredukować jedzenie mięsa w moim domu. Ja nie mam z tym żadnych problemów, moi chłopcy w zasadzie też, chociaż czasem mocno im się chce potraw mięsnych, więc wtedy wkracza do kuchni Jarek. Generalnie jednak w naszej diecie stawiam na warzywa i owoce. Dlatego ciągle poszukuję nowych inspiracji. Tak trafiłam na świetny profil na Instagramie - @dietospektrum, które prowadzi młoda mama, dietetyk. Na profilu oprócz pięknych zdjęć możecie znaleźć również mnóstwo przydatnych informacji na temat przeróżnych produktów oraz przepisy na zdrowe i pyszne dania.





Ostatnio wydaje mi się, że los nagminnie robi mi psikusa. Znacie powiedzenie "człowiek planuje, los z tego żartuje"? Mam wrażenie, że stworzono je specjalnie dla mnie. Mówili marz, planuj, wizualizuj, a potem staraj się to skrupulatnie wcielać w życie, krok po kroku realizuj swój plan. A zobaczysz wszytko się uda! Pomyślałam więc, nic bardziej prostszego, a że marzeń mam pełną głowę, działać zaczęłam. Los jednak dał mi pstryczka w nos i dotkliwą nauczkę. I chociaż początkowo przyszły czarne myśli w końcu jednak zrozumiałam, że patrzyłam nie tam, gdzie trzeba.

Bo człowiek to taka istota, która wiecznie żyje zawieszona pomiędzy tym co było, a tym co będzie. I mimo, że każdy z nas wie, że analizowanie przeszłości nie ma sensu, bo choć byśmy rozpamiętywali ją nieustannie, w żaden sposób niczego w niej nie zmienimy, to często jednak właśnie na niej się koncentrujemy. Z kolei skupianie się tylko na przyszłości, przepowiadanie jej czy wyobrażanie sobie czegoś, co może się nawet nigdy nie wydarzy w pewien sposób nas ogranicza. Ja większość swojego życia przeżyłam błądząc w przeszłości lub wybiegając w przyszłość, żyjąc planami. To odbierało mi radość z każdej chwili, nie dawało mi w pełni cieszyć się z tego, co jest tu i teraz. Los jednak sprawił, że przestałam w końcu wkładać w poranną kawę gorycz wczorajszych wspomnień i koncentrować się wyłącznie na planach, bo tak naprawdę najpiękniejsze chwile przychodzą same, nie da się ich zaplanować. I wtedy dopiero poczułam smak nowego dnia. W pełni dostrzegłam ile w moim życiu jest dobrego, ile piękna, słońca i uśmiechu każdego dnia.

Nie przyszło mi to łatwo, nie zadziało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tylko to właśnie te wszystkie żarty losu sprawiły, że w końcu zrozumiałam, że istnieją dwa dni w roku, w których nic nie możemy zrobić. Jeden nazywamy wczoraj, a drugi jutro. Jedynie dzisiaj jest tym dniem, który sprawia, że kochamy, wierzymy i żyjemy w pełni, który czyni nas szczęśliwymi. Dobrze jest mieć marzenia, dobrze jest czasem powspominać, ale nie może nam to przysłonić chwili, która właśnie trwa, bo to ona może okazać się tą najlepszą z naszych chwil.

Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.








Nie umiem pływać. Nie mam wprawdzie stwierdzonej hydrofobii, ale zanurzenie głowy w wodzie w moim przypadku nie wchodzi w rachubę. Prawdopodobnie spowodowane jest to tym, że kiedy byłam mała wpadłam do basenu. Podjęłam wiele prób by nauczyć się pływać, ale lęk przed wodą jest we mnie tak głęboko zakorzeniony, że nic z tego nie wyszło. Strach przed tym, że moje stopy nie dotykają dna paraliżuje mnie. Dlatego bardzo zależało mi na tym, by Alexander od małego powoli oswajał się z wodą.

Kiedy miał prawie cztery miesiące rozpoczęliśmy zajęcia w szkole pływania dla niemowląt. Były to zajęcia w wodzie ozonowanej, polegające na delikatnym, powolnym oswajaniu maluszka z wodą i budowaniu bliskości. To były chwile totalnie zorientowane na tu i teraz. Cztery semestry temu zmieniliśmy szkołę pływania i obecnie Alex chodzi na zajęcia, gdzie już doskonali naukę pływania. Muszę przyznać, że idzie mu wspaniale. Ostatnio proponował, że będzie mnie uczył. Może Jemu się uda? Mój kręgosłup z całą pewnością byłby Mu za to wdzięczny.


Ja w tym, że Alex (a my z nim) chodzi regularnie na basen upatruję same plusy. Powodów korzystania z tej formy aktywności jest naprawdę wiele. Chociażby wspomniany wyżej wspólnie spędzony czas, gdzie skupiamy się na sobie i ten czas należy całkowicie do nas, nie jest przerywany nagłym telefonem czy przymusem rozwieszenia prania, bo akurat pralka skończyła program. To też fantastyczna wspólna zabawa. Tutaj zdecydowanie prym wiedzie mój mąż, który razem z Alexem szaleje w wodzie i na zjeżdżalniach. Poza tym to jedna z form aktywności, którą można uprawiać bez względu na okoliczności związane z pogodą, no i jest to chyba najmniej kontuzyjny sport ze wszystkich jakie znam.

