Powiedzenie "Idzie luty, podkuj buty" zdecydowanie w tym roku się sprawdziło. Ze względów od nas niezależnych ze styczniowych mrozów i śniegu nie udało nam się skorzystać, o tyle w lutym z nawiązką nadrobiliśmy. Chociaż dla mnie generalnie luty mógłby nie istnieć, bo nie ma w nim zasadniczo nic pociągającego. Z tym brakiem słońca i resztkami energii staram się dociągnąć do czasu, kiedy znów będzie można wystawić twarz do słoneczka. Liczę mocno, że w marcu już mi się to uda. Ale żeby nie było, że tylko narzekam, znalazło się parę fajnych rzeczy, które umiliły mi te 28 dni drugiego miesiąca roku. Kto chętny, zapraszam!

1. KOSMETYKI

W styczniu i w lutym duży nacisk położyłam na dbanie o włosy. Zrobiłam sobie test na porowatość i zamówiłam trochę produktów odpowiednich dla moich włosów, więc za jakiś czas pokażę co się u mnie sprawdziło. Szukając produktów do włosów, a potem robiąc zakupy zupełnie przypadkiem natrafiłam na dwa rewelacyjne produkty od marki Ajeden. Pierwszy z nich to odżywczy mus do ciała nagietek, żywokost i aloes. Jak on pięknie pachnie! Ma konsystencję pianki, puszystego musu, który bez problemu się rozprowadza, pozostawiając chwilowo lekki filtr. Fajnie nawilża, regeneruje, niweluje szorstkość skóry, naprawdę skuteczny produkt, wystarczy spojrzeć na jego bogaty skład. Jak dla mnie ultrakomfortowy kosmetyk.


Drugi produkt to ekologiczny hydrolat jabłkowy. Ja w ogóle jestem fanką hydrolatów (czyli takiej wody z ekstraktami roślinnymi) i zawsze mam jakieś w domu. Wcześniej miałam porzeczkowy i z czarnego bzu, były ok, ale ten jabłkowy pasuje mi bardziej. Spryskuję nim włosy, twarz, używam kiedy robię maseczki. Ma za zadanie łagodzić podrażnienia, zmniejszać stany zapalne, oczyścić skórę z nadmiaru sebum i chronić ją przed utratą wody.Godny polecenia! 

2. ZABIEGI

Na osiedlu, na którym mieszkam jest bardzo dobry salon kosmetyczny, do którego chodzę już od kilku lat, a w zasadzie od początku ich istnienia. Mają tam teraz fajne akcje na zabiegi miesiąca, które są w sporo niższych cenach i ja właśnie czasem z nich korzystam. Lubię się niekiedy tak porozpieszczać, poleżeć przy kojących dźwiękach muzyki z maseczką na twarzy, bo czuję że dbam wtedy nie tylko o swoją cerę, ale również o głowę. Taka godzina na peelingu kawitacyjnym czy mikrodermabrazji ogromnie mnie relaksuje i daje poczucie dobrze wykorzystanego czasu! 

3. KSIĄŻKI 


W lutym ogromne wrażenie zrobiła na mnie debiutancka książka Moniki Drzazgowskiej "Szalej". To międzypokoleniowa opowieść skupiona na kobiecej egzystencji, która niesamowicie mnie poruszyła i rozedrgała moją duszę na tyle, że miejscami wywoływała aż lekki ból. Nie sposób bowiem tej książki nie odnieść bezpośrednio do siebie. Opisana jest w niej historia czterdziestoletniej Zośki (chociaż dla mnie to opowieść o każdej kobiecie boleśnie doświadczonej przez los) uwikłanej w schematy, spętanej ograniczeniami narzucanymi jej z góry przez środowisko w jakim przyszło jej żyć. Chce to zmienić, zacząć żyć po swojemu, ale to bardzo trudne, bo przez lata żyła przecież pod pręgierzem zasad, zakazów, kar, w świecie, gdzie panował emocjonalny chłód, w poczuciu niedowartościowania. Ciężko jest zacząć tę walkę o siebie, by żyć, a nie tylko być, mieć w sobie na tyle odwagi, by powiedzieć "nie", by wyjść ze swojej strefy komfortu, przestać żyć tak jak inni tego od nas oczekują. Zofia nie potrafi się odnaleźć w żadnej z narzuconych jej przez bliskich, tradycję czy społeczeństwo ról. 

