Czas mija tak szybko, że za chwilkę koniec lata. Ubolewam nad tym ogromnie, chociaż przede mną jeszcze urlop, a jesień ma też mnóstwo zalet. Zdecydowanie mniej nas na blogu, bo staramy się na maxa wykorzystać każdy letni dzień. Szybciutko więc zapraszam Was na kolejną dawkę ulubieńców miesiąca. 

1. MODA 


Lniana sukienka i dziurawe jeansy. To mój ulubiony letni zestaw, w zależności od pogody. Dostałam dużo zapytań o to, gdzie te rzeczy kupiłam. Otóż donoszę, że w małym sklepie w Przemyślu. Lubię takie malutkie, pojedyncze sklepiki, których asortyment jest zdecydowanie różny i oryginalny w stosunku do rzeczy z sieciówek. Jeansy z dziurami zawsze na topie, a len pokochałam tak bardzo, że już marzę o TEJ lnianej koszuli.


Oplotka czyli piękna, ręcznie robiona biżuteria na rękę, nogę, szyję czy głowę. Kombinacji jest mnóstwo. Zdecydowanie nadaje charakter każdej letniej stylizacji. Pokochałam ją od pierwszego założenia. Myślę, że absolutnie każdy wśród tej biżuterii znajdzie coś wyjątkowego dla siebie. Wszystko przychodzi gustownie zapakowane, więc to też doskonały pomysł na prezent.
 
2. LODY 


Jemy je codziennie. Nie będę się nawet oszukiwać, że jest inaczej, ale przecież to przywilej lata. Od dwóch miesięcy królują u nas lody domowej roboty. Ostatnio na topie są bananowo-truskawkowe, które są po prostu zmiksowanymi bananami, truskawkami (wyjemy pewnie przed zimą cały zapas z zamrażarki), jogurtem greckim, płatkami jaglanymi lub owsianymi z odrobioną naszego ulubionego miodu. Zajadamy się też najlepszymi lodami w Lublinie (makowymi i solonym karmelem), które kupujemy w Bosko. Zazwyczaj, aby cieszyć się ich smakiem, trzeba postać w sporej kolejce, ale naprawdę warto.

3. KOSMETYKI


Hydrolat z oczaru wirginijskiego od MydłoStacji. To kosmetyk w który absolutnie warto zainwestować. Dla mojej skóry ma zbawienną moc. Stosuję go codziennie spryskując twarz i dekolt, a następnie pozostawiam do wchłonięcia. Czasem spryskuję nim włosy i robię wówczas masaż głowy, by dobroczynne właściwości tego hydrolatu wniknęły w głąb cebulki. Stosuję go także przed nałożeniem maseczki, bo wyczytałam, że dzięki temu intensywniej będą wnikać w skórę minerały i składniki zawarte w masce. Jest naprawdę wyjątkowo łagodny dla skóry, lekko ją ściąga, łagodzi stany zapalne, eliminuje podrażnienia, słowem "wycisza" skórę. Dodatkowo na stronie producenta jest napisane, że ma właściwości antyseptyczne oraz antybakteryjne, więc idealnie sprawdzi się też u osób ze skórą łojotokową czy trądzikową. No zwyczajnie kocham go i twierdzę, że to must have każdej kobiety.


Krem do rąk Santaverde z sokiem aloesowym - przyznam szczerze, że wcześniej nie znałam tej marki, a krem wybrałam zupełnie przypadkiem, bo akurat potrzebowałam czegoś do pracy. Okazał się jednak fenomenalny. Ma przyjemną, kremową konsystencję, jest mega nawilżający i odżywczy, a przy tym wchłania się błyskawicznie. Skóra dłoni jest po nim jedwabiście gładka i jędrna. Krem jest oczywiście całkowicie naturalny, wolny od szkodliwych składników chemicznych. Pozostawia na skórze dłoni delikatny zapach lawendy. Ja mam go ze sklepu internetowego ekoMaluch.


Kosmetyki do wnętrz polskiej firmy BARWA z linii Perfect House - skusiłam się na nie, bo ciągle migały mi gdzieś na Instagramie i sporo dobrego o nich czytałam. Perfect House to środki czystości przeznaczone do pielęgnacji różnego rodzaju powierzchni. Wypróbowałam do tej pory płyn do mycia podłóg, mleczko do mycia i pielęgnacji mebli, płyn do mycia szklanych powierzchni, płyn do mycia łazienek oraz płyn do mycia kuchni. Są to produkty naprawdę skuteczne, łatwe w aplikacji i niezwykle wydajne. Ogromnym plusem jest ich przyjemny, nieprzytłaczający i niedrażniący zapach, zupełnie inny niż ma większość preparatów tego typu. Do tego niesamowity design opakowań. Mogą spokojnie stać w widocznym miejscu. Bardzo je sobie chwalę i jestem miło zaskoczona ich świetną jakością za tak niską cenę. Cieszy mnie też niezmiernie, jak rodzime marki dają radę. A ta z całą pewnością daje. Kosmetyki te można kupić bezpośrednio na stronie producenta, ale też widziałam je stacjonarnie w marketach.

