Ostatnio czytam jak szalona. Pewnie dlatego, że same fajne książki trafiają w moje ręce. Rozczytałam się na dobre w kryminałach i thrillerach, chociaż nigdy nie przypuszczałam, że akurat taki rodzaj literatury stanie się tym, który aktualnie uwielbiam. Ostatnio przeczytałam książkę "Martwe dziewczyny" autora, którego twórczości wcześniej nie znałam.

Książka to połączenie thrillera i kryminału, co bardzo mi się spodobało. Początkowo ciężko mi było przebić się przez swoistą, specyficzną narrację prowadzoną przez autora, ale druga część książki wszystko mi wynagrodziła. 

Detektyw Alishia Green, która została poważnie ranna w obławie na seryjnego mordercę, wraca dość szybko do pracy, by rozprawić się ze swoim oprawcą. Nie odzyskała jeszcze w pełni sił ani sprawności, ma zaniki pamięci, trudno jej odróżnić prawdę od fikcji, ale buzuje w niej adrenalina. Gotowa jest stawić czoła seryjnemu mordercy, który pozbawił życia wiele niewinnych kobiet. Działa niekonwencjonalnie, czasem wydaje się, że nie ma szans, by pokonać mordercę, który jest sprytny, umiejętnie zaciera ślady i nadal poluje na swoje ofiary. Główna bohaterka jest jednak bardzo zdeterminowana. Czy uda jej się złapać mordercę i powstrzymać go od krzywdzenia kolejnych kobiet?

"Martwe dziewczyny" to książka przy której można się odprężyć, zagłębić w wartkiej akcji, mrocznym, dusznym klimacie śledztwa prowadzonym przez policjantkę na codzień zmagającą się z własnymi ograniczeniami, ale za wszelką cenę pragnącą pomścić wszystkie martwe dziewczyny. 

Książka ukazała się nakładem Wdydawnictwa HarperCollins Polska i można ją kupić w księgarni internetowej Booktime.pl

















Nigdy wcześniej nie poznałam takiej miłości, jaką doświadczam będąc mamą. Zatraciłam się w tej miłości dokumentnie. Chcę dla mojej rodziny wszystkiego, co najlepsze, a więc daję z siebie naprawdę maksimum.

Kiedy wróciłam po urlopie macierzyńskim do pracy, mój dzień wypełniały jedynie obowiązki. Dzień po dniu, terminy, harmonogramy, notoryczne niewyspanie, lawirowanie pomiędzy pracą, domem, a opieką nad dzieckiem pochłonęły mnie bez reszty. Swoje potrzeby stawiałam gdzieś na samiutkim dole mojej gigantycznej codziennej listy rzeczy do zrobienia. Listy, która tak naprawdę nigdy nie docierała do dna. Wszystko inne, oprócz mnie samej, było najwyższym priorytetem. Dodatkowo ciągłe wyrzuty sumienia, że może jednak czegoś nie dopatrzyłam, coś mogłam zrobić lepiej. I ta, mam wrażenie, presja społeczna wymagająca od nas by być wysokowydajnymi, oddanymi pracownikami, partnerami czy rodzicami, często dająca poczucie porażki.

Na szczęście dla mojej rodziny, w pewnym momencie wszystko wybuchło, i zrozumiałam, że nie da się dbać o innych, nie dbając o siebie. I być może dla wielu nie jest to jakieś nowatorskie odkrycie, ale dla mnie samej to było jak przebudzenie. Warto więc zadbać o siebie, tak jak dbamy o najbliższych. Zaspokajać też własne potrzeby, a nie jedynie tych, którzy nas potrzebują. To jest dokładnie tak, jak z pierwszą zasadą bezpieczeństwa w samolocie. Maskę tlenową w razie konieczności należy w pierwszej kolejności zakładać sobie, a potem dziecku, bo w innym przypadku straci się przytomność i nie pomoże już nikomu. Warto więc zapewnić sobie taką samą opiekę, jaką dajemy najbliższym. Umniejszanie troski o sobie to nic dobrego, bo wyczerpany, niezadowolony, rozchwiany rodzic doświadcza wielu negatywnych stanów emocjonalnych, które, czego nie da się zaprzeczyć, są szkodliwe dla rodziny.

Doszłam do tego jednak dopiero całkiem niedawno. Uzmysłowiłam sobie, że przecież "nie można wylać z pustego kubka". A wychowanie dzieci to trudna sprawa, lecz praktyka miłości własnej pozwala nam podołać wyzwaniom, jakie ono przed nami stawia i prawdziwie doświadczać przyjemności rodzicielstwa. Warto więc ten kubek napełniać każdego dnia. Kochać siebie, troszczyć się i traktować siebie tak, jak traktuje się kogokolwiek innego, kogo się kocha.

Będąc dziećmi jesteśmy dumni z siebie, myślimy o tym jacy jesteśmy ważni i wspaniali, sygnalizujemy głośno i wyraźnie, bez skrupułów swoje potrzeby, kochamy siebie i nie widzimy w tym nic złego, ale gdzieś po drodze tracimy tę umiejętność. Jesteśmy coraz bardziej zajęci byciem wszystkim dla innych, że w końcu stajemy się niczym dla siebie. Należy więc czasem pomyśleć o sobie, być mamą dla samego siebie, a nie za każdym razem spychać swoje potrzeby, gdzieś na sam dół listy to-do, bo tylko to pozwoli nam dobrze wykonywać swoje obowiązki, być zadowolonym i w pełni cieszyć się macierzyństwem. 

Spójrzmy prawdzie w oczy, po całym dniu, będąc jednocześnie matką, pracownikiem, sprzątaczką czy kucharą, nie mamy ochoty pozostawać w kuchni, by przygotowywać jeszcze śniadanie do pracy, zwłaszcza kiedy dobra książka czy film czekają. Każdy dzień to niekończące się żonglowanie obowiązkami. Ciągłe dbanie o dzieci, dom, praca na etacie, przygotowywanie zdrowych posiłków dla rodziny, a w tym wszystkim znajdowanie jeszcze czasu na zakupy w supermarkecie może wykończyć. Warto więc ułatwiać sobie życie. Szukać szybkich i prostych sposobów na posiłek, który jest zarazem smaczny i całkiem zdrowy. No i ileż można jeść kanapki, nawet te najbardziej wymyślne, na własnoręcznie pieczonym chlebie.

A śniadania jeść trzeba, bo to podobno najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Naukowcy dawno już udowodnili, że należy jeść pełnowartościowe śniadanie, by być zdrowszym, mieć więcej energii i być bardziej skoncentrowanym.

Wiadomo poranki w dni powszednie są bardzo chaotyczne, zwłaszcza jak szkoła czy praca zaczynają się dość wcześnie rano. Fajnie jest wiec obudzić się ze świadomością, że nie musimy zadowalać się kupioną w sklepie owsianką czy kanapką na szybko. Przy odrobinie planowania i przygotowania dzień wcześniej, możemy obudzić się ze świadomością, że coś pysznego na nas czeka. Jest wiele zdrowych pomysłów na śniadanie, które wymagają niewiele wysiłku. Jest mnóstwo przepisów na babeczki śniadaniowe, które można zrobić z wyprzedzeniem, zdrowe receptury na smoothie, do przygotowania dosłownie w kilka minut czy różnego rodzaju owsianki, puddingi overnight, które praktycznie robią się same. Dziś trzy moje sprawdzone przepisy na takie właśnie śniadania. Polecam!

Pudding chia




Nasiona chia to nasiona szałwii hiszpańskiej, która pochodzi z Ameryki Południowej. To nasiono samo w sobie nie ma smaku, smakuje natomiast tym czym jest nasączone. Żelują się, absorbując płyn, w którym są namoczone, mogą zwiększać swoją objętość aż dziewięciokrotnie, a po zjedzeniu stopniowo go oddają, nawadniając organizm od wewnątrz. Nasiona chia są bogate w witaminy, minerały, błonnik, kawasy omega 3 i omega 6. Dodają energii i siły!



