ł

Połowa maja za nami, więc pora na cykliczny wpis o moich hitach zeszłego miesiąca. Nie ma co ukrywać kwiecień nie był dla nas najznakomitszym miesiącem. Bywało czasami mocno pod górkę, chociaż zdarzały się fajne chwile, na co wszyscy ciężko pracowaliśmy. Coś w tym chyba jest, że kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata. U nas zdecydowanie przeplatał, nie tylko aurę za oknem, ale też te humory nasze, te lepsze chwile, z tymi znacznie gorszymi. Widzę jednak światełko w tunelu, więc nie ma co dumać za bardzo, nad tym co złe było, ale skupiać się na tych dobrych rzeczach. A kilka fajnych wyhaczyłam w zeszłym miesiącu. Zobaczcie sami!

1. KOSMETYKI


W kwietniu królowały u mnie Yumiki. Kupiłam je pierwszy raz chyba w październiku zeszłego roku. Zachwyciły mnie ogromnie, więc pisałam o nich na blogu i pokazywałam na Instagramie. Wcześniej miałam je o arbuzowym i ananasowym zapachu, a teraz  pojawiły się borówkowe i winogronowe. Tym razem otrzymałam je w prezencie i znów się nimi zachwycam. Świetnie działają i mają dobry skład. Balsamy i kremy cechuje fajna lekka formuła, która szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu na skórze, co jest dla mnie przydatne zwłaszcza rano, po szybkim prysznicu, kiedy się śpieszę. Ja osobiście bardzo lubię kosmetyki, które mają w swoim składzie aloes (a te mają, co więcej mają sok z aloesu, nie puder!), który cudownie łagodzi, regeneruje i działa przeciwzapalnie. Zawsze w domu mam tubkę czystego aloesu. Ostatnio koleżanka powiedziała mi, że nakłada aloes na włosy i nigdy takich pięknych nie miała. Ja jeszcze nie próbowałam, ale wszystko przede mną. Kosmetyki Yumi, mimo lekkiej formuły, fajnie nawilżają i likwidują ściągnięcie skóry. Pozostawiają delikatny, subtelny, nienachalny zapach. Po więcej odsyłam Was na Instagram marki, tam znajdziecie sporo informacji na temat produktów. A i zapomniałabym: czy te opakowania nie są cudne? :)

A teraz dwa produkty innej marki, której kosmetyki stosuję już od dawna i jestem z nich bardzo zadowolona.


Z racji tego, że pokończyły się moje wszelakie produkty do mycia twarzy, potrzebowałam się w coś zaopatrzyć. Tym razem spróbowałam oczyszczającego żelu do skóry suchej i wrażliwej marki Basiclab. Kiedyś używałam już żelu do twarzy tej marki, tylko innego, i moja skóra bardzo się z nim polubiła, dlatego wróciłam do tego produktu. Lubię go przede wszystkim za to, że po jego użyciu moja skóra nie jest nieprzyjemnie ściągnięta, zapewne dzięki temu, że żel nie ma w składzie mydła. Nie wysusza mojej buźki, nie podrażnia oczu i bez problemu zmywa resztki makijażu. Mam wrażenie, że koi skórę i ją nawilża. Super!


A drugi produkt, to bezbarwna, nawilżająca pomadka do ust. Nie wiem jak u Was, ale u mnie to produkt pierwszej potrzeby. Mam go absolutnie zawsze przy sobie. A z tą pomadką polubiłam się od pierwszego użycia. Dobrze nawilża, zmiękcza i koi spierzchnięte usta. Zamówiłam sobie już kolejną i będę ją używać na zmianę z moją peelingującą pomadką. A i cena też bardzo dobra. Zapłaciłam za nią niecałe 10 zł.

2. AKCESORIA


Od jakiego czasu używam płytki do masażu twarzy z kwarcu różowego i jestem nią zachwycona. Od dawna szczotkuję ciało na sucho, taki masaż dla całego ciała, więc pomyślałam czemu by nie spróbować masażu twarzy? I tak od końcówki marca jestem posiadaczką płytki Gua Sha w kształcie serca, którą masuję twarz 3-4 razy w tygodniu, by moja skóra była bardziej elastyczna i jędrna. Taki masaż poprawia krążenie, oczyszcza z toksyn, działa też przeciwzmarszczkowo, redukuje cienie pod oczami i przywraca ogólnie blask skórze. Próbowaliście? Jeżeli nie, to naprawdę polecam. Więcej informacji o tym jak wykonać taki masaż, u kogo się sprawdzi, a komu jest niewskazany można znaleźć na stronie marki Chic chiq, która tworzy też kosmetyki naturalne inspirowane Ajurwedą. 

3. ZDROWIE



Od bardzo dawna pijemy w domu oleje zimnotłoczone, bo nie od dziś wiadomo, że mają korzystny wpływ na nasz organizm. Za pan brat jesteśmy z olejem lnianym czy z czarnuszki. Pijemy je w zasadzie regularnie naprzemiennie, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Całkiem niedawno odkryłam, że można mieć w jednym produkcie optymalną kompozycję trzech olejów, dostosowaną do różnych potrzeb czy wieku i teraz każdy w domu ma dodatkowo swoją własną butelkę oleju. W mojej, stworzonej specjalnie dla Kobiet, znajduje się nierafinowany olej z lnu, wiesiołka oraz konopii. Nie będę się rozpisywała o poszczególnych właściwościach olei, bo każdy może sobie bez problemu znaleźć te informacje (np. TU), warto się z nimi zapoznać. W butelce przeznaczonej dla mężczyzn jest olej rzepakowy, dyniowy i wiesiołkowy, a w tej Junior lniany, rzepakowy i z wiesiołka. Widziałam, że firma ma jeszcze w ofercie kompozycję dla Seniora i dla Pupila. My oleje spożywamy bezpośrednio z łyżki lub jako dodatek do sałatek czy koktajli. Według mnie super sprawa taki mix olei. Jeżeli jesteście zainteresowani, zerknijcie na stronę LoveLife.

4. SERIALE


W kwietniu obejrzeliśmy dwa naprawdę dobre seriale na Netflixie. Pierwszy z nich to Kalifat. Dawno żaden serial tak mną nie wstrząsnął, jak ten właśnie. Jeżeli macie możliwość obejrzenia, to gorąco polecam. Napięcie i niepokój towarzyszą od pierwszej do ostatniej sceny. Do tego klimatyczna muzyka i świetni aktorzy. Serial opowiada historię trzech kobiet: matki z małym dzieckiem, która chce uciec z Syrii, młodej studentki mieszkającej w Szwecji, która poznaje świat islamu, zostaje zwerbowana i skutecznie zmanipulowana przez kolegę, członka ISIS oraz ambitnej policjantki. A do tego w Syrii ISIS planuje atak terrorystyczny na Szwecję. To naprawdę trzeba zobaczyć.


Równie ciekawy okazał się serial Unorthodox. Kto jeszcze nie widział, a ma kilka wolnych wieczorów, to też polecam obejrzeć. To z kolei opowieść o wychowanej w chasydzkiej społeczności nastolatce, która była przekonana, że jej powołaniem jest bycie żoną i matką, dopóki nie zostaje przymuszona do małżeństwa. Udaje jej się jednak wszystko porzucić i uciec ze społeczności ortodoksyjnych Żydów do ultraliberalnego Berlina.

5. KONTO NA INSTAGRAMIE


W tym zestawieniu absolutnie nie mogło zabraknąć najcudowniejszego konta na Instagramie, który tworzy Kamila. Piękna, zdolna, mądra, rzeczowa Kobietka, która ma mnóstwo ciekawych i inspirujących rzeczy do przekazania, a zwłaszcza cennych informacji na temat Stanów. Dobrze, że ma sporo do powiedzenia, bo można jej słuchać (i patrzeć na nią :) godzinami. Zerknijcie do niej na profil, a jestem pewna, że Wam też się spodoba i przepadniecie. 

Przeczytałam wszystkie poprzednie książki Jenny Blackhurst, więc nie odmówiłam sobie przyjemności przeczytania jej najnowszego thrillera psychologicznego "Ktoś tu kłamie". Cieszę się bardzo, że sięgnęłam po tę książkę, bo dostarczyła mi mnóstwa wspaniałych czytelniczych doznań.

"Ktoś tu kłamie" opowiada historię mieszkańców bogatego, prestiżowego osiedla Severn Oaks, zamieszkałego przez ludzi odnoszących spore zawodowe sukcesy. Zdawać by się mogło, że to niezwykle spokojna dzielnica, gdzie życie płynie leniwie, bez niespodzianek, niemalże sielankowo, odbywają się pikniki szkolne, a sąsiedzi pomagają sobie i wspierają się nawzajem. Jednak nic bardziej mylnego. Tu każdy ma swoje tajemnice, sekrety, które skrywa skrzętnie przed innymi, by nikt nie ujrzał ich prawdziwej twarzy. Kobiety rywalizują ze sobą udając jednocześnie miłe i przyjacielskie, a czekają tylko by wbić szpilę koleżance. I tak płynie im życie, aż pewnego razu....

..... podczas halloweenowej imprezy dochodzi do nieszczęśliwego wypadku, podczas którego ginie Erica Spencer, lubiana, bardzo pomocna i główna organizatorka życia towarzyskiego na osiedlu. Wypity alkohol i upadek z domku na drzewie to podane przyczyny śmierci.

Mija niespełna rok od śmierci kobiety, a na stronie facebookowej szkoły pojawia się informacja sugerująca, że nie zginęła ona w wyniku nieszczęśliwego wypadku tylko została zamordowana. Co więcej autor posta twierdzi, że zna osobę odpowiedzialną za śmierć Ericki i zamierza w kolejno publikowanych podcastach wyjawić prawdę. Czy rzeczywiście zna mordercę Ericki? Czy tylko wkręca mieszkańców Severn Oaks wywołując zamęt, panikę i strach?

Książkę czyta się jednym tchem. Pierwsze kilka stron, to wprowadzenie, dzięki któremu poznajemy głównych bohaterów, mieszkańców luksusowego zamkniętego osiedla. Z każdą jednak stroną akcja przybiera na prędkości, a maski poszczególnych bohaterów zostają zdejmowane. Pod nimi kryją się niejednokrotnie kłamliwi i pełni zawiści ludzie, którzy w obliczu niepewności zaczynają zwracać się przeciwko sobie.

Duży plus również za zakończenie powieści, bardzo nieoczywiste, trudno domyślić się, kto jest zabójcą Ericki, bo ktoś tu zdecydowanie kłamie....

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TU.

Zapragnęłam odpocząć od wszystkich kryminałów, które ostatnio przeczytałam. Zaczęłam więc rozglądać się za czymś zgoła odmiennym. Tak trafiłam na książkę "Łzy wojny" Wilburga Smitha i Davida Churchilla. Przeczytałam streszczenie i pomyślałam, że tego właśnie mi trzeba. I nie pomyliłam się. Książkę przeczytałam z ogromną przyjemnością i mocnym czytelniczym zaczytaniem.

"Łzy wojny" to piękna miłosna historia rozgrywająca się w malowniczej, spokojnej i bardzo upalnej Kenii oraz chłodnej, deszczowej i mglistej Anglii. Czytając malownicze opisy w książce miałam wrażenie, że aktualnie znajduję się w takich właśnie okolicznościach przyrody. Saffron Countrey wiedzie w Kenii spokojne, niemal sielankowe życie pod skrzydłami kochających rodziców. Ojciec dziewczyny zajmuje się  handlem, a matka pozostaje w domu skupiona na wychowaniu córki. Niestety rodzinna tragedia, śmierć matki, zmusza Saffron do opuszczenia Kenii i szukania swojego miejsca na ziemi w Anglii, bowiem nastolatka za namową ojca podejmuje decyzję o kontynuowaniu nauki. Dzięki wrodzonemu zacięciu i uporowi udaje jej się dostać do Oksfordu i swoją podróż do Anglii rozpoczyna w przededniu wybuchu wojny.

Tymczasem Gehrard, rodowity Niemiec, pochodzący z rodziny, która mocno sympatyzuje z Hitlerem, idealista, który zostaje wciągnięty w zbrodniczy mechanizm, pracuje jako architekt i jest zapalonym lotnikiem. Zbliża go to do niemieckiej władzy, chociaż w głębi serca nie popiera nazistów. 

Ta dwójka, tak diametralnie różnych od siebie ludzi, pochodzących ze skłóconych ze sobą rodzin, spotyka się przypadkowo podczas wojennej zawieruchy. Czy uda im się zbudować związek, a miłość okaże się silniejsza i pokona wszelkie przeciwności? Czy jednak lojalność wobec rodziny zwycięży? 

"Łzy wojny" to taka książka, której historia pozostaje z Czytelnikiem na długo. Dostarcza mnóstwa emocji i wrażeń, a piękne opisy przyrody i miejsc potęgują doznania Czytelnicze. To nie jest typowy romans, a wielowątkowa, słodko-gorzka opowieść o historii dwojga ludzi, skutkach wyborów, rodzinnych zawiłych relacjach, lojalności wobec rodziny i ojczyzny, a wszystko to osadzone w czasach zawieruchy wojennej. Polecam!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TUTAJ

Nie zawsze jest kolorowo. Bywa, że świat jawi się w czarnych barwach, bo czasem zwyczajnie przychodzą gorsze dni, kiedy to bezsilność zmiesza się z frustracją tworząc iście wybuchowy koktajl. 

Głowa nie zawsze jest pełna marzeń, bo bywa pełna pesymistycznych myśli i paskudnych scenariuszy. Oddech nie zawsze jest haustem cudownego świeżego powietrza, które sprawia przyjemność, bo bywa że dusi każdy wdech. Wolność nie zawsze jest  oczywista, bo bywa tłamszona i zabierana. 

Czasem szczęście przychodzi w nieszczęściu. Czasem doceniamy najdrobniejszy szczegół, a czasem wielkie rzeczy wydają się błahe. Czasem czujemy się tak wspaniale, że z powodzeniem możemy góry przenosić, a czasem zwyczajne wstanie z łóżka to wyczyn, bo Life Balance, jak ostatnio przeczytałam, to najtrudniejsza z życiowych gimnastyk. Warto jednak o tę równowagę życiową zawalczyć i niemal z uporem maniaka poszukiwać, zwłaszcza teraz, w tym naszym ostatnio dziwacznym czasie.  

Jednak czasem nawet proste przyjemności potrafią tak wiele zdziałać, wyciszyć domowe konflikty interesów, uleczyć duszę, posprzątać głowę i rozjaśnić umysł, przywrócić uśmiech na twarzy i ukoić zszargane nerwy.

Ostatnie, niemal letnie dni, pozwoliły mi zadbać o moją własną higienę umysłu. Cudownie było sobie przypomnieć, jaką wolność dają wycieczki rowerowe, to bycie w drodze, ten wiatr we włosach, który przewietrzył mi głowę, ta zieleń drzew i cisza lasu odcinająca od nadmiaru bodźców, ten wyciszający szmer wody, to słońce ładujące pod korek baterie, to cudowne zmęczenie przewrotnie będące paliwem i moi ludzie obok dostarczający mnóstwa radości. Tak, zdecydowanie tego mi było trzeba!!! 

Na początku kwarantanny, chyba w drugim tygodniu, dostałam od kolegi zdjęcie czerwonego kapturka olbrzymich rozmiarów z podpisem, że tak właśnie będziemy wyglądać, kiedy to wszystko się skończy. Początkowo trochę się z tego śmiałam, ale dzisiaj sobie myślę, że jednak coś w tym jest. W ostatnim czasie chyba w każdym domu zdecydowanie więcej się piecze i gotuje. Taki trochę nasz sport narodowy, kiedy przez większość czasu jesteśmy zamknięci w swoich czterech ścianach. 

Ja sama może rozmiarów czerwonego kapturka z tego zdjęcia nie osiągnę, ale po tej kwarantannie cięższa o kilka kilo z całą pewnością będę, bo kiedy snuję się z kąta w kąt, jakoś zawsze przedziwnym trafem zahaczam o kuchnię. Niby głodna nie jestem, ale coś tam wrzuciłoby się jednak na ruszt. Z moich obserwacji wynika, że ścieżki pozostałych domowników, tak jak i moje, w większości przypadków też kończą swój bieg w kuchni.  

Takie zachowania to chyba nie tylko u mnie w domu są obecne, bo kiedy zerkam na instagram, widzę pełno zdjęć chleba, bułeczek, wszelkiej maści ciasteczek, zresztą facebook też nie pozostaje dłużny i obfituje w zdjęcia potraw tych, co gotują i pieką na potęgę, póki drożdży starczy. Sama zwiększyłam swoje moce przerobowe w kuchni i nie ograniczam się tylko do pieczenia chleba na zakwasie. Są bowiem i ciepłe bułeczki na śniadanie, i bajgle, i ciasto drożdżowe, z którym wcześniej było mi nie po drodze. Ostatnio też na naszym stole zagościły cebularze czyli przysmaki prosto z lubelszczyzny. Wychodzą nam znakomite, jak to mówi kolega mojego Syna - delicje. 


Nie wiem czy wiecie, ale tradycja wypiekania cebularzy sięga XIX wieku, kiedy to Żydzi z lubelskiego Starego Miasta zaczęli je piec. Ich receptura szybko została rozpowszechniona, bo to drożdżowe, chrupiące, złociste ciasto i jego pachnące nadzienie jest naprawdę pyszne. W moim rodzinnym domu nie robiło się cebularzy, a ja ich smak poznałam dopiero na studiach. Jednak nasza rodzina, kiedy nas odwiedza, zawsze się nimi raczy. 

Mamy taki swój domowy, wypróbowany przepis. Otrzymaliśmy go od lubelskiego piekarza, lekko zmodyfikowaliśmy i teraz jest idealny, zawsze wychodzi. Polecam zrobić odrazu z podwójnej porcji, bo jestem pewna, że cebularze szybko pójdą. Alexander swoje placki posypuje suszonymi ziołami. W takiej wersji te placuszki też są smaczne. 

Jeśli macie więc ochotę na przysmak prosto z Lublina, to bierzcie przepis i pieczcie. Najlepiej smakują prosto po upieczeniu, ale odgrzewane czy na zimno są również wyśmienite.



Składniki:

  • 230 g mąki pszennej 
  • 140 ml letniej wody
  • 15 dkg świeżych drożdży
  • 5 g soli
  • 5 g cukru
  • 5 g margaryny
  • 3 średnie cebule
  • mak według uznania
  • 2 łyżki oleju
  • 1 łyżeczka soli

Przygotowanie:

Wszystkie składniki łączymy i zagniatamy ciasto. Następnie odstawiamy w ciepłe miejsce na około 45 minut. Po tym czasie raz jeszcze przegniatamy ciasto i odstawiamy z powrotem na kolejne 45 minut. 

W tak zwanym międzyczasie obieramy cebulę, kroimy ją w większe kosteczki, wrzucamy na wrzątek i gotujemy ok. 1-2 minuty, odcedzamy. Do jeszcze ciepłej cebuli dodajemy mak według własnego uznania (mogą być 3-4 łyżki), łyżeczkę soli, olej i wszystko razem mieszamy. 

Kiedy ciasto będzie już gotowe formujemy okrągłe placki, nakładamy na nie cebulę wymieszaną z makiem i odstawiamy na jeszcze 15 minut. Następnie skrapiamy wodą i wypiekamy w temperaturze 220 stopni przez około 18 minut, w zależności od piekarnika. Smacznego!!!


Mamy w domu taki zwyczaj, taką tradycję, która sięga właściwie już czasów naszego poznania, a jest nią czytanie sobie nawzajem książek na głos. Oboje z mężem bardzo dużo czytamy, ale każde z nas lubi zupełnie inną literaturę. Ja aktualnie lubuję się w książkach rozwojowych, obyczajowych, pochłaniam też thrillery i kryminały, a mąż od lat jest wierny fantastyce i fantasy. Do czytania na głos każdy wybiera książkę ze swojej dziedziny. Ostatnio wybór męża padł na "Pan Światła" Rogera Żelaznego. Historia opisana w książce oboje nas pochłonęła do tego stopnia, że pokusiłam się o napisanie jej recenzji. 

"Pan Światła" to powieść science fiction z licznymi odwołaniami do mitologii hinduskiej. Widać, że autor jest niezwykle oczytany i doskonale zaznajomiony z jej symboliką i filozofią. 

Wiele lat temu na obcą planetę przybywają ludzie, którzy ją z powodzeniem kolonizują. Odkrywają, że technika na planecie jest niebywale rozwinięta, co szybko wykorzystują do swoich celów wybitne jednostki naukowców. Udaje im się uzyskać nieśmiertelność, ich istnienie jest niezmienne, stałe, zmieniają tylko cielesne powłoki. 

Śmierć przestała być więc dla nich jakimkolwiek zagrożeniem. To spowodowało, że zaczęli panoszyć się na planecie, być butni i poczuli się jej panami, władcami życia i śmierci, a nawet bogami, przybierając atrybuty i imiona bóstw hinduskich. Zdobycze techniki wykorzystują, by bezwzględnie panować nad społeczeństwem. Ci z Niebiańskiego Miasta kontrolują każdy element codzienności. I w końcu pojawia się ten, który przeciwstawia się takiemu reżimowi, chce zmienić zastany stan rzeczy, udostępnić zdobycze techniki społeczeństwu. Początkowo czyni to bardzo pokojowo, ale z czasem zawiera szereg sojuszy z wrogami bogów, poszukuje wśród nich sprzymierzeńców, by przybrać na sile i stanąć gotowym do walki z bóstwami. Kto zwycięży w tej walce, odwiecznej walce dobra ze złem?

Historia opisana w książce jest niezwykle oryginalna, dopracowana w każdym calu i arcyciekawa, chociaż czytając należy być uważnym i trzeba się maksymalnie skupić, by nie pogubić się w szeregu przywołanych bóstw. W książce nie brakuje i przepięknych opisów i dynamicznej akcji. 

To mądra historia uświadamiająca, że czasem odnosząc zwycięstwo jednocześnie ponosimy klęskę, pokazująca jak posiadanie władzy zaślepia i wraz z religią bywa środkiem do manipulacji słabszymi.  

Nie sposób również nie wspomnieć, że książka Rogera Żelaznego "Pan Światła", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka, jest przepięknie wydana. Twarda oprawa, zaokrąglone rogi i żywa i soczysta okładka, która przyciąga wzrok, również zasługują na uwagę.

Odkąd pamiętam zawsze lubiłam miesiąc marzec. Za świt, który przychodzi znacznie wcześniej, za zmierzch przybywający znacznie później, za zielone pąki na pędach i białe kwiatuszki na drzewach, za urodziny moje i mamy, za cieplejsze dni, ale w tym roku wyjątkowo marzę już o maju i powrocie do normalności. Myślę, że chyba każdy z nas na to czeka. Marzec, a zwłaszcza druga jego część, dobitnie dały mi w kość. Staram się nie panikować i zachowywać w miarę pozory normalności, żeby w tym zwariowanym okresie przetrwać. Wszelkie rytuały mi w tym bardzo pomagają i utrzymują w pionie. Mimo tego dość trudnego czasu pojawiło się u mnie kilka "wow", o których piszę poniżej.  Zapraszam!

KOSMETYKI


Tu bezapelacyjnie króluje Glow Serum od NACOMI (chociaż właściwie to hit kilku ostatnich miesięcy). Już wiele razy pisałam, że od produktów Nacomi zaczęła się moja przygoda z kosmetykami naturalnymi. Pamietam wypatrzyłam je w drogerii w Przemyślu, a dziś wypatruję tych kosmetyków w drogerii blisko mojego domu. To serum poleciła mi pani ekspedientka obiecując, że się nie zawiodę. I miała rację. Mam już drugie opakowanie i myślę, że nie ostatnie. Do tego cena jest naprawdę przekonywująca za tak genialny produkt. Serum ma świetną lekką, żelową konsystencję, a dzięki pipetce super łatwo odmierzyć odpowiednią dawkę produktu. Po nałożeniu skóra jest lekko napięta. Serum delikatnie złuszcza naskórek, nie wysuszając jednak skóry, a co więcej pozostawia ją nawilżoną. Daje efekt bardzo gładkiej i rozświetlonej skóry. Stosuję serum na noc, całość zamykając kremem i to świetnie się u mnie sprawdza. Po takim czasie mogę już stwierdzić, że pory i przebarwienia są mniej widoczne. Do kupienia w drogeriach internetowych, a stacjonarnie np. w Hebe, widzę że teraz w jeszcze niższej cenie.


Nawilżający tonik żelowy marki Lynia, który również poleciła mi pani w mojej ulubionej stacjonarnej drogerii. Jest w super cenie i jest naprawdę bardzo dobry. Cudownie nawilża (za sprawą mocznika, który ma za zadanie dogłębnie nawilżyć skórę i chronić ją przed wysuszeniem), nie podrażnia, nie uczula, nie pachnie. Ja mam cerę suchą i naczynkową i u mnie idealnie się sprawdza. Często nalewam go sobie na dłoń, następnie wklepuję w skórę, świetnie podbija działanie kremów czy serum. Stosuję go już ponad miesiąc i mam wrażenie, że niewiele go ubyło, więc jest bardzo wydajny. Pierwszy raz mam do czynienia z tonikiem żelowym i bardzo ta konsystencja mi pasuje. Jak dla mnie bomba!


Od niedawna zaczęłam używać też nowego kremu chlebowego do twarzy z Aquafarina Fermenti. Zobaczyłam ten krem na Instagramie i chciałam wypróbować czegoś innego. Krem jest bardzo lekki, dobrze się rozprowadza, szybko wchłania nie pozostawiając tłustej powłoki. Działa kojąco i łagodząco na wszelkie niespodzianki na skórze, zmniejsza też zaczerwienienia i podrażnienia, ale jak dla mnie trochę mało nawilża. Zapach ma faktycznie bardzo chlebowy, polubiłam się z nim bardzo.

HERBATA


W naszym domu pijemy naprawdę dużo herbaty. Najczęściej jest to czerwona rooibos z pomarańczą czy imbirem. Ze zdwojoną mocą pijemy głównie w okresie jesienno-zimowo-wiosennym. Cudownie rozgrzewa w zimowe miesiące, uspokaja i koi po ciężkim dniu, uzdrawia i przegania choróbska wszelkiej maści, idealna towarzyszka przy oglądaniu telewizji czy czytaniu książek. Ostatnio rozkochałam się w aromatycznej, relaksującej herbacie Shy Deer. W jej składzie można znaleźć kwiat hibiskusa, skórkę pomarańczy, rozdrobniony liść melisy i maliny, liofilizowaną malinę grys, płatki róży - no czujecie ten zapach i smak? Rewelacja! To moja mała wielka rzecz, która niezwykle umila mi czas, taki wyjątkowy punkt dnia. Czasem wypicie ciepłej herbaty w spokoju, zwłaszcza w ostatnim czasie, graniczy z cudem, co poświadczyć może chyba każda mama. Herbata zamknięta jest w pięknej szklanej buteleczce, po otwarciu której już czuć ten cudowny aromat. Pycha!

KSIĄŻKI



Pierwszą z nich jest książka Ałbeny Grabowskiej "Matki i córki", która bardzo mnie urzekła. Ciężka,  przejmująca, smutna, ale bardzo wciągająca historia. Autorka już od pierwszych stron zdołała mnie zainteresować historią, którą opisała. To powieść obyczajowa opowiadająca o losach czterech pokoleń kobiet: prababki, babki, matki i córki, które żyją wspólnie w atmosferze niedomówień i skrywanych tajemnic. Każda z nich zmaga się z przeszłością na swój sposób, mierzy się z macierzyństwem i trudnymi doświadczeniami w innych okolicznościach historycznych. Maria, Najstarsza z rodu, zesłana została na Sybir, Sabina doskonała skrzypaczka, doświadczyła koszmaru obozu koncentracyjnego w Ravensbruck, Magdalenę z kolei dotknęła bolesna strata ukochanego przez co samotnie musiała wychowywać córkę w czasach PRLu oraz Lila, która usilnie próbuje dowiedzieć się czegoś o swojej przeszłości, by zrozumieć samą siebie, nie chce biernie poddawać się losowi i pragnie stworzyć dobry, szczery związek, ale ciągle napotyka kurtynę milczenia i niejasności.
Autorka stopniowo odsłania tajemnice sagi rodzinnej, w której pierwsze skrzypce grają kobiety, potęgując zaciekawienie i napięcie, by na końcu zaskoczyć Czytelnika. 
"Matki i córki" to dla mnie osobiście też opowieść o sile, determinacji jaką mają w sobie kobiety, podejmowaniu trudnych decyzji i mierzeniu się z ich konsekwencjami, szukaniu tożsamości, trudnych relacjach oraz dziedziczeniu traum, mimo ich wyparcia. Szczerze polecam!


Drugą książką, którą udało mi się w marcu przeczytać była książka Mikołaja Marceli o dość przewrotnym tytule "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku" czyli o tym co należy zrobić, by edukacja dziecka miała sens. Książka, moim zdaniem, jest próbą skłonienia czytelnika, głównie rodzica, chociaż z książką powinni się zapoznać przede wszystkim nauczyciele, do refleksji nad obecnym skostniałym systemem edukacji. Teraz, kiedy mamy do czynienia z edukacją domową, której aktualnie bliżej możemy się przyjrzeć, ta książka ma jeszcze większą wartość. Nie tylko pokazuje że obecny system edukacji zupełnie nie radzi sobie z takimi sytuacjami, nie jest przygotowany na zmiany, nie idzie z duchem czasu, nie przystaje do rzeczywistości, ale też podpowiada co należy zmienić. Ten proces nie jest łatwy, ale bezwzględnie należy go podjąć. Książka pokazuje też jaką rolę odgrywają rodzice w kształceniu dzieci.  Myślę, że każdy rodzic powinien przeczytać i wyciągnąć własne wnioski. Mi osobiście książka otworzyła oczy, bo początkowo bardzo dałam się wkręcić w ten szkolny pęd. 

MATA DO JOGI


Jogę na dobre zaczęłam ćwiczyć ponad rok temu. Początkowo ćwiczyłam tylko w domu, korzystając z darmowych lekcji, które znalazłam na Youtube (więcej pisałam o tym TU), ale z czasem zapragnęłam uczestniczyć w stacjonarnych zajęciach jogi. Znalazłam miejsce w moim mieście i tak rozpoczęła się moja miłość do jogi, a z czasem dołączyłam też medytację i mantry. Praktykuję jogę kilka razy w tygodniu, zazwyczaj pięć razy, mniej więcej około godziny dziennie, czasem dłużej, jak czas na to pozwoli (łącznie z medytacją i relaksacją). Do niedawna ćwiczyłam na zwykłej karimacie, bo nie wiedziałam czy joga to coś w sam raz dla mnie czy to jedynie chwilowe zauroczenie. Nie chciałam niepotrzebnie wydawać pieniędzy na matę, nie będąc pewnym, że faktycznie będę z niej korzystać. W tym roku na urodziny od moich chłopaków dostałam wymarzoną matę. Długo wybierałam, bo ciężko było mi się zdecydować. Ostatecznie wybór padł na matę korkową, którą upatrzyłam sobie jeszcze kiedy była w fazie tworzenia na Simplife.pl. Dzisiaj, po wielu godzinach na niej spędzonych, wiem że to był dobry wybór. Mata jest bardzo praktyczna, funkcjonalna. Połączenie naturalnego korka i kauczuku idealnie się sprawdza, bo mata absolutnie się nie ślizga, nie ma nieprzyjemnego zapachu gumy, no i jest biodegradowalna. Walory estetyczne również do mnie przemówiły, bowiem grafika pełni księżyca jest cudna, ale jest też i bardzo użyteczna, ponieważ linie poprowadzone są pod różnymi kontami, co ułatwia i podpowiada jak wejść w daną pozycję. No cudo!!!

SERIAL


W marcu wciągnęłam się bardzo w polski serial "Kod genetyczny". Z racji tego, że nie mamy telewizji w domu oglądam go na player.pl. Serial ma kilka wątków, które w ogólnym zarysie poznajemy już w pierwszym odcinku. Są dwie sprawy kryminalne, trudne relacje syna z ojcem i na dokładkę z dziadkiem, niebezpieczne związki i trójkąty miłosne, narkotyki, bezdzietne małżeństwo (prywatnie przyjaciele głównego bohatera - pani psycholog i policjant) wychowujące córkę siostry pani psycholog. A w tle dość niepokojąca, mroczna muzyka. Dobra obsada jest również plusem tego serialu. Zerknijcie, może i Wam się spodoba.

Śledzę na bieżąco oferty wydawnicze, bo to trochę takie moje hobby. Kiedyś wchodziłam do księgarni i przepadałam na kilka godzin biorąc książki do ręki, czytając opisy i w ten sposób wybierałam lektury. Dzisiaj robię to z pozycji sofy z komputerem na kolanach. Nadal czytam opisy, przyglądam się okładkom (chociaż podobno nie ocenia się książek po okładkach) i zamawiam, niemal hurtowo, książki. Kiedy w zapowiedziach Wydawnictwa Albatros pojawiła się książka Steve'a Cavanagh pod tytułem "Trzynaście" mocno zwróciła moją uwagę, zwłaszcza że od dawna szukałam thrillera prawniczego, gatunku spopularyzowanego w Stanach Zjednoczonych głównie za sprawą seriali. 

"Trzynaście" to według mnie thriller idealny. Autor genialnie poradził sobie z tematem, a historia przez niego opowiedziana wciąga bez reszty, przeczytane kartki niemal same się przewracają. 

Jednym z głównych bohaterów jest Eddie Flynn, prawnik z niezbyt czystą przeszłością, przed którym kariera stoi otworem. Sam będąc kiedyś oszustem potrafi dla dobra sprawy wykorzystać swoje dawne umiejętności. Pewnego dnia zgłasza się do niego bardzo renomowana nowojorska kancelaria, która chce go zatrudnić do obrony swojego klienta, wziętego hollywodzkiego aktora kina akcji, oskarżonego za zabójstwo żony i ochroniarza, jej kochanka. Eddie podejmuje się obrony aktora, bo zawsze podejmuje się prowadzenia spraw ludzi, w których niewinność wierzy. Tak jest i w przypadku Roberta Salomona. Za wszelką cenę chce udowodnić niewinność klienta przed ławą przysięgłych, chociaż momentami sam zaczyna wątpić w jego niewinność, bo wiele dowodów wskazuje na to, że podwójna zbrodnia była jego dziełem. A na domiar złego z ławą przysięgłych nie wszystko jest w porządku, wśród nich bowiem jest morderca, który czynnie bierze udział w sprawie i usiłuje zacierać ślady.

Akcja książki praktycznie w większości rozgrywa się na sali sądowej, gdzie obrona i oskarżyciel prześcigają się w dostarczaniu kolejnych dowodów mających przekonać przysięgłych do swojej tezy, a wychodzące na jaw kolejne sekrety podsycają napięcie nieprzewidywalnego procesu. Spektakularną rozprawę sądową, gdzie obie strony nie zawsze grają ferr, wyciągają z rękawa asy zdobyte w różny sposób, stosują przeróżne sztuczki mające przekonać ławę przysięgłych czy wykorzystują różnego rodzaju naciski na przesłuchiwanych i przysięgłych śledzi się z zapartym tchem.

Raz jeszcze napiszę, genialny thriller z wbijającym w fotel zakończeniem. Polecam!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TUTAJ.

Kiedy w zapowiedziach Wydawnictwa Albatros zobaczyłam najnowszą książkę B.A. Paris wiedziałam, że bardzo chcę ją przeczytać. Twórczość tej autorki zdecydowanie przypadła mi do gustu, bo jej powieści totalnie mnie wciągają i zostają ze mną na dłużej. Czy tak było i w przypadku "Dylematu"? Jeśli chcecie poznać moją opinię na temat książki, to zapraszam do recenzji.

Główni bohaterowie powieści to Adam i Livia. Na pozór zgodne, dobrane, wspierające się małżeństwo z wieloletnim stażem, które posiada pełnoletnie już dzieci. Ich wspólne początki do najłatwiejszych jednak nie należały. Livia w młodości zaszła w nieplanowaną ciążę, co spotkało się z niezadowoleniem jej rodziców, a nawet odrzuceniem. Para wzięła więc szybki i skromny ślub, ale Livia obiecała sobie, że kiedyś w przyszłości spełni swoje marzenie o hucznym przyjęciu. Udaje jej się ziścić marzenie w jej 40 urodziny. I to wokół tej właśnie imprezy toczy się główna akcja powieści, bowiem Livia chce wyjawić pewien sekret, który zapewne zniszczy ich dotychczasowe życie. Adam niestety też ukrywa coś przed ukochaną żoną. 

Na przyjęciu mają pojawić się wszyscy bliscy małżeństwu oprócz córki Marnie, która aktualnie jest na drugim końcu świata. W tajemnicy przed żoną, Adam z Marnie ustalają że dziewczyna pojawi się jednak na przyjęciu, i będzie to niespodzianka dla Livii. Jednak samolot, którym miała przylecieć Marnie ma wypadek. Czy dziewczynie udało się do niego wsiąść czy może nie była pasażerką samolotu? 

Historia Adama i Livii pokazuje, że skrywane głęboko tajemnice, o których powinna jednak wiedzieć druga strona, mocno dręczą i nie pozwalają w pełni cieszyć się z chwilą obecną. On siedzą w głowie i  ciągle o sobie przypominają, a to że sekret ujrzy światło dzienne budzi strach. Czy jednak w jakimś przypadku kłamstwo można usprawiedliwić?

Najnowsza książka B.A. Paris nie jest typowym thrillerem, który podczas czytania powoduje ciarki na plecach, ale raczej dobrą powieścią, dramatem obyczajowym. Nie znaczy to jednak, że brakuje w niej całkowicie momentów budzących napięcie, hipotez, które wzajemnie się wykluczają powodując zaciekawienie Czytelnika. "Dylemat" czyta się płynnie, wsiąkając w gęstą od przemilczeń historię pewnej brytyjskiej rodziny.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TUTAJ
Obsługiwane przez usługę Blogger.