Dla mnie ta książka jest poetycka, nostalgiczna, niesamowicie piękna, chociaż wybrzmiewa tu pewien smutek. Historia Zośki pokazuje bowiem gorzką prawdę o tym, jak trudne dzieciństwo wpływa na nasze późniejsze życie, o tym co same sobie robimy i to co robią nam inni, którzy sami kiedyś zostali skrzywdzeni i stłamszeni. Książka daje jednak nadzieję na lepsze jutro! Jeżeli jeszcze nie czytaliście, to gorąco polecam!

"Twoja wewnętrzna moc" Agnieszki Maciąg to książka, którą sobie dawkowałam w lutym. Uwielbiam jej książki i kupuję każdą kolejną, kiedy tylko się pojawi. Dla mnie te książki są jak podręczniki, biblie o tym jak żyć. Dają ukojenie i spokój, są takie inspirujące, pozytywne, napawają optymizmem, co bardzo jest mi potrzebne, zwłaszcza w tych dziwnych czasach, w których przychodzi nam żyć. Wracam do nich często, odczytuję zaznaczone fragmenty, czasem czytam notatki, które zrobiłam na marginesach. 

4. SERIALE

Myślę, że ten mini serial oglądali już wszyscy, a Ci co nie oglądali, to zapewne nie mają Netflixa. Nas serial tak mocno wciągnął, że obejrzeliśmy go praktycznie ciągiem. Pierwszy odcinek niespecjalnie nam się spodobał, ale jak mawia mój synek - "daj mu szansę", więc po pierwszym odcinku łyknęliśmy migiem te sześć odcinków. "Co kryją jej oczy" to historia miłosnego trójkąta: Davida (cenionego psychiatry), jego żony Adele oraz Louise - samotnej matki. Louise nawiązuje płomienny romans z Davidem i jednocześnie zaprzyjaźnia się z jego, dość specyficzną, żoną, która w młodości straciła rodziców, co spowodowało, że leczyła się w zakładzie zamkniętym, gdzie zaprzyjaźniła się z innym chorym, na tyle że zaprosiła go do swojego życia. Im bardziej Louise wikła się w relacje z Davidem i Adele, tym grozi jej większe niebezpieczeństwo. Końcówka serialu wbija w fotel!!!


Z kolei przez "Firefly Lane" zarwałam dwie nocki, bo równie mocno mnie wciągnął, co serial powyżej. Tym razem to traktat o kobiecej przyjaźni, życiowych rozterkach czyli taka słodko-gorzka opowieść o życiu. Czekam z utęsknieniem na kolejny sezon, bo końcówka serialu rozbudziła mocno moją ciekawość. 

Zauważyłam, że większość recenzji, które tutaj zamieszczam nie dotyczą książek polskich autorów. Nie wiem zupełnie czym to jest podyktowane. Pomyślałam, że może czas to zmienić. Dlatego, kiedy przeczytałam opis i zobaczyłam okładkę książki Przemysława Wilczyńskiego "Dwadzieścia lat ciszy" uznałam, że czas na zmiany. Czy polscy autorzy też mają coś ciekawego do zaoferowania?

Autorem książki jest Przemysław Wilczyński, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego, miłośnik wycieczek rowerowych i wypraw górskich, na stałe mieszkający w Raciborzu. "Dwadzieścia lat ciszy" to jego kolejna powieść, a moje pierwsze zetknięcie z jego twórczością.

Historia opisana w książce wydarza się w Raciborzu i w Rzeszowie, w miastach gdzie pojawia się złowieszcza czarna furgonetka, którą widać, ale nie słychać. Kiedy się pojawia, giną dzieci. Tak było dwadzieścia lat temu i tak jest teraz. 

Jedną z osób, którą dotknęło porwanie dziecka jest Bogna. Od dwudziestu lat szuka swojej porwanej córki, mając ciągle nadzieję na jej odnalezienie. Ostatni raz dziewczynka widziana była, kiedy wsiadała do czarnej furgonetki. Tymczasem ginie kolejne dziecko. Jest nim Igor, który również wsiadł do furgonetki. Stało się to na oczach Niko. Chłopiec za wszelką cenę próbuje okryć prawdę i odnaleźć przyjaciela. Do poszukiwań dołącza się także Hubert, bezdomny były wojskowy, któremu w życiu nie wyszło. Czy tej trójce uda się rozwiązać zagadkę czarnej furgonetki i odnaleźć zaginionych?

Fabuła ksiażki "Dwadzieścia lat ciszy" jest bardzo złożona. Porusza wiele trudnych społecznie spraw, takich jak bezdomność, alkoholizm, choroba psychiczna czy znęcanie się nad własnym dzieckiem. Autor dzięki rozbudowanym opisom pozwala Czytelnikowi dokładnie przyjrzeć się głównym bohaterom i temu z czym się mierzą na co dzień. A życie często bywa trudne i przewrotne.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Akurat i jest do kupienia TUTAJ.

Jeszcze kilka lat temu nie sądziłam, ze stanę się fanką thrillerów. To był gatunek, po który raczej nie sięgałam. Za namową koleżanki przeczytałam jeden, potem kolejny thriller i tak polubiłam się bardzo z tym gatunkiem literackim. Wyszukuję więc ciągle nowe pozycje, często autorów, których książki już znam i dobrze mi się je czyta. Tak też było w przypadku książki C.L. Taylor "Nieznajomi".
 
Najnowszy thriller autorki opowiada o losach trójki ludzi, których życie, zdawałoby się, nie jest ze sobą w żaden sposób połączone, oprócz faktu że mieszkają w jednym mieście. Słowem trójka nieznajomych sobie osób. Ursula to kobieta bardzo nieszczęśliwa, nie potrafi zapomnieć o bolesnej przeszłości, los jej nie oszczędzał i obecnie zmaga się z kleptomanią. Aktualnie pracuje jako kurierka, chociaż z wykształcenia jest nauczycielką. Alice, kobieta po przejściach, której nie wiedzie się w miłości, samotnie wychowuje córkę i prowadzi sklep odzieżowy. Gareth natomiast cierpi, ponieważ czuje że nie sprostał oczekiwaniom ojca, który został uznany za zmarłego. Pracuje jako ochroniarz w galerii i opiekuje się schorowaną matką. Każde z nich wiedzie zupełnie inne życie, nie wiedzą o swoim istnieniu, ale pewnego dnia ich losy się krzyżują. Okazuje się, że wszyscy są w niebezpieczeństwie i muszą połączyć siły, by przetrwać, bo ktoś czwarty ma pewien plan...

Historia opisana w książce opowiedziana jest z perspektywy trzech osób. Dzięki temu zabiegowi jesteśmy w stanie lepiej poznać głównych bohaterów, przyjrzeć się bliżej ich wewnętrznym rozterkom, przeżywać z nimi wybory, radości, smutki, niepowodzenia, a także poznać ich przeszłość, która niewątpliwie ich ukształtowała.
 
Lekkie pióro autorki sprawia, że książkę czyta się szybko, więc to idealna propozycja na kilka leniwych wieczorów. Książkę podciągnęłabym bardziej pod obyczajówkę aniżeli thriller czy kryminał, bo jednak trochę zabrakło mi tutaj  dreszczyku napięcia i niepokojącego oczekiwania. To jednak moje osobiste odczucie. Warto więc przeczytać "Nieznajomych", by wyrobić sobie własne zdanie, a czas poświęcony na przeczytanie książki, zapewne nie będzie czasem straconym. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros.

Kilka dni temu przeczytałam świetny thriller psychologiczny "Dlaczego właśnie ja" autorstwa E.G. Scott, o którym słów kilka poniżej. To książka, przez którą zarwałam dwie nocki. Jeżeli tak jak ja jesteście fanami tego gatunku literackiego, lubicie nieoczywiste i zawiłe historie to bardzo Wam ją polecam. 

Historia opisana w książce skupia się głównie wokół Charlotte, młodej, bardzo ambitnej pani neurochirurg, którą jeden błąd pozbawił praw do wykonywania wymarzonego zawodu lekarza. Kobieta w internetowej grupie wsparcia znalazła pomoc i miejsce, gdzie może dać upust swoim emocjom. Również w realnym życiu ma taką osobę. Jest nią Rachel - najlepsza przyjaciółka Charlotte. Obie kobiety zakładają i z powodzeniem prowadzą gabinet akupunktury i masażu. 

Charlotte ma też chłopaka - Petera, ale ich związek jest pełen tajemnic. Wszystko przez pracę, jaką wykonuje chłopak. Dziewczyna niewiele wie o swoim mężczyźnie, zwłaszcza że musi on często wyjeżdżać. Pewnego dnia kobieta otrzymuje zagadkowy telefon z instytutu medycyny sądowej w sprawie identyfikacji zwłok, bo została ona wskazana przez denatkę jako "osoba do kontaktu". Na miejscu okazuje się, że Charlotte zupełnie nie wie, kim jest kobieta, którą miała zidentyfikować. 

Czy to przez pomyłkę została wskazana jako osoba do kontaktu? Co może ją łączyć z zamordowaną kobietą? Jaki będzie rezultat śledztwa? Aby odkryć te tajemnice, koniecznie przeczytajcie książkę. 

"Dlaczego właśnie ja" ma wprawdzie blisko 500 stron, ale czyta się ją bardzo szybko, bo historia jest niesamowicie wciągająca, komplikuje się dosłownie ze strony na stronę. Sporo tu niewyjaśnionych spraw, zwrotów akcji i podejrzanych osób. Autorzy bardzo sprytnie wodzą Czytelnika za nos serwując mu mnóstwo niejednoznacznych podpowiedzi, które wielokrotnie okazują się być zmyłką i tylko podsycają czytelniczą ciekawość. Ogromny plus za finał historii, takie zakończenie dla wielu może okazać się niebywałym zaskoczeniem. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i jest do kupienia TU.

Zdjęcia jeszcze trochę w klimacie świąt, bo wpis początkowo miał dotyczyć jedynie grudnia, ale choróbsko pokrzyżowało mi plany. Z racji tego, że tych styczniowych ulubieńców nie było za dużo, bo pierwszy miesiąc nowego roku nie oszczędzał mnie nic a nic, myślałam i marzyłam w  nim właściwie jedynie o zdrowiu, więc połączyłam je razem. Trochę było tak, że chciałam o styczniu jak najszybciej zapomnieć, przestać myśleć o lekach, inhalacjach, totalnej niemocy. Grudzień natomiast był fajnym, bardzo rodzinnym miesiącem, który mocno mnie rozpieścił. Aktualnie mocno wyczekuję wiosny i liczę, że szybko dotrze, chociaż obecny widok za oknem tego nie zwiastuje. Zatem oby do wiosny! A teraz lecimy z tymi zachwytami ostatnich dwóch miesięcy!!!

1. KOSMETYKI


W tej kategorii właściwie dwa produkty mocno kosmetycznie rozpieściły moją skórę. Pierwszy z nich kupiłam z polecenia koleżanki. Poczytałam też o nim na internecie i sporo było pozytywnych opinii. Trochę więc też z ciekawości przy okazji zniżki kupiłam 10-minutową terapię złuszczającą PHLOV, która okazała się super produktem. Nie potrzebuję jakiś mega drapaków, a ten peeling wystarczająco dobrze ściera i w konsekwencji pozostawia skórę wygładzoną, lekko zaróżowioną, przyjemnie odświeżoną. Duże plusy również za kremową konsystencję i piękną, orzeźwiającą kompozycję zapachową. 



Do mycia twarzy przez ostatnie miesiące codziennie używam łagodnego i jednocześnie bardzo skutecznego żelu do mycia twarzy marki Shy Deer. Z ich kosmetykami jest mi zdecydowanie po drodze. Żel bardzo dobrze, dokładnie i szybko rozpuszcza makijaż bez jakichkolwiek podrażnień oczu czy skóry. Po jego użyciu nie czuję dyskomfortu w postaci ściągniętej twarzy. Jest bezwzględny dla tuszu do rzęs (nie używam wodoodpornego) i pozostałych kosmetyków kolorowych, pozostawiając skórę naprawdę doczyszczoną, miękką, nawilżoną. Właśnie skończyłam kolejne opakowanie, ale z całą pewnością do niego wrócę, bo jest wspaniały. 

2. DYFUZOR




 

Nie wiem jak to się stało, że wcześniej nie odkryłam dobroci płynących z posiadania dyfuzora olejków eterycznych. To prezent pod choinkę ode mnie dla mnie. Dopiero zaczynam przygodę z olejkami eterycznymi (czyli naturalnymi związkami aromatycznymi występującymi w roślinach, w ich łodygach, nasionach, korzeniach, kwiatach) i aromatoterapią. Uczę się jak działają poszczególne olejki na stan zdrowia, wpływają na samopoczucie, jak złagodzić dzięki nim napięcie by np. lepiej spać. Poza tym  "skutkiem ubocznym" używania takiego dyfuzora jest piękny zapach w domu. Ja wybrałam dla nas dyfuzor nebulizujący, który nie wykorzystuje ani ciepła ani wody, ale i tak rozprasza olejek w powietrzu dla optymalnych korzyści terapeutycznych. Mam w domu dyfuzor Organic Aromas wraz z zestawem  takich mini olejków, wśród których już mam swoich ulubieńców. Działa naprawdę bardzo cicho, posiada funkcję regulacji uwalniania olejków, wykonany jest z naturalnych produktów. O jego walorach estetycznych mogłabym również wiele napisać. Jeśli zastanawiacie się nad takim dyfuzorem, to szczerze polecam! A ten z Organic Aroma jest cudowny!

3. ŚWIECE



Świece, teraz oprócz dyfuzora, to u nas w domu must have. Nie może ich nigdy zabraknąć. Dla mnie to nieodłączny element zimowych wieczorów. Wszelkie korzenne, słodkie, czekoladowe zapachy mocno koją moją duszę. Od dłuższego czasu zamawiam świece 100% naturalne, robione ręcznie z wosku np. sojowego czy sojowo-rzepakowego, bez parafiny, parabenów, ftalanów. Takie świece są nietoksyczne. Teraz mamy w domu te z manufaktury Flame For You. Przecudnie pachną i długo się wypalają. Dodatkowo istnieje fajna opcja personalizowania etykiet (na prezent sprawdzą się idealnie). Ich zapach roznosi się po całym domu, jest wyczuwalny, ale nie mdły. Dodatkowo pięknie się prezentują :) Zajrzyjcie do nich koniecznie, również na Instagramie

4. KSIĄŻKA


W styczniu przeczytałam całkiem pokaźną ilość książek z racji tego, że czasowo byłam wolniejsza, ale o jednej, tej szczególnej,  chciałam tu napisać. "Powrót z Bambooko" Kasi Nosowskiej przeczytałam aż dwa razy. Zaznaczyłam sobie sporo fragmentów, do których z całą pewnością będę nie raz wracała. Książka jest genialna, uwalniająca, uzmysłowiła mi sprawy, które wydawałoby się są oczywiste, ale jednak nie do końca takimi są. Otwiera oczy i uszy na wiele spraw. Zabawna, czasami gorzka do bólu. Mocno mi w duszy gra! 

5. SERIAL/FILM

Jeżeli ktoś jeszcze nie widział serialu "Normalni ludzie" to zachęcam do obejrzenia. Jeden z lepszych seriali, które udało nam się ostatnio obejrzeć. Mocno prawdziwy, autentyczny! Opowiadający o dorastaniu, o trudnej miłości dwojga młodych ludzi, których drogi się splatają i rozchodzą, o uczeniu się siebie nawzajem. A w tle gdzieniegdzie mój ukochany Dublin! 


Jesteśmy również bardzo oczarowani filmem z 2018 roku Only You. Bardzo zwyczajny, prawdziwy, życiowy, nieprzesłodzony, mocno intymny, wzruszający i zapadający w pamięć. Pokazujący, że miłość czasem niespodzianie przychodzi, ale potem trudno ją utrzymać, wymaga pracy i poświęceń. Film opowiada historię miłości starszej kobiety i młodszego mężczyzny, którzy bardzo pragną mieć dziecko, ale pomimo usilnych prób, nie udaje im się to. Czy w takiej sytuacji ich relacja przetrwa?


Równie piękny, prawdziwy, życiowy i wzruszający okazał się film Ani słowa więcej. Pokazuje budzącą się miłość pomiędzy dwojgiem dojrzałych osób. Oboje mają już za sobą nieudane związki. Eve nawiązuje  w tym samym czasie też bliższą znajomość ze swoją klientką, która okazuje się żoną jej obecnego przyjaciela/kochanka. Niestety znajomość ta mocno rzutuje na rozwijający się związek Eve i Alberta. Co z tego wyniknie, przekonacie się oglądając film. Mnie urzekła świetnie zagrana postać Alberta przez Jamesa Gandolfini znanego z Rodziny Soprano. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.