Przede wszystkim jednak pływanie zbawiennie wpływa na nasz organizm - gimnastykuje stawy, angażuje najważniejsze mięśnie, które są odpowiedzialne za prawidłową postawę, znacznie poprawia układ krążenia, gdyż cały organizm zostaje równomiernie dotleniony, a serce pracuje miarowo. To zdecydowanie skuteczniejsza forma dotlenienia organizmu niż spacer. Pływanie wpływa na koordynację ruchów, poprawiając ich płynność i estetykę, co jest istotne zwłaszcza w przypadku małych dzieci. Dodatkowo falująca woda stymuluje ośrodek równowagi w mózgu czyli w skrócie mówiąc basen doskonali równowagę. Ruch w wodzie to także wspaniały sposób na rozluźnienie, zrelaksowanie się, odprężenie. Warto pamiętać też o tym, że pływanie to nie tylko świetna zabawa, ale też pewne zdyscyplinowanie, bo wyrabia w nas systematyczność, samodzielność, odwagę czy siłę woli.

Mam wrażenie, wbrew pozorom, że nasze wizyty na basenie przyczyniły się również do wzmocnienia odporności Alexa. Prawdopodobnie dlatego, że pływając naczynia krwionośne kurczą się i rozkurczają, przez co stają się bardziej elastyczne i nie kurczą się gwałtowanie przy nagłej zmianie temperatury, przez co człowiek jest mniej podatny na przeziębienia.

Jest też czysto egoistyczny powód tego, że bardzo cieszę się z faktu, że mój Syn potrafi pływać. Otóż wiem, że będę spokojniejsza, kiedy będzie wybierał się z kolegami nad jezioro.


Dlatego nasza torba na basen jest praktycznie zawsze przygotowana. Oprócz regularnych zajęć na basenie, na które uczęszcza Alex, praktycznie raz w tygodniu dodatkowo wybieramy się wspólnie na basen. Z racji tego, że na pływalnię chodzimy często i od kilku już lat, mamy swoje basenowe hity. Nie są to produkty, których zaczęliśmy używać dopiero teraz, ale sprawdzone przez wiele wypadów akcesoria (czasem wymieniamy je po prostu na większe lub dokupujemy coś ze względu na aktualne zapotrzebowanie):


- strój kąpielowy - my akurat mamy marki Splash About. To brytyjska, renomowana marka produktów do pływania dla dzieci. Tutaj możecie sobie więcej o niej poczytać. Alexander ma od nich neoprenową piankę do pływania (KLIK). Jestem z niej bardzo zadowolona, bo wszystkie wcześniejsze które miał były kłopotliwe w ściąganiu, a ta wykonana jest z lycry nylon, co ułatwia ubieranie i rozbieranie. Pianka utrzymuje ciepło i Alex swobodnie się w niej porusza. Mamy też koszulkę i TE spodenki, które wykorzystujemy nie tylko na basenie, bo są wykonane z chłodnego i gładkiego w dotyku materiału, który zapobiega przegrzaniu wchłaniając pot ze skóry. Ode mnie te produkty mają dodatkowo duży plus, bo są wykonane z tkaniny z bardzo wysokim filtrem przeciwsłonecznym SPF 50+, który blokuje 98% szkodliwego promieniowania UV oraz za to, że schną momentalnie. Wybieracie się na wakacje nad morze, jezioro, a może na basen otwarty, to te produkty nadadzą się idealnie. Jestem pewna, że będziecie zadowoleni.


- ręczniki - od bardzo dawna używamy ponczo z Lassig. Pierwszy ręcznik kupiłam około trzech lat temu, a w związku z tym, że super się sprawdza, w tym roku dokupiłam kolejny. Świetnie pochłania wodę, szybko schnie, ma kaptur, idealny również na plażę, ponieważ chroni skórę dziecka przed szkodliwym promieniowaniem ultrafioletowym, a dodatkowo zewnętrzna warstwa z mikrofibry stanowi zabezpieczenie przed wiatrem i jest odporna na przyczepianie się piasku na plaży. Znajdziecie je np. TU


- woreczki na mokre kostiumy kąpielowe - ja wykorzystuję do tego woreczki na pieluchy od Milovia. Są genialne. Sprawdzają się u nas idealnie. Bez problemu mieszczą się tam trzy mokre stroje kąpielowe i nic zupełnie nie przemaka, więc spokojnie z zawartością można je włożyć do torby. Woreczki używam też jako kosmetyczki i pakuję np. produkty do opalania czy olejki, bo często po użyciu kosmetyku opakowania takich produktów są tłuste i mogą brudzić rzeczy, więc izoluję je wkładając do woreczków. A te z kolei później bez problemu czyszczę. Naprawdę mega praktyczna i przydatna rzecz. Do tego zachwycam się pięknym dizajnem woreczków. Kupić je można bezpośrednio na stronie producenta TU, ale też TU czy TU