4. SERIAL


W lipcu Alexander był u dziadków na wakacjach, więc mieliśmy więcej czasu na czytanie i oglądanie. Nasz apetyt na obejrzenie "Wielkich kłamstewek" był tak duży, że "pochłonęliśmy" go w cztery popołudnia i wieczory. Ciekawa historia, świetna obsada aktorska, cudowne widoki. Jak dla mnie super! Kto jeszcze nie oglądał, to polecam! 

5. WYDARZENIA

  
Wakacje to taki czas, gdzie dużo fantastycznych rzeczy dzieje się w Lublinie. Obecnie trwa Jarmark Jagielloński, niebawem wielki koncert "Zakochani w Lublinie" z okazji 700-lecia miasta, na którym wystąpią artyści związani z Lublinem, a wśród nich m.in. Beata Kozidrak, Urszula, Krzysztof Cugowski i Piotr Cugowski, Natalia Wilk, Jan Kondrak i Lubelska Federacja Bardów. Pod koniec lipca odbył się, jak co roku, Carnaval Sztukmistrzów, którego istotą jest zabawa. To święto ulicznego cyrku, które ściąga do Lublina artystów z różnych krajów świata. Alexander był z nami po raz pierwszy i był pod ogromnym wrażeniem. Czekamy na atrakcje, które będą w przyszłym roku. I zapraszamy do Lublina, bo dzieje się tu całkiem sporo! W końcu to miasto inspiracji.

Kto mnie zna, ten z pewnością wie, że jednym z produktów, którego nigdy nie może u mnie zabraknąć jest miód. Jak mawiają pszczelarze: kto je miód, ten żyje aż do śmierci, więc ja używam go stale. Nie wyobrażam sobie dnia bez ciepłej wody z cytryną i miodem. Zima bez najlepszego, ale niedocenianego lekarstwa, jakim jest właśnie miód, też nie ma racji bytu. Staram się absolutnie zawsze mieć mały zapas, po to by nie kupować go w supermarketach, a jedynie u sprawdzonych dostawców. Przez długi czas w miód  zaopatrywał nas mój tata. Wiedziałam, że jest z pewnego źródła, od weterynarza, którego pasieka umiejscowiona była na wsi, z dala od autostrad i wielkiego miasta, wśród pól, lasów, łąk, a pszczoły w żadnym wypadku nie były dokarmiane sacharozą. Byłam też pewna, że nie jest on sprowadzany z Włoch, Bułgarii czy nawet Chin, co teraz niestety jest nagminnym procederem. 

Wiedza na temat miodów jest naprawdę szeroka. Narosło też wokół tego tematu sporo mitów. Nie jestem specjalistką od miodów, jedynie degustatorką, a nie zawsze, to co podpowie mi wujek Google jest prawdziwe. Chciałam jednak zgłębić temat, dlatego zwróciłam się z pytaniami do niesamowitej kobiety, której ufam, i która podzieliła się ze mną, a ja z Wami, rzetelną, merytoryczną wiedzą na temat miodów. To kobieta z pasją, mnóstwem talentów i dobrocią w sercu. Prowadzi rodzinną manufakturę mydła i miodu o nazwie ajeden. Miody, które produkuje wraz z mężem, są najlepszymi, jakie próbowałam do tej pory, a wierzcie mi próbowałam ich naprawdę sporo. Przeczytajcie uważnie czego dowiedziałam się na temat produktów pszczelich.

Na początek zapytam o skład miodu. Ciekawi mnie ten temat, bo staram się rezygnować z cukru na rzecz miodu właśnie.
W Polsce cukier pozyskiwany jest z buraków cukrowych i składa się w 99% z sacharozy, która dostarcza mnóstwo kalorii. W miodzie natomiast poza sacharozą, która nie powinna przekraczać 5% (większa zawartość może świadczyć o tym, że miód jest niedojrzały lub został zafałszowany, a co za tym idzie, nie jest w 100% naturalny), znajduje się również glukoza, fruktoza, maltoza i inne. W miodzie znajdziemy enzymy, które w dużej części pochodzą z gruczołów ślinowych pszczół i tu ważne: enzymy zawarte w miodzie są mało odporne na działanie wysokich temperatur. Powyżej 45ºC miód owszem ma swój smak, ale zaczyna tracić swoje właściwości odżywcze i zdrowotne. Przyjmuje się, że taką optymalną temperaturą jest 40ºC. Wiem, że często korci nas, żeby dodać miód do gorącej herbaty z cytryną i imbirem, zwłaszcza zimą, ale lepiej jest wziąć trochę miodu na łyżeczkę i ssać – zdrowiej wyjdzie i gardło też podziękuje:) W miodzie znajdziemy również kwasy: bursztynowy, glukonowy, cytrynowy, jabłkowy, mlekowy, octowy, masłowy, walerianowy i wiele innych. Miód to też witaminy z grupy B, w szczególności B1, B2 oraz B6, które wspomagają funkcjonowanie naszego układu odpornościowego, kwas foliowy, nikotynowy i pantotenowy, które usprawniają układ nerwowy i sercowo-naczyniowy. Spożywanie miodu wpływa więc pozytywnie na nasze włosy, skórę, paznokcie. W każdym miodzie jest również sporo witaminy C. Miód to mikroelementy, składniki o działaniu antybiotycznym, bakteriobójczym, czego nie można powiedzieć o cukrze, który poza kaloriami nie dostarcza naszemu organizmowi za wiele, a może być odpowiedzialny za cukrzycę, otyłość czy choroby serca. Czytałam ostatnio badania, które potwierdzają, że cukier obniża reakcje układu odpornościowego, przyspiesza starzenie, powoduje problemy z koncentracją i zapamiętywaniem. Ja wiem, że nie jesteśmy w stanie wyeliminować cukru  w 100% z naszego życia, bo jest on praktycznie we wszystkim. Będąc jednak świadomym tego, co oba produkty nam dają, warto samemu sięgać po miód i podawać go dzieciom powyżej pierwszego roku życia.


Skoro jesteśmy już przy dzieciach, to jak zachęcić je do spożywania miodu, i który będzie dla nich najlepszy?
Proponuję zacząć podawać miody, które w smaku i zapachu są łagodne, np. miód akacjowy – jest jednym z tych miodów, który najrzadziej powoduje odczyn alergiczny. Dalej można spróbować podać  miód lipowy, faceliowy, rzepakowy. Miody spadziowe czy miód gryczany zostawiłabym na inną okazję bo dziecko łatwo może się zrazić. Warto pamiętać o tym, że jeżeli u dziecka wystąpi reakcja alergiczna na konkretny miód, by nie zakładać z góry, że dziecko będzie uczulone na miód w ogóle. Jeżeli wystąpiła np. reakcja na miód rzepakowy, to pewnie za sprawą pyłków kwiatowych występujących konkretnie w tej roślinie. Nie oznacza to jednak, że nie możemy podać innego miodu. Próbujcie, bo warto, dla zdrowia!
Jak zachęcić? Hm.... wymyślajmy np. różne gry dla małych smakoszy i odkrywców, skutecznie przemycajmy miód w potrawach przygotowanych dla dzieci. U nas latem często robimy wodę ze świeżą miętą, cytryną i imbirem, a dla złamania smaku dodajemy trochę miodu. Woda zawsze stoi na stole, a dzieci chętnie po nią sięgają, zamiast sztucznie słodzonych napojów.


Skoro jesteśmy już pewni, że warto spożywać miód, to podpowiedz proszę, jak wybrać ten prawdziwy i najwartościowszy?
Tu zaczyna się temat rzeka.... Jest bowiem kilka rzeczy, na które trzeba koniecznie zwrócić uwagę wybierając miód. Przede wszystkim powinien to być miód ze sprawdzonego źródła, od zaprzyjaźnionego pszczelarza, osoby, co do której nie mamy wątpliwości, że dba o pszczoły, rozumie, ceni, szanuje i ma świadomość tego, co one wytwarzają. Dobrze jeżeli pasieka jest pod stałą kontrolą i nadzorem weterynarza (a nie wszystkie są), bo wówczas  takie pasieki, pracownie utrzymane są w czystości na wysokim poziomie, miód pobierany jest do badań laboratoryjnych, aby mieć pewność, że jest zdrowy i czysty od drobnoustrojów i lekarstw, które podaje się pszczołom, by zwalczać warrozę. Miód powinien mieć odpowiednią gęstość, i tu przyjmuje się, że dobry miód to taki, którego skład nie przekracza 20% zawartości wody (są oczywiście wyjątki np. miód wrzosowy, gdzie zawartość wody może być na poziomie 23%). Każdy miód ulega KRYSTALIZACJI, jeden szybciej drugi wolniej, ale nie ma opcji, żeby pozostał cały czas płynny. Ciekawskim powiem, że miód rzepakowy potrafi krystalizować się już po kilku dniach, a jeżeli pszczelarz trochę "zaśpi", to i w ramkach taki miód potrafi się skrystalizować :) Jeżeli więc udajecie się do marketu i widzicie na półce płynny miód lejący się jak woda, to powinna się Wam włączyć lampka kontrolna. Niektórzy producenci stosują podgrzewanie miodu do wysokiej temperatury jako sposób na zachowanie jego  płynności, ale taki produkt nie posiada już praktycznie żadnych wartości leczniczych. Wydaje mi się, że zrobiliśmy się tacy trochę wygodniccy i chcemy żeby ten miód był lejący, bo łatwo się go wówczas rozsmarowuje. Mało kto lubi grzebać łyżką czy nożem w twardym jak kamień słoiku z miodem. W dużej mierze dzieje się tak przez nieświadomych konsumentów, którzy kupują takie miody, nie wiedząc że jest on uprzednio podgrzewany do wysokich temperatur, mieszany, a następnie pozbawiony swoich cennych właściwości rozlewany do słoików. Płacą wówczas za produkt, który nie jest w pełni wartościowy. Bądźcie więc pewni, że jeżeli kupiliście miód i np. po 6 miesiącach dalej jest płynny, to z całą pewnością oznacza, że został przegrzany i stracił swoje zdrowotne właściwości (za wyjątkiem miodu akacjowego, który może do roku czasu pozostać płynny).

Przyznam szczerze, że to co mówisz jest trochę przerażające. Mam przez to rozumieć, że bywamy oszukiwani, czyli przysłowiowo nabijani w butelkę, nawet kupując miód?
Nie chciałabym tutaj otwierać puszki pandory, ale niestety bywa i tak, że miody bywają oszukane. Ta wysoka temperatura, o której wspominałam to nie jedyny minus. Często sprowadza się miód z krajów UE i spoza Unii, miesza się je, dodaje do nich różnego rodzaju syropy cukrowe. Ja osobiście nie rozumiem jaka idea przyświeca producentowi czy dystrybutorowi, bo z całą pewnością nie zdrowie konsumenta. Niestety, ale w tym przypadku sprawdza się powiedzenie, że jeżeli nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Na etykietach takiego miodu jest napisane, że produkt pochodzi z krajów UE, nie ma jednak składu, a dla mnie to informacja by szerokim łukiem omijać taką półkę w marketach. Warto więc wybierać rodzime miody, z małych manufaktur, ze sprawdzonego źródła.


Czy zatem my, konsumenci, możemy w jakiś sposób sprawdzić czy miód jest prawdziwy, naturalny?
Tak. Jest kilka sposobów i spieszę z wyjaśnieniem:) To w sumie proste, domowe metody. Nabieramy miód na łyżeczkę i jednostajnym strumieniem lejemy go na talerzyk. Jeżeli miód tworzy stożek, jest gęsty, a nie lejący jak woda, to jest to miód prawdziwy. Druga metoda to taka, że do szklanki zimnej wody wlewamy łyżeczkę miodu. Jeżeli miód będzie rozpuszczać się nierównomiernie tworząc smugi w wodzie, to masz pewność, że miód jest dobrej jakości. Miody sztuczne rozpuszczają się równomiernie i szybko. No i to o czym pisałam wcześniej czyli krystalizacja – sztuczne miody nie krystalizują się. Wyczytałam gdzieś, że można zrobić również test na ołówek – na kartkę papieru nakładamy kroplę miodu i dotykamy ją czubkiem ołówka. Prawdziwy miód nie zmieni swojej barwy po zetknięciu z ołówkiem. Sztuczny miód zabarwi się na ciemny kolor.

Z Twoich odpowiedzi dowiedziałam się naprawdę sporo o miodzie, ale chciałabym Cię jeszcze dopytać o pyłek kwiatowy, bo staje się on coraz bardziej popularny. Ja osobiście jeszcze nigdy go nie spożywałam, dlatego jestem bardzo ciekawa co mi powiesz na jego temat.
Pyłek kwiatowy, jak sama nazwa wskazuje, jest zbierany przez pszczoły z kwiatów. I taka pszczółka musi się nieźle napracować, aby uzbierać jedną kuleczkę pyłku (by mieć jedno obnóże pszczoły muszą zebrać od 500 tysięcy do 5 milionów ziarenek pyłku, odwiedzając około 1500 kwiatów). Stąd  nie dziwi mnie powiedzenie: pracowity jak pszczoła:) Dla mnie fantastyczne jest to, jak one zbierają ten pyłek. Pszczoły odwiedzają kwiaty i zbierają pyłek, który przylega do ich włosków na ciele, sczesują go ze swojego ciała formując kuleczki, grudki tzw. obnóża. Następnie przenoszą do ula w specjalnych koszyczkach znajdujących się na goleniach trzeciej pary odnóży. Pszczoła wlatując do ula zostawia ten pyłek, zrzuca go przez poławiacz pyłku, który zostaje umieszczony przy wejściu do ula (bez szkody dla pszczół), następnie ten pyłek zostaje odebrany, musi zostać przemrożony i wysuszony, ponieważ taki „surowy” zawiera w sobie dużo wody, łatwo chłonie wilgoć, zapachy i jest bardzo miękki. Gdy weźmiemy taką kuleczkę w palce, rozmazuje się. Tu też od razu napiszę, że pyłek kwiatowy powinien być suszony w temperaturze do 40°C, bo powyżej tej temperatury pyłek traci swoje cenne właściwości.
A co daje pyłek kwiatowy? Otóż podnosi odporność organizmu, odżywia, uspokaja, pobudza apetyt, reguluje przemianę materii, doprowadza do spadku wagi osób otyłych, zwiększa liczbę czerwonych ciałek krwi oraz zwiększa poziom żelaza w surowicy krwi. Wykazuje właściwości detoksykacyjne. Pyłek eliminuje lub zmniejsza szkodliwe oddziaływanie szeregu czynników chemicznych. Jest skuteczny w leczeniu stanów zapalnych jamy ustnej, wzmacnia naczynia krwionośne, wzmaga leczenie nadciśnienia, obniża poziom cholesterolu, łagodzi katar sienny, uzupełnia niedobory witamin i minerałów. Wspomaga się nim leczenie osób, które są po chemioterapii czy antybiotykach. Żeby nie było, że wyklepujemy tutaj suche dane o właściwościach o pyłku, to opowiem jak mi pomógł. Po trzeciej ciąży, rocznym karmieniu piersią, mój organizm był na tyle wyczerpany, że zaczęły mi wypadać włosy, łamały mi się paznokcie i pojawiały się na nich białe plamki itp. czyli ogólne osłabienie organizmu. Wówczas trafiłam w internecie na wykład o apiterapii  prof. dr hab Ryszard Czarneckiego (polecam!) i zaczęłam zgłębiać wiedzę na temat produktów pszczelich i ich stosowania. Po dwóch miesiącach spożywania pyłku zaważyłam zmiany. Włosy przestały wypadać, wzmocniły się dziąsła, poprawiło samopoczucie, wyniki badań krwi poprawiły się aż dwukrotnie. Dla mnie nie ma dnia bez pyłku kwiatowego lub pierzgi. Dzieciaki też spożywają od małego i widzę same pozytywne zmiany. Zachęcam, naprawdę warto spróbować! 

A jak najlepiej spożywać pyłek?
Jeżeli po raz pierwszy macie styczność z pyłkiem kwiatowym zacznijcie od małych dawek tj. łyżeczki dziennie i obserwujcie czy nie pojawiła się jakaś reakcja alergiczna. Pyłek posiada również właściwości odczulające. Ja wsypuję pyłek do szklanki z letnią wodą, czekam aż się rozpuści, mieszam, dodaję trochę miodu, soku z cytryny, imbiru i wypijam. Można go oczywiście nabrać od razu na łyżeczkę ze słoika i zjeść, ale rozpuszczony jest zdecydowanie lepiej przyswajalny przez organizm. 


Teraz zadam pytanie trochę odwrotne. Skoro pszczoły nam dają tyle dobrodziejstw, czy my możemy im się w jakiś sposób odwdzięczyć?
Pszczołom trzeba pomagać. Bez człowieka nie przetrwają, taka jest niestety prawda. Zrobić można wiele. Wybierając wiosną nasiona, krzewy, drzewa czy kwiaty do naszych ogródków, działek stawiajmy na te miododajne, z których pszczoły będą mogły zebrać pyłek lub nektar. Pszczoła do życia, podobnie jak człowiek, potrzebuje wody. Dobrym pomysłem jest chociażby kuweta wyłożona mchem i zalana świeżą, czystą wodą, a pszczoły chętnie przysiądą, by się napić. Niwelowanie oprysków, które zabiją pszczoły! A jeżeli już ktoś koniecznie musi je stosować, to radzę wybierać te opryski, które nie zagrażają owadom. Najlepiej rozpylać je późnym wieczorem, gdy pszczoły są już w ulu. Hasło - miód kupujesz, pszczoły ratujesz, jest bardzo oklepane, ale jakże trafne! Kupując miód, wspieramy pszczelarstwo, zbieramy pieniądze na leczenie pszczół, rozwój pasiek, a co za tym idzie zwiększenie liczebności pszczół. Z tego wszystkiego korzysta człowiek, bo przecież to właśnie pszczoły zapylają rośliny. Jesteśmy od siebie uzależnieni, ale w taki pozytywny sposób - my dla nich, one dla nas!


Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej wiedzy i serdecznie dziękuję za to, że znalazłaś chęć i czas, by podzielić się nią ze mną i moimi Czytelnikami. Myślę, że otworzyłaś oczy wielu miłośnikom miodów i zachęciłaś do jego spożycia tych, dla których miód mógłby nie istnieć. 

Wszystkich zachęcam do zapoznania się z ofertą miodów i pyłku kwiatowego w sklepie ajeden. Szczerze polecam i nie jest to absolutnie wpis sponsorowany milionem monet, a jedynie poparty faktem, że lepszych, prawdziwych i w 100% naturalnych miodów nie znajdziecie nigdzie. A ja sama już sięgam po portfel, by zamówić u nich pyłek kwiatowy. Bo przecież zdrowie jest najważniejsze!!!

Zajrzyjcie koniecznie tu:
http://ajeden.pl/
https://www.facebook.com/mydlamiody/
https://www.instagram.com/ajeden_mydla/

→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→
Jeżeli spodobał Ci się ten post i sądzisz, że może komuś się przydać, proszę kliknij Lubię to na moim profilu na FB lub udostępnij go u siebie.


Zazwyczaj z rezerwą podchodzę do wszelkich hitów i bestsellerów, by się nadto nie rozczarować, a na wszelkie frazesy typu "książka, od której trudno się oderwać" patrzę z przymrożeniem oka. Czasem jednak ten wyświechtany slogan okazuje się prawdą, jak w przypadku książki "Za zamkniętymi drzwiami", bo wciąga i czyta się ją jednym tchem. 

To debiutancka powieść B.A. Paris, w której historia opowiedziana jest dwutorowo, teraźniejszość bowiem przeplata się z przeszłością, a każdy kolejny rozdział odkrywa przed czytelnikami szczegóły mrocznej tajemnicy. 

Jack i Grace Angel to na pozór idealne, czarujące małżeństwo, któremu fantastycznie się wiedzie. Znajomi i sąsiedzi z zazdrością patrzą na ich kwitnącą miłość, piękny dom, egzotyczne wakacje, pasmo zawodowych sukcesów Jacka, który z taki zapałem oddaje się sprawom maltretowanych żon, że dotąd żadnej z nich przegrał. Niektórych jednak trochę dziwi fakt, że Grace, mając świetną pracę, zrezygnowała ze swojej niezależności i całkowicie poświęciła się domowym obowiązkom. Nie łatwo się też z nią skontaktować, ani spotkać bez Jacka u boku. Niedługo do idealnego duetu dołączy upośledzona siostra Grace - Millie. 

Czy rzeczywiście wszystko jest tak wspaniałe w ich życiu i związku jak nam się wydaje? Prawda to czy perfekcyjne kłamstwo? Czy za zamkniętymi drzwiami ich wielkiej, odosobnionej posiadłości z okratowanymi oknami życie płynie jak w bajce czy rozgrywa się prawdziwy koszmar?

To mocny, niezwykle wciągający i działający na wyobraźnię thriller psychologiczny, który z całą pewnością świetnie sprawdzi się jako scenariusz kinowego mega hitu. Autorka umiejętnie podsyca atmosferę, wprowadza nowe wątki, by urzeczywistnić przemyślaną strategię, którą stopniowo wprowadzał w życie Jack. Świetnie maluje emocje jakie targają Grace, pokazuje dwulicowość Jacka, a w konsekwencji zmusza, nas Czytelników, do zastanowienia się nad tym smutną prawdą, że w realnym życiu też sporo tragedii rozgrywa się właśnie za zamkniętymi drzwiami. 

Książkę można kupić w świetnej cenie w księgarni internetowej niePRZECZYTANE.PL


Znów przerażona obudziłam się zeszłej nocy. Śniło mi się, że dobijam sześćdziesiątki. I wcale nie ten wiek tak mnie przeraził, ile fakt że moje dziecko urosło i odleciało do innego, własnego gniazda. Został mi pusty, wysprzątany dom bez gwaru, śmiechu, rozmów i wołania "mamooooo". Kiedy był mały myślałam podrośnie, będzie sam spał, zajmie się sobą, to będzie mi łatwiej i odpocznę. A teraz jedyne o czym marzę, to żeby mi jednak wcale nie było łatwiej. Bo On kiedyś nie będzie mnie potrzebował i takie właśnie to łatwiej będzie. 

Owszem bywają dni, kiedy brak mi sił i dosłownie padam na twarz, a jedyne czego pragnę, to by Syn usnął o dwudziestej, by chociaż chwilkę pobyć w totalnej ciszy, poprzytulać się do męża czy wypić spokojnie herbatę czytając książkę.

Ale teraz chcę się cieszyć i chłonąć każdą chwilę, bo właśnie teraz jest najpiękniej. Doceniam to co mam i po stokroć jestem wdzięczna...

Za te salwy śmiechu mojego małego chłopca, piękniejsze niż ta cisza, której czasem tak uparcie pragnę. Za to, że ciągle wypada mi skakać po kałużach i budować babki z piasku. Za tą wszelką mądrość, którą uczy mnie każdego dnia moje dziecko, że można żyć bardziej, śmiać się częściej i cieszyć z najmniejszych, niematerialnych rzeczy. Za to, że dla kogoś jestem najmądrzejsza, najpiękniejsza i najważniejsza. Nie śmiem nawet prosić o więcej.

Żyję dziś więc mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, bo wiem że nic nie jest na zawsze. Już nie odkładam życia na później, bo czas nie mija powoli, on biegnie jak szalony. Godziny galopują, dni znikają jeden za drugim przynosząc nowe, które mam wrażenie płyną jeszcze szybciej. Nie czekam już z założonymi rękami na to bliżej nieokreślone coś, bo mam to najlepsze coś. Te nasze mikro i makro momenty szczęścia, te chwile, kiedy czuję się potrzebna, niezbędna wręcz, bo daje mi to poczucie spełnienia i nie zamieniłabym tego na nic innego. Już nie tupię ze złością nogami, że chcę "jakiś bajkowych różanych ogrodów gdzieś za horyzontem"*, ale po prostu "cieszę się różami, które zakwitły właśnie pod moim oknem".

Owszem marzę, bo marzenia są potrzebne, owszem pozwalam sobie na smutek i płacz, ale potrafię i rzeczywiście się cieszę obecną chwilą, bo pewnie za kilka lat oddałabym wszystko by się powtórzyła, bo przecież teraz jest najpiękniej.

*Dale Carnegie

Nie spodziewałam się, że ten cykl będzie cieszył się tak dużą popularnością. Wszelkie oczekiwania przerosła też liczba osób piszących do mnie w sprawie naturalnych kosmetyków. Ekspertem nie jestem i przekazuję na blogu tylko swoją własną opinię na temat produktów, które używam, ale bardzo cieszy mnie stale rosnąca liczba świadomych konsumentów i osób zainteresowanych kosmetykami naturalnymi. Dzisiaj pokażę Wam moje perełki kosmetyczne ostatnich tygodni, a poprzednie wpisy z tej tematyki znajdziecie TU, TU i TU.  

1. Naturalny żel pod prysznic kadzidłowiec i rozmaryn - kolejny fantastyczny produkt marki Yope. Myślę, że ich produkty można kupować w ciemno, bo każdy to strzał w 10! Uwielbiam ten żel za cudowny, orzeźwiający, iście letni zapach, totalnie mój, naturalny skład i to jak pielęgnuje skórę. Nie ma w nim żadnych parabenów, PEG, silikonów, SLES, SLS, barwników czy składników pochodzenia zwierzęcego. Ma dość gęstą konsystencję, łatwo się rozprowadza i doskonale oczyszcza skórę, ale jej nie wysusza. Zawarty w żelu naturalny ekstrakt z kadzidłowca dba o łagodzenie podrażnień, a ekstrakt z rozmarynu ma działanie przeciwzapalne i przeciwbakteryjne. Mnie, oprócz działania, urzekła również etykieta na opakowaniu. Nie zamienię go już na żaden inny! Żel w trzech różnych wariantach można kupić w drogerii internetowej Ecoandwell, gdzie asortyment wybierany jest naprawdę bardzo starannie. Zajrzyjcie do nich też na Instagram, cudowne miejsce.


2. Masło do ciała rozmaryn i grejpfrut od MydłoStacji. To zdecydowanie mój zapach lata. Pokazywałam go już kilka razy na Instagramie  i pewnie jeszcze będę pokazywała, bo to rewelacyjny produkt. Idealny na lato, kiedy skóra spalona jest słońcem i przesuszona wodą z basenu, ale też na zimowe dni, bo wówczas nasza skóra narażona jest na mróz czy wysuszające działanie powietrza w ogrzewanych pomieszczeniach. To bardzo odżywcze i treściwe masło, taka wiecie bomba z cennymi składnikami. Ma w sobie bowiem dużą ilość masła shea, olej z krokosza barwierskiego i surowy olej sezamowy, a także olejki eteryczne z rozmarynu i grejpfruta. Idealnie nawilża skórę, pozostawia ją mega elastyczną, sprężystą, naprawdę dopieszczoną. Stosuję niewielką ilość na wilgotną skórę (wyczytałam na stronie producenta by tak robić) dzięki temu masło szybciej się wchłania. Świetnie się rozprowadza. Odkryłam też, że warto posmarować nim pięty, zwłaszcza teraz, latem, bo daje efekt przyjemnej aksamitnej gładkości. Zajrzyjcie do nich koniecznie TU.


3. Ujędrniające mleczko do ciała Bantley Organic kupione w ekoMaluch (znajdziecie tam sporo wyselekcjonowanych ekokosmetyków dla mamy i dziecka). Używam go na zmianę z masłem. Bywają dni, kiedy bardzo mi się śpieszy, więc sięgam po TEN właśnie balsam, który sam w sobie ma lekką konsystencję, bardzo dobrze rozprowadza się po skórze, szybko się wchłania, dzięki temu od razu po aplikacji mogę zakładać ubranie. Pozostawia na skórze delikatny zapach kwiatu pomarańczy. Balsam ma w składzie między innymi olej z avocado, arganowy, ze słodkich migdałów i masło kakaowe. Te aktywne składniki sprawiają, że skóra jest mocno nawilżona, zregenerowana, wygładzona, ujędrniona, a przez to komfortowo się w niej czuję. Super! Wielkie tak!


4. Krem Królowa Pszczół od Natu Handmade - boski to za mało powiedziane. To jeden z najlepszych kremów, które do tej pory używałam. To jak haust świeżego powietrza dla mojej skóry. Dzięki niemu wyleczyłam pozostałości po problemach związanych z uczuleniem po truskawkach. Krem ma gładziutką konsystencję, cudownie się go aplikuje, dość szybko się wchłania, nie zapycha i pozostawia skórę dogłębnie nawilżoną, miękką. Krem też rewelacyjne łagodzi podrażnienia i wygładza skórę. Jest robiony ręcznie z maseł zimnotłoczonych, wosku pszczelego, naturalnych olejów, takich jak olej z orzechów macadamia, olej z kiełków pszenicy czy olej ze słodkich migdałów. Nie ma w nim rafinowanych olejów ani olejków eterycznych, więc jest doskonały nawet dla najbardziej wrażliwej i wymagającej cery. Wieczorem, po całym dniu, dosłownie marzę, by go nałożyć na buzię. Przeznaczony jest do twarzy i całego ciała, ale mi zwyczajnie szkoda używać tego cudeńka na ręce, brzuch czy uda. Ma tylko jedną wadę, właśnie mi się skończył :( Do kupienia TU. Polecam Wam też od nich cytrusowy antyperspirant KLIK. To mój kolejny hit tego lata. Jest mega świeży i zapach utrzymuje się przez cały dzień. Więcej o nim pisałam TU.


5. Fruit Acid Cream od Rau Cosmetics - nie ma  co się oszukiwać do najmłodszych osób już nie należę, dlatego potrzebowałam też kremu do skóry typowo dojrzałej. Mój wybór padł właśnie na TEN krem. Miałam od nich już krem BB (pisałam o nim TU) i byłam mega zadowolona, więc skusiłam się na kolejny produkt. I dziś, po kilku tygodniach stosowania, mogę śmiało powiedzieć, że to był doskonały wybór. Krem ma konsystencję bezwonnej emulsji, która bardzo dobrze się rozprowadza i błyskawicznie się wchłania. Stosuję go wieczorem na oczyszczoną skórę twarzy i szyi, a rano usuwam. Krem skutecznie pielęgnuje skórę. Przywraca jej młodzieńczą świeżość, miękkość i gładkość. Zauważyłam też znaczne rozjaśnienie przebarwień i widocznie wyrównany koloryt. Krem nie posiada w składzie żadnych olejów mineralnych i parabenów. Muszę przyznać, że jest mi z nim zdecydowanie po drodze. Chętnie wypróbowałabym ich inne produkty, bo moim zdaniem są godne uwagi.


6. Peeling do ciała rozmaryn i limonka od IOSSI. Jak widać rozmaryn w tym zestawieniu przoduje, bo to już trzeci produkt z nim w roli głównej. To jest moje chyba trzecie opakowanie tego peelingu. Ma fantastyczny ziołowo-cytrusowy zapach, który działa niezwykle pobudzająco i odświeżająco oraz długo utrzymuje się na skórze. Lubię ten peeling za to, że dobrze złuszcza skórę, wygładza ją i pozostawiają na tyle odżywioną i nawilżoną, że nie ma potrzeby po jego zastosowaniu wcierania balsamu. Na peeling składają się drobinki cukru, soli epsom, olej z pestek moreli, olej krokoszowy, ryżowy, szałwia czy masło shea. Marka IOSSI ma naprawdę fantastyczne produkty zarówno dla kobiet, mężczyzn, jak i dla dzieci. Stosowałam ich rewelacyjne serum (TO, a pisałam o nim TU), a także nawilżający krem (TEN, a moją opinię o nim znajdziecie TU).


→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→→
Jeżeli spodobał Ci się ten post i sądzisz, że może komuś się przydać, kliknij proszę Lubię to na moim profilu na FB lub udostępnij go u siebie. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.