Składniki na około 1-2 porcje:

  • 200 ml dowolnego mleka (kokosowe, migdałowe, w zależności co kto lubi)
  • 3 łyżki chia
  • 1 łyżka syropu klonowego, z agawy, a nawet miodu
  • dowolne owoce, całe bądź zmiksowane, może być też pulpa z mango

Przygotowanie:

Wieczorem mieszam z mlekiem syrop klonowy, nasiona chia i całość wkładam na noc do lodówki. Ważne jest aby mieszać przez pierwsze pół godziny co jakiś czas, aby nie zrobiły się grudki. Rano dodaję ulubione owoce w całości, czasem dodaję zmiksowane, a innym razem nawet pulpę z mango. By zaspokoić większy głód można wieczorem do całości dodać także płatki owsiane. Też smakuje super! Jeżeli jeszcze jakimś cudem nie robiliście tego puddingu, to zachęcam!

Muffinki warzywne


Jajka to świetny sposób na śniadanie, ponieważ są pełne białka, dzięki czemu czujemy się pełniej na dłużej. Jajecznica może być specjalnym sobotnim śniadaniem, a takie warzywne babeczki, mogą być odskocznią od codzienności. 



Składniki na około 15 muffinek:

  • 2,5 szklanki mąki (ja użyłam akurat kukurydzianą, trochę jaglanej i pszenną, ale co kto lubi, może być sama pszenna)
  • 4 wiejskie jaja
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli himalajskiej
  • 1 łyżeczka octu jabłkowego
  • 1 łyżeczka papryki
  • 3 łyżki masła klarowanego
  • 1 starta cukinia
  • 1 starta marchewka
  • kilka pieczarek i trochę kukurydzy
  • pół cebuli drobno posiekanej
  • kilka różyczek sparzonego, posiekanego brokuła
  • 1 łyżeczka oleju kokosowego

Przygotowanie:

Rozgrzewamy piekarnik do 180 st. W dużej misce mieszamy mąkę, proszek do pieczenia, sól i ocet. W osobnej ubijamy jajka z papryką i łączymy składniki. Do miski dodajemy roztopione masło, cukinię, marchewkę, kukurydzę (w zasadzie to, na co mamy ochotę, możemy dodać też groszek, podgotowanego pokrojonego ziemniaka, nawet starty ser). Na rozgrzanej patelni na oleju kokosowym podduszamy cebulkę i pieczarki, a następnie dodajemy do masy, którą przekładamy do blaszki na muffinki wyłożonej papilotkami. Całość pieczemy około 30 minut. Można je przechowywać w lodówce przez 2-3 dni. Proste, szybkie i smaczne!

Zielone smoothie 


Takie koktajle to prawdziwe bogactwo witamin, minerałów oraz błonnika, który świetnie w naturalny sposób reguluje przemianę materii. Dbacie o piękne paznokcie, skórę i włosy to takie koktajle są idealne dla Was. To wspaniała alternatywa zbilansowanego, zdrowego śniadania praktycznie bez większego nakładu pracy.


Składniki na 3 porcje:

  • trzy garście szpinaku
  • 20 g płatków owsianych
  • 2 banany
  • 1 łyżka siemienia lnianego
  • 1 kiwi
  • 1 jabłko
  • szklanka soku np. jabłkowego, pomarańczowego
  • pół szklanki wody
  • opcjonalnie nasiona chia

Przygotowanie:

Nic bardziej prostszego. Wszystko razem miksujemy, aż do uzyskania jednolitej konsystencji.  Smoothie można dosłodzić miodem lub syropem z agawy. Przelewany do słoika i voila! Smacznego!


Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.










Kiedy kilka lat temu pomieszkując w Dublinie pierwszy raz od współlokatorki usłyszałam o szczotkowaniu ciała na sucho, to trochę drwiąco podeszłam do sprawy. Słabo też zagłębiłam się wtedy w temat. Minęło jednak trochę czasu i po raz kolejny koleżanka powiedziała mi o szczotkowaniu ciała i zaletach z tego płynących. Tym razem postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat i tak rozpoczęła się moja przygoda ze szczotkowaniem, która trwa do dziś. Przeczytałam sporo artykułów o szczotkowaniu i pomyślałam, że podzielę się z Wami moją wiedzą i praktyką w tym temacie.


Co to jest szczotkowanie na sucho?
Rytuał szczotkowania ciała na sucho przywędrował do nas z Azji i znany jest od stuleci np. w medycynie chińskiej, ajurwedzie czy kulturze japońskiej. Według zielarza badającego starożytną metodę leczenia w Indiach Todda Caldecotta to ajurwedyjska praktyka gharsana, której celem jest przede wszystkim przeniesienie limfy w kierunku serca, aby wymieszać ją z krwią, z statecznym celem wysłania odpadów metabolicznych oraz przechowywanych toksyn do nerek i wątroby w celu ich eliminacji czyli krótka mówiąc układ limfatyczny zostaje pobudzony do wzmożonej pracy, komórki są stymulowane, poprawia się krążenie krwi dzięki czemu toksyny są szybciej wydalane z organizmu. 

Co daje takie szczotkowanie?
Przede wszystkim pozwala na wzmocnienie naturalnych funkcji odpornościowych organizmu chroniąc go przed infekcjami i stanami zapalnymi spowodowanymi wieloma różnymi czynnikami. Szczotkując ciało sprawiamy, że dotleniona krew jest znacznie sprawniej dostarcza do narządów, a to dodaje energii.

Suche szczotkowanie usuwa martwe komórki naskórka i zachęca do produkcji nowych komórek. To przyjemny zabieg złuszczający, po którym pory się otwierają, oczyszczają z brudu i pozostałości, a więc mamy fajne oczyszczanie skóry. Wszystkie złogi i martwe komórki, które gromadzą się na powierzchni skóry, sprawiając że wygląda ona matowo, szaro i sucho zostają podczas takiego zabiegu usuwane. Zaleca się wzięcie później prysznica, aby spłukać martwe komórki, a następnie można użyć dobry balsam nawilżający, który po takim zabiegu zdecydowanie lepiej się wchłonie i zadziała. Skóra wówczas pozostanie mega miękka, jędrna, gładka, bardziej napięta. 

Szczotkowanie ciała pomaga eliminować niekorzystne zjawisko zatrzymania płynów w organizmie. W naturalny sposób możemy zatem pozbyć się obrzęków spowodowanych gromadzeniem się wody w organizmie, bo takie szczotkowanie usprawnia przepływ płynów w tkankach.

Dzięki temu, że masaż szczotką pobudza krążenie krwi, skóra jest lepiej ukrwiona i pobudzona do regeneracji komórek, staje się bardziej elastyczna i odporna na rozciąganie i powstawanie rozstępów.

Masaż szczotką to także jeden ze sposobów redukowania stresu. Mięśnie się wówczas rozluźniają, umysł odpoczywa, wprowadzając nas w doskonały nastrój. Szczotkowanie szczególnie szyi, karku, ramion, barku redukuje napięcie, które gromadzi się przez cały dzień. Poświęcenie więc kilku minut na tę praktykę na początku dnia pozwoli nam fajnie z energią rozpocząć dzień, a na końcu dnia zrelaksować się. 

Czy szczotkowanie ciała na sucho jest dla wszystkich?
Osobiście uważam, że należy zwracać uwagę na to co jest dobre dla nas i naszego organizmu. Nie wolno ignorować znaków ostrzegawczych, dokuczliwych objawów jak pieczenie, dyskomfort, swędzenie. Zdecydowanie jest to zabieg odradzany osobom z mega wrażliwą czy bardzo suchą skórą, z chorobami skórnymi (egzemą) czy żylakami, bo może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Szczotkowanie nie jest też wskazanie dla osób z nadciśnieniem tętniczym, a także w przypadku stanów zapalnych mięśni czy stawów. Alternatywą może być wówczas kąpiel detoksykacyjna. 


Jak wykonywać masaż?
Przede wszystkim należy zaopatrzyć się w dobrą szczotkę. Ja miałam już trzy. Aktualnie używam szczotki, którą mam z Natu Handmade, z której jestem naprawdę bardzo zadowolona i mocno polecam. Wykonana jest z naturalnych włókien z agawy rosnącej w Meksyku.  Warto zainwestować w szczotkę właśnie z włókien naturalnych, a nie syntetycznych.

Zanim zaczniemy masaż należy się nawodnić, wypić wodę np. ze szczyptą soli i kroplami cytryny, aby odpady metaboliczne i toksyny były sprawniej przemieszczane w kierunku systemu wyjścia z organizmu. 

Szczotkowanie najlepiej wykonywać codziennie przed prysznicem. Warto zacząć od delikatnego nacisku, dopiero z biegiem czasu można mocniej pracować szczotką. Należy pamiętać o zasadzie szczotkowania: od dołu, ku górze. Masaż zaczynamy od stóp i wykonujemy długie ruchy, takie zamiatanie, w kierunku serca. Zazwyczaj szczotkuję daną sekcję kilka razy (np. powtarzam po 10 razy). Potem ten sam proces z wykonuję z rękami, zaczynając od dłoni i kierując się w stronę serca. Po bokach przesuwam się od biodra po pachy. Brzuch, pośladki szczotkuję kolistymi ruchami zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara. Siłę nacisku zmniejszam tam, gdzie moja skóra jest bardziej wrażliwa. Należy też omijać wszelkie znamiona, blizny, świeże podrażnienia. 

Poniżej grafiki autorstwa Louisy Cannell obrazujące prawidłowe wykonywanie szczotkowania (chociaż ja osobiście niczego nie nakładam ani żadnym preparatem nie spryskuję szczotki). Można również poszukać na You Tube filmików instruktażowych, pokazujących jak krok po kroku wykonać taki masaż. 


Po takim zabiegu i prysznicu warto zastosować dobry balsam, masło czy olej, bo jego składniki będą wchłaniały się zdecydowanie dużo lepiej, a więc i lepiej zadziałają. 

Warto pamiętać by po skończonym szczotkowaniu zadbać również o szczotkę, aby nie zostawiać jej mokrej pod prysznicem, a wysuszyć w bezpiecznym, z dala od wody miejscu. Warto też prać szczotkę używając do tego szamponu czy mydła, a następnie wysuszyć. 

Pierwsze efekty takiego zabiegu widać już po kilku tygodniach, ale aby kuracja przynosiła trwałe rezultaty warto wykonywać ją codziennie przez około 4 miesiące, później można zmniejszyć częstotliwość i szczotkować ciało co dwa dni. Pozytywne zmiany zachodzą nie tylko w naszym organizmie, ale też poprawiają nasze samopoczucie. To jak zaczynasz szczotkować ciało na sucho?
Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.




















"Pozwól mi wrócić" to trzeci thriller B.A. Paris, który przeczytałam. Książki tej autorki zdecydowanie przypadają mi do gustu. Czytam je z zapartym tchem, nie mogąc się wprost oderwać i dostarczają mi mnóstwo czytelniczych doznań.

Świetny i intrygujący pomysł na fabułę, to zdecydowanie zaleta tej ksiażki. Sporo w niej scen, które trzymają mocno w napięciu, mnóstwo zwodzenia, niedopowiedzeń, wahań i zawirowań, powodujących, że nie możemy odłożyć ksiażki, spragnieni jesteśmy poznać zakończenie. A kiedy już je poznamy zaczynamy się zastanawiać czy na pewno w mroku nie czai się zło, a osoba z którą żyjemy na co dzień jest tą za którą się podaje.

Cała historia opowiedziana jest z perspektywy początkowo jednego, a następnie dwóch bohaterów, podzielone na teraz i wcześniej przeplatając się wzajemnie. Uważam, że to świetny zabieg, który pozwala lepiej zobrazować całą historię Finna i Layli. 

A historia zaczyna się od zniknięcia Layli. Dwoje młodych i bardzo w sobie zakochanych ludzi wyjeżdża na wypoczynek do Francji. W drodze powrotnej zatrzymują się na parkingu. Kiedy chłopak wraca z toalety, zastaje pusty samochód. Przerażony zaczyna szukać dziewczyny. Bezskutecznie jednak. Miłość jego życia zapadła się pod ziemię. W poszukiwania włącza się policja, z którą chłopak nie do końca jest szczery. Mijają lata i Finn rozpoczyna nowe życie z siostrą Layli. Zakochani planują ślub i wówczas pojawiają się znaki jednoznacznie świadczące o tym, że Layla jednak żyje. Finnem szarpią wątpliwości, raz podejrzewa wszystkich wkoło o próbę oszustwa, by za chwilę być prawie pewnym, że ukochana z przeszłości żyje i jest bliżej, niżby się mogło wydawać. Nie będę zdradzać finału historii, bo warto ją poznać samemu. Zapraszam zatem do lektury. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros.

 







Obsługiwane przez usługę Blogger.