- skarpetki z antypoślizgiem marki Sweakers - odkąd je odkryłam jestem o niebo spokojniejsza wybierając się na basen. Alexander kilka razy pośliznął się na basenie i upadł, z czego jeden wypadek wyglądał naprawdę groźnie. Teraz nie ryzykuję i zakładam Mu TE skarpety, zwłaszcza że On zawsze na basenie biega, a nie chodzi. Skarpety są wyposażone w bieżnik, który chroni przed pośliźnięciem. Są antybakteryjne i oddychające, łatwo się je ubiera, są lekkie i zupełnie nie przeszkadzają w pływaniu. Jeśli chodzicie na basen czy np. na wodne place zabaw to warto się w nie zaopatrzyć. Możecie je kupić też np. TU.


- otulacze - czyli coś co odkryłam niedawno, a to wyjątkowo przydatny i wielofunkcyjny wynalazek. Można go używać do wycierania, ale też idealnie nada się do przykrycia leżaka (często tak robię, gdy wychodzę z basenu), jako kocyk, by nakryć dziecko czy usiąść na plaży. Są cieniutkie, delikatne i przewiewne, bardzo lekkie, zmieszczą się do każdej basenowej torby. Te muślinowe otulacze mają tak piękne wzory, że ciężko się zdecydować na jeden komplet (KLIK). Do kupienia chociażby TU. Moim zdaniem to także idealny produkt na każde wakacyjne wojaże.


- kosmetyki do mycia - po basenie oczywiście szybki prysznic, więc obowiązkowo zabieram ze sobą coś do mycia. Używamy w domu kosmetyków naturalnych, więc i takie znajdują się w naszej basenowej torbie. Zwracam uwagę na to, by był to produkt do mycia, taki 2w1, żeby niepotrzebnie nie obciążać torby i dobry dla wszystkich członków naszej rodziny. Ostatnio kupiłam bardzo fajny naturalny i hipoalergiczny szampon i żel w jednym marki MomMe. Działa bardzo nawilżająco, zapobiega przesuszaniu skóry, a włosy super się po nim rozczesują. Możecie go kupić w Ecoandwell. Mega jest też ten z Dermy czy Born to Bio.


- torba - my swoją mamy około trzech lat (jest niezniszczalna) i świetnie się sprawdza. To TA. Jest bardzo lekka, mała, poręczna, ale niezwykle pojemna z mnóstwem kieszeni. Ogromny plus również za materiał, który łatwo się czyści i jest odporny na wilgoć.


- plecak - od niedawna mamy plecak tej samej firmy, co torba, bo Alex chce sam nosić swoje rzeczy. Jest super! Służył Mu także na przedszkolne wycieczki, bo jest niezwykle lekki, ale solidnie wykonany. Łatwo się go czyści i jest odporny na wilgoć. Funkcjonalny, z przegródkami, wyposażony w odblaski, by zapewnić dziecku lepszą widoczność po zmroku. Jesteśmy mega z niego zadowoleni. Do kupienia w Edukatorku.

- czepek, okulary i płetwy - aktualnie poszukuję czegoś wartego uwagi. Może coś polecicie?


Te wszystkie basenowe akcesoria można potraktować również jako idealne wakacyjne must have! Dodałabym do tego jeszcze obowiązkowo (kiedy wybieracie się na wodny plac zabaw, otwarty basen czy plażę) kosmetyki z filtrem SPF 50. U nas króluje nieprzerwanie od kilku sezonów krem przeciwsłoneczny dla dzieci Sun Kids SPF 50 marki Aplhanova (kupuję je TU), bo jest bardzo przyjemny w użytkowaniu. Ma płynną konsystencję, więc dobrze się rozsmarowuje, lekko bieli skórę, nie jest bardzo lepki. Delikatnie pachnie morelą i wanilią. To bardzo wysoka ochrona, więc możemy być spokojni o skórę naszych dzieci. Produkt oczywiście nie zawiera ani filtrów chemicznych, ani konserwantów, parabenów czy też parafiny. Filtr SPF 50 uzyskano za pomocą samych naturalnych związków (bez cynku). Warto pamiętać również o dobrych okularach przeciwsłonecznych. Alex aktualnie nosi te marki Real Kids Shades, o których pisałam TU. Są idealne pod każdym względem. Nie dość, że pochłaniają 100% promieniowania UV-A, UV-B i UV-C (filtr UV 400), są wykonane z bezpiecznego, nietoksycznego materiału będącego mieszaniną kauczuku i plastiku, gwarantującego wyjątkową odporność oprawek i zauszników okularów. Nie zniekształcają obrazu, mają wytrzymałe, nietłukące, wyjmowane szkła, które można z powodzeniem zastąpić korekcyjnymi. Do kupienia na stronie producenta TU czy np. TUTAJ.

Napracowałam się bardzo pisząc ten post. Mnóstwo tu inspiracji, zatem może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy podzielisz się wpisem na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.








Obsługiwane przez usługę Blogger.