Ostatnio tyle niezbyt miłych rzeczy dzieje się wokół, do tego pogoda zdecydowanie nie sprzyja spacerom, sięgam więc częściej po ksiażki kokosząc się pod ciepłym kocem z herbatą w ręku i pachnącymi świeczkami nieopodal, by wytchnąć, oderwać się od szarej codzienności, odpocząć, zrelaksować się, zająć głowę czymś innym. Dziś napiszę o książce, która mi w tym ostatnio pomogła. To najnowszy kryminał Michelle Frances "Córka".

Książka opowiada o losach dwóch kobiet: matki i córki, z tajemnicą w tle. Kate, jako nastolatka zachodzi w ciążę, z czym nie mogą się pogodzić jej rodzice. Młoda dziewczyna postanawia jednak urodzić i wychować dziecko. Rezygnuje więc ze szkoły, idzie do pracy, by móc utrzymać się z córką. Jej jedynym wsparciem okazuje się sąsiadka Iris. Becky dorasta, jest mądrą i zdolną kobietą, co bardzo raduje Kate. Marzy o dobrym życiu dla córki, w którym ta będzie mogła realizować swoje marzenia. Niestety, staje się coś okropnego. Becky wracając do domu rowerem zostaje potrącona przez ciężarówkę i w wyniku wypadku umiera. Kate nie może się z tym pogodzić. Nie daje jej również spokoju fakt, że nikt nie poniósł za to odpowiedzialności. Sama rozpoczyna więc śledztwo, podczas którego odkrywa, że jej córka prowadziła również własne dochodzenie, o czym świadczą znalezione notatki. Pracowała nad sprawą, która nie ujrzała światła dziennego. Kate postanawia podążać tropem rozpoczętym przez córkę. Czy zatem śmierć Becky nie była wynikiem nieszczęśliwego wypadku? Czy komuś nie podobało się, że młoda dziennikarka "węszy" nie tam, gdzie nie powinna? Czy ktoś celowo zabił Becky, by ją uciszyć? 

W "Córce" teraźniejszość przeplata się z przeszłością, dzięki czemu mamy szerszy ogląd na sytuację i poznajemy lepiej główne bohaterki. Bardzo lubię takie zabiegi w książkach. 

Ciekawy pomysł na fabułę, zwroty akcji, mnóstwo zagadek, wiele znaków zapytania, które podsycają ciekawość czytelnika, to tylko niektóre plusy książki. A jest ich więcej, chociażby dobrze skonstruowana intryga, która wciąga od samego początku, trzymając w lekkim napięciu do końca.

Najnowsza powieść Michelle Frances to nie tylko zagadki, ale również opowieść o sile miłości do dziecka, determinacji, o poświeceniu i życiu zgodnie z własnymi przekonaniami. Warto przeczytać!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros.

Za moment już połowa października, więc szybciutko nadrabiam wrześniową zaległość i spieszę donieść o moich wrześniowych odkryciach. Niestety ostatnio za oknem jesień pokazuje swoje pochmurne oblicze, liczę jednak na to że jeszcze zawita do nas polska, piękna, słoneczna i ciepła jesień, taka którą lubię najbardziej. Będziemy zbierać kasztany i złote liście spacerując po lesie. A tymczasem przedstawiam Wam dziś moje wrześniowe zajawki.

1. KOSMETYKI

Z racji tego, że na zewnątrz zimno, siąpi deszcz i ogólnie niebawem kaloryfer będzie dobrym przyjacielem, zmieniam swoje leciutkie formuły balsamów na masła i musy do ciała. Mój wrzesień bezapelacyjnie pachniał wakacjami, tropikami za sprawą masła do ciała Jungle Glow od Republiki Mydła. Dziewczyny jakie to masło ma przepyszny zapach! No szkoda, że nie mogę go Wam tutaj przemycić. Uwielbiam je, nie tylko za ten niesamowicie piękny i trwały zapach, który autentycznie potrafi poprawić humor, ale też za działanie nawilżające i natłuszczające, za sprawą całego bogactwa olei, które są zamknięte w tym małym słoiczku. Masło cudownie się rozprowadza, ma taką aksamitną formułę. Świetna rzecz dla suchej skóry! I będzie idealna też dla osób, które nie lubią mega ciężkich, tłustych mazideł! Ja kupuję kolejne opakowanie!

Miałam krótką przygodę z hybrydą, ale jakoś nie zawojowała ona mojego świata. Od ponad półtora roku mam swoje paznokcie, czasem saute, a czasem pojawia się na nich jakiś kolor. Ostatnio rozkochałam się w różnych lakierach z drobinkami i traktuje je jako top. To mój patent, żeby lakier dłużej utrzymywał się na paznokciach. Polecam, dobry tip!

 

2. ZDROWIE

Z jogą jest mi po drodze już od bardzo dawna. Kilka lat wstecz, jeszcze przed urodzeniem Alexandra, miałam krótkie romanse z jogą, ale ostatecznie nic z tego nie wychodziło. Prawdziwą praktykę zaczęłam dopiero, kiedy z powodu bólu kręgosłupa wylądowałam w szpitalu i nic mi nie pomagało. Dzisiaj joga to dla mnie cudowny sposób na odnalezienie balansu w życiu, pobycie samej ze sobą, przyjrzenie się sobie i swojemu ciału, a też ratunek dla kręgosłupa. W zeszłym miesiącu rozpoczęłam praktykę z Eli (Eli by yoga), bo do tej pory wyłącznie praktykowałam z Gosią Mostowską. Wzięłam udział w jej wrześniowym wyzwaniu i teraz biorę udział w październikowym. Praktykowaliście kiedyś jogę i medytację? Jezeli nie, to polecam!!!

Mata z kolcami jest ze mną już od dłuższego czasu, więc to nie jest raczej hit tylko września, ale i kilku miesięcy wstecz. Nie ma dnia, żebym na niej nie leżała. Ból pleców, bach na matę, ból głowy, bach na matę, mnóstwo stresu, bach na matę. Długo wahałam się nad jej nabyciem, ale odkąd jest ze mną to wiem, że to był dobry wybór. Kiedyś myślałam, że to może trochę taki "pic na wodę fotomontaż", jak to mówi moja koleżanka, ale po długim już czasie użytkowania wiem, że takie leżenie na macie z kolcami przynosi rzeczywiście ulgę np.: w bólach pleców czy głowy. Moja mata jest z EcoGambo. Do produkcji maty używane są w pełni ekologiczne produkty: jest łuska gryki, którą wypełniona jest poduszka, włókno kokosowe jako wypełnienie maty, materiał z którego uszyty jest produkt to len. Wyczytałam, że można skorzystać z 14 dniowego okresu próbnego, ale nie wiem jak to do końca działa (bo nie korzystałam, mata się u mnie genialnie sprawdza, chociaż brałam to pod uwagę przy jej nabywaniu :). Podoba mi się także to, że marka 10% zysku przeznacza na cele charytatywne i środowisko. 

3. JEDZENIE 

Kiedy nastaje jesień, lubię na śniadania jeść coś ciepłego, by się rozgrzać. Nie zawsze jednak mam czas, by rankiem coś ciepłego sobie przygotować, więc posiłkuję się często granolą własnej produkcji. Ostatnio też odkryłam w Biedronce pyszne musli One Day More. Kupiłam na spróbowanie i okazało się być fajną i smaczną śniadaniową alternatywą. Widziałam, że są różne warianty do kupienia. Próbowaliście?

4. KSIĄŻKA

Obiecałam sobie, że tej jesieni znacznie więcej czasu poświęcę na czytanie. Różnie to jednak bywa, bo albo gotuję, albo inne obowiązki mnie "wzywają". Podejmuję jednak wszelkie próby, by nie zostać mocno w tyle za mężem, który czyta takie ilości książek, że tylko pozazdrościć. We wrześniu, chociaż zahaczyłam też o październik, przeczytałam, moim zdaniem, świetną książkę, najnowsze dzieło Doroty Masłowskiej "Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu 2", która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. To drugi tom felietonów Doroty Masłowskiej, które były publikowane w latach 2018-2020 w cyklu pod tym samym tytułem w magazynie o kulturze Dwutygodnik.com. Autorka książki niezwykle błyskotliwie opisuje zjawiska życia codziennego podsumowując je celnymi ripostami i oryginalnymi uwagami. Masłowska, niesamowicie wnikliwa obserwatorka, porusza w książce temat rodzimej kultury, telewizji, jednak ciągle będącej w nadmiarze, pisze o urzędzie pocztowym, podróży i obyczajach naszej pandemicznej rzeczywistości. Poszczególne rozdziały obrazują nas Polaków, pokazują naszą codzienność, pozwalają zrozumieć to, co dzieje się wokół i są punktem zapalnym, będącym podstawą do zastanowienia się co też ja sam do tego dokładam. Czytając książkę nie raz mówiłam do siebie: ta to ma głowę i niebywale trafne spostrzeżenia. W każdym razie jest zabawnie, ale też boleśnie. 

5. SERIAL

Miałam wrażenie, że ten serial bombardował mnie zewsząd. Ciągle ktoś go polecał, więc odpaliliśmy i my. Jeszcze nie obejrzeliśmy całości, ale zmierzamy powolutku ku końcowi. Przyznam szczerze, że momentami dla mnie bardzo ciężki, bo przerażała mnie główna postać, apodyktycznej i bezwzględnej pielęgniarki (w którą genialnie wcieliła się Sarah Paulson) w nowoczesnym, stanowych szpitalu psychiatrycznym stosującymi niekonwencjonalne metody leczenia. Jeżeli oglądaliście "Lot nad kukułczym gniazdem" to warto obejrzeć i Ratched. 


 

Odkąd na świecie pojawił się Alexander, a właściwie to od czasu, kiedy dowiedziałam się że będę mamą, przeczytałam niezliczoną ilość poradników i książek na temat wychowania dziecka. Jedne stały się bardzo bliskie mojemu sercu, inne zupełnie nie grały mi w duszy. 

Ciągle jednak sięgam po nowe książki, bo pojawiają się zupełnie inne, wraz z rosnącym synem, problemy i zagadnienia, nad którymi warto się pochylić. Do tego dochodzi fakt, że i ja się zmieniam i ewoluuję. Poza tym wychowanie dziecka to jedna z najtrudniejszych ról i warto, moim zdaniem, uczyć się od mądrzejszych w tym temacie. Dlatego ostatnio przeczytałam ważną dla mnie książkę Carli Naumburg "Jak nie krzyczeć na swoje dziecko".

Autorka, która sama również jest mamą, w swojej książce skrupulatnie wyjaśnia skąd biorą się emocje powodujące, że zaczynamy się irytować, złościć, wybuchać i krzyczeć, jakie mechanizmy nami kierują, że dochodzi do takich sytuacji. Dlaczego czasami jesteśmy zwyczajnie rozdrażnione i przewrażliwione, i mimo że naprawdę z całych sił staramy się panować nad sobą, to są momenty że jednak wrzeszczymy, dajemy upust emocjom krzycząc na nasze dzieci. 

Carla Naumburg pokazuje drogę jak zminimalizować takie sytuacje, bo bądźmy szczerzy, całkowicie wykluczyć się ich z życia nie da. Pokazuje pewne strategie, co zrobić, by rzeczywiście nie krzyczeć na swoje dziecko. Można bowiem nauczyć się opanowywać, odpowiednio wcześniej reagować, by rzadziej wybuchać i nie czuć się po wszystkim jak najgorsza matka. Warto jednak, jeżeli już do takiej burzy dojdzie, naprawiać relacje z dzieckiem. O tym również traktuje książka. 

"Jak nie krzyczeć na swoje dziecko" to pozycja, która może być przyczynkiem do zmian, na lepsze oczywiście, jeżeli tylko chcemy. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i jest do kupienia TU.

 

W ostatnich wakacyjnych miesiącach mniej mnie tutaj było, bo staram się zawsze, by ten czas spędzać ograniczając korzystanie z internetu do minimum. Cieszyć się każdego dnia latem z moją rodziną. Wyciskaliśmy dni ile się tylko dało, nawet nie jak cytrynę, a limonkę :) Ciągle jednak nie mogę uwierzyć, że to już schyłek lata. I mimo że lubię jesień, zwłaszcza tą złotą, ciepłą, słoneczną, to za latem bardzo będę tęsknić w tym roku. A co spodobało mi się w sierpniu, przeczytacie poniżej.

 1. Wakacje w Bieszczadach

Im jestem starsza tym bardziej dostrzegam, że fajne chwile nie są wcale zależne od miejsca, ale od ludzi, z którymi je spędzasz. Lubię ten czas, gdy spotykamy się z siostrą i jej rodziną, a kiedy razem możemy pojechać w nasze ukochane Bieszczady, to już jest w ogóle wspaniale. Fajne pobyć razem, powygłupiać się, biwakować zbaczając z trasy, poszwendać się, pogadać twarzą w twarz, nie tylko przez telefon. Kiedy Alexander czuje, że fizycznie rodzina to nie tylko mama i tata, ale też ciocie, wujkowie, kuzynki, kuzyni, babcie, prababcia, pradziadek. 

2. Kosmetyki


Tych odkryć kosmetycznych ostatnio trochę było, ale to zostawiam na inny wpis. Natomiast moim faworytem w letnie dni okazał się pięknie pachnący grejpfrutem dezodorant magnezowy od Mydłostacji. Ten zapach jest naprawdę rześki i dość długo się utrzymuje. Dezodorant w składzie, oprócz olejku eterycznego z pestek grejpfruta, ma jeszcze D-pantenol, hydrolat z szałwii lekarskiej, oliwę magnezową i olej rycynowy. O działaniach poszczególnych składników można sobie poczytać bezpośrednio na stronie producenta. Ma dość gęstą, żelowatą konsystencję, która świetnie się rozprowadza. Jest bardzo wydajny. U mnie sprawdza się idealnie. 

3. Książki

Tutaj bezapelacyjnie wygrywają dwa tytuły. W sierpniu z nową powieścią "Sekretne życie pisarzy" powrócił mój ulubiony autor Guillaume Musso. No mam do niego słabość. Jednym się podoba jego twórczość, innym nie, ale według mnie to autor, który posiada nieograniczoną wyobraźnię, genialne pomysły i świetne pióro. Jego najnowsza książka to dość osobisty thriller, wciągająca, oryginalna historia, łamigłówka warta odkrycia. Więcej o książce dowiecie się czytając moją recenzję - KLIK

Kolejną książką, moim zdaniem, godną polecenia jest książka Mikołaja Marceli - "Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Edukacja, w której dzieci same chcą się uczyć i rozwijać". Bardzo leży mi na sercu edukacja mojego dziecka, więc ta książka była dla mnie oczywistym i świadomym wyborem. Dzięki niej na pewne sprawy spojrzałam z zupełnie innej perspektywy. Podobał mi się też bardzo rozdział o tym jak być szczęśliwym, to istotna kwestia, a tego nie zapewnią nawet same szóstki na świadectwie. Więcej o książce pisałam TUTAJ

4. Film 


Film "Co przyniesie jutro" pokazuje piekielnie trudną wiwisekcję uczuć pomiędzy małżonkami z długoletnim stażem oraz rodzicami a ich dorosłym już dzieckiem. Nie jest to typowy film pokazujący, że po rozstaniu zawsze zaraz czeka nas piękny czas, nowy, wspaniały związek i samorealizacja poziom max. To do bólu szczery, bardzo intymny portret kobiety, której mąż po latach odchodzi do innej, a ona musi budować swoje życie na nowo. A co przyniesie jej jutro? W dużej mierze zależy to od niej samej. Jest gorzko, ale nie brakuje też powiewu nadziei. Bardzo dotyka emocjonalnie, wart obejrzenia. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to polecam! W roli głównej świetna Annette Benning.

5. Zdrowie 

W sierpniu rozpoczęłam #jdw czyli japońską dietę wodną, którą poznałam dzięki Asi z @profiltaktyka. Zawsze miałam "kłopot" z piciem wody, a wiadomo że woda jest jednym z głównych składników organizmu, dodatkowo zawsze lubiłam pić i jeść jednocześnie. Dowiedziałam się dlaczego nie jest to korzystne dla mojego organizmu i teraz dzięki #jdw zaczęłam świadomie pić wodę: zawsze po przebudzeniu płuczę usta letnią wodą, nie śpiesząc się wypijam 650 ml czystej wody (my ostatnio przywozimy wodę ze źródełka), po wypiciu wody nie jem i nie piję nic przez 45 min, a w ciągu dnia stosuję zasadę, żeby skończyć pić 20 min przed posiłkiem i zacząć pić 2 h po posiłku, natomiast wieczorem zawsze wypijam przed snem jeszcze szklankę wody. Dodaję sobie często do wody jeszcze sól kłodawską. Kiedy jest chłodniej to zawsze rano wypijam trochę cieplejszą wodę. Jeżeli Was to zainteresowało, to więcej informacji znajdziecie u Asi na Instagramie.



Są tacy autorzy, na których książki czeka się z utęsknieniem, przegląda zapowiedzi wydawnicze w nadziei, że ujrzy się jego nową powieść. Są tacy autorzy, których historie opisane w książkach czyta się z zapartym tchem, a książki kupuje w ciemno, bo styl pisania autora bardzo nam odpowiada. U mnie bezwzględnie od lat takim autorem jest Guillaume Musso, ewidentnie mam do niego słabość. Dla mnie  to jeden z niewielu autorów, którzy posiadają nieograniczoną wyobraźnię, genialne pomysły, świetne pióro czyli wszystko, co najlepszy autor powinien mieć. Jego twórczością zaraziłam już niejedną koleżankę. Tym razem Musso powrócił z dość osobistym thrillerem - "Sekretne życie pisarzy".

Nathan Fawles to autor uwielbiany przez rzesze czytelników z całego świata. Pewnego dnia postanawia odciąć się kategorycznie od pisania, ale też zerwać z dotychczasowym życiem, wycofać się z życia publicznego i zamieszkać w pięknej willi na małej wyspie, która ceni sobie dyskrecję. Taką decyzją autora są zawiedzenie zarówno fani, jak i ciekawscy dziennikarze, którzy nie ustają w domysłach o przyczynie decyzji Fawles'a. Za wszelką cenę pragną wyjaśnić dlaczego będący u szczytu kariery autor dokonał tak radykalnego kroku. Węszą, szukają, snują domysły i nachodzą pisarza nieustannie w domu, burząc jego spokój. Fawles jednak broni swojej prywatności za wszelką cenę. 

Tymczasem na wyspie zjawia się niedoszły autor powieści, młody chłopak, który pragnie by Fawles przeczytał jego maszynopis oraz zacięta dziennikarka zafascynowana Fawles'em tropiąca sprawę sprzed lat, a niedługo potem u wybrzeża wyspy zostają odkryte zwłoki młodej, ukrzyżowanej kobiety. Czy sytuacje te mają wspólny mianownik?

Tak, jak w przypadku wszystkich książek Musso, tak i w tej powieści niepozorny i lekki początek przeradza się w galopujące, dość swoiste i niecodzienne zdarzenia. Akcja rozwija się z każdą stroną wodząc czytelnika za nos, bombardując nowymi poszlakami, które pozostawiają niepokój i dostarczają zaciekawienia. 

"Sekretne życie pisarzy" to wciągająca, bardzo oryginalna i przewrotna historia, z dość nieoczywistym zakończeniem dającym możliwość własnego zinterpretowania i ukazującym historię z zupełnie innej perspektywy. Łamigłówka zdecydowanie warta odkrycia. Polecam!!!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TUTAJ

 

 "Jak nie zwariować ze swoim dzieckiem. Edukacja w której dzieci same chcą się uczyć i rozwijać" to moje drugie spotkanie z twórczością Mikołaja Marceli, i równie owocne, jak pierwsze (o poprzedniej książce autora pisałam TUTAJ). Bardzo leży mi na sercu edukacja mojego dziecka, więc ta książka była dla mnie oczywistym i świadomym wyborem. Dzięki niej na pewne sprawy spojrzałam z zupełnie innej perspektywy, za co ogromnie jestem wdzięczna autorowi.

Mikołaj Marcela to pisarz i autor tekstów piosenek, ale także nauczyciel akademicki, który prowadzi zajęcia na Uniwersytecie Śląskim na filologi polskiej, sztuce pisania oraz projektowaniu gier i przestrzeni wizualnej, więc można powiedzieć, że zna sprawę edukacji od podszewki i postanowił się podzielić tą praktyczną, zdobytą przez lata wiedzą w swojej nowej książce.

Patrząc na zeszły rok szkolny, gdzie ostatnie trzy miesiące sytuacja wymusiła na nas rodzicach prowadzenie edukacji domowej, i będąc po lekturze książki, zdaję sobie sprawę z tego, jakim nieudolnym nauczycielem byłam. Często skupiałam się na tym, co jak się okazuje, było mało istotne. Dzisiaj wiem, że mogę zrobić więcej i lepiej, dzięki metodom opisanym w książce mogę nakierować i pomóc swojemu dziecku, rozbudzić w nim ten głód wiedzy, ciekawość, taką wewnętrzną chęć zdobywania jej, żeby ten proces nie był wymuszany przez naciski zewnętrzne i sprawiał mu przyjemność. Książka jest więc takim przyczynkiem dla mnie samej do zmian, a przede wszystkim zmiany mojego nastawienia.

Należy niezmiennie w tym procesie edukacji pamiętać, by dać dzieciom więcej swobody, nie przeszkadzać, nie podcinać skrzydeł, wspierać, wierzyć w ich samodzielność i mądrość oraz pamiętać, że oceny absolutnie nie są wyznacznikiem sukcesu i szczęścia. Program nauczania często nakazuje nauczycielom "wtłaczanie" niepotrzebnej wiedzy, mnóstwa przestarzałych informacji, a całkowicie umyka im to, "by dodać dzieciom skrzydeł i nauczyć je, jak być szczęśliwymi i spełnionymi ludźmi". 

Bardzo spodobał mi się fragment na temat gier komputerowych, do których podchodziłam z ogromną rezerwą. Wychodziłam bowiem z założenia, że to jedynie strata i marnotrawienie czasu, ale jak się okazało, wcale tak nie musi być, bo one uczą szukania rozwiązań problemów, wyciągania wniosków oraz prawdziwej radości z odnoszonych sukcesów.

Autor w książce zwraca również uwagę na to, by skupiać się na swoich mocnych stronach i rozwijać je, pracować nad nimi, nie ze wszystkiego bowiem dziecko musi być najlepsze, o czym czasem może zapominamy. Pokazuje jak reagować na porażki oraz jak wspierać i pomagać dziecku, kiedy ma kłopoty w szkole. 

Poza tym książka utwierdziła mnie w przekonaniu, że odpowiedź na zadane pytanie może  brzmieć "nie wiem" (nie boję się tego mówić, bo na nie wszystkie pytania znam przecież odpowiedź), warto natomiast pokazać dziecku jak szukać odpowiedzi na zadane pytanie.

Ważnym rudziałem, który przeczytałam nawet kilka razy, jest rozdział o tym, jak być szczęśliwym. Myślę, że to niezwykle istotna kwestia, bo tego nie zapewnią nam nawet same szóstki na świadectwie. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i jest do kupienia TU

Książka Urszuli Jaksik "Licząc gwiazdy" to kontynuacja losów bohaterów "Domu nad brzegiem oceanu". To kawał dobrej polskiej obyczajówki. Taka odmiana, od tego co zazwyczaj czytam. W moje ręce wpadła, bo bardzo spodobała mi się jej okładka. Wiem, że nie ocenia się książki po okładce, ale ja czasem i tym się sugeruję kupując książki. Tym razem się nie zawiodłam.

Główną bohaterką książki jest Magda, młoda kobieta, żona, matka, która po tragicznym wydarzeniu w swoim życiu wyjeżdża na trochę na Islandię, do rodziny przyjaciela jej męża, gdzie ma szansę odpocząć, przemyśleć wiele spraw i zastanowić się nad swoim dalszym życiem. Po powrocie z synem do kraju postanawia wiele zmienić w swoim życiu, bo nie takiej sytuacji rodzinnej chce dla siebie i dziecka. Powinni z mężem mieszkać razem, albo się rozstać. Konrad, mąż Magdy, to pracoholik, który wiecznie jest nieobecny w jej życiu, i życiu ich syna.

Tymczasem życie pisze swoje własne scenariusze i kobietę spotyka koleje tragiczne wydarzenie. Dowiaduje się o chorobie męża, którą Konrad przed nią skrywał. Magda z każdym dniem zaczyna odkrywać jak bardzo była okłamywana przez najbliższych, którym ufała, i na których polegała. 

Powieść "Licząc gwiazdy" opisuje piękną, ciepłą historię, która wzrusza, emocjonuje, zmusza do refleksji i pokazuje że życie bywa przewrotne, ma swoje jasne i ciemne strony, a życiowe zakręty należy pokonywać i walczyć o siebie i o swoje szczęście.

Książkę czyta się bardzo płynnie, szybko, z zaciekawieniem. Bohaterowie są na tyle realni, można się z nimi zżyć. Niepowtarzalny klimat, lekki styl, piękny język, krótkie rozdziały to również plusy książki. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. 

 Pozycja ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka i jest do kupienia TUTAJ.

 

Przyznam szczerze, że czytam znacznie mniej książek polskich autorów. Nie wiem zupełnie czym to jest podyktowane, ale tak właśnie się dzieje. Postanowiłam poszukać trochę i rozejrzeć się za książką napisaną przez rodzimego autora. Ostatecznie padło na książkę Justyny Mietlickiej "Mistral", bo bardzo zaintrygował mnie opis na książce głoszący, że jest to fascynująca gra psychologiczna, w której nic nie jest oczywiste. 

Głównymi bohaterami powieści są Rita oraz Hubert - małżeństwo ze sporym stażem, trochę już sobą znudzone. On prowadzi i zarządza firmą założoną przez teścia, a ona całą swoją uwagę skupia na prowadzeniu galerii sztuki. Prowadzą na pozór poukładane, szczęśliwe, pozbawione większych trosk życie, w którym każdy z małżonków bardzo angażuje się w swoją pracę, a ta staje się dla nich priorytetem. Bywają na przyjęciach i bankietach dla wyższych sfer. Niestety między nimi zaczyna się źle dziać. Uczucia też gdzieś po drodze się ulotniły. Czy wszystko się zmieni i uda im się odnaleźć żar, który kiedyś był między nimi, udając się w podróż do pięknej Marsylii?

Początkowo Hubert planuje samotny wyjazd do Francji, ale Rita nalega na wspólną podróż, podejrzewając że mąż ma romans. Ostatecznie jednak wyjeżdżają razem. Na  miejscu okazuje się, że małżonkowie mają skrywane latami sekrety, które dzięki spotkanym ludziom i doświadczeniom wychodzą na jaw. Między małżonkami zaczyna się toczyć gra, pełna pozorów, w której nic nie jest oczywiste, a czytelnik zaczyna się gubić, kto mówi prawdę, a kto kłamie.... W tym wszystkim jedno jest pewne, gdy zaczyna wiać suchy, zimny, porywisty mistral, budzą się najgorsze instynkty. 

Akcja w "Mistralu" toczy się bardzo leniwie, a wplecione długie opisy jeszcze ją zdecydowanie spowalniają, więc zapewne fanom szybkich zwrotów akcji nie przypadnie ona do gustu. Chociaż tak naprawdę w tej książce wcale przecież o szybkie tempo nie chodzi. Tu na pierwszy plan bowiem wysuwają się przemyślenia głównych bohaterów, które w konsekwencji uzmysławiają Czytelnikowi, jakiego życia nie chcemy wieść, pokazują jak rutyna potrafi zabić nawet najlepszy związek, a wszelkie chowane skrzętnie tajemnice mogą spowodować, że miłość zamienia się w nienawiść. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Zysk i S-ka i można ją kupić TUTAJ.

 

Kolejny kryminał za mną. Ostatnio mocno nadrabiam zaległości książkowe, bo z racji wakacji, jest więcej czasu na czytanie. Książka skusiła mnie i okładką i opisem, więc czekałam na wolna chwilkę, by móc odkryć co stało się z młodą kobietą, która po kłótni z mężem wyszła nocą z przyjęcia, a po kilku godzinach została znaleziona martwa przy trójmiejskiej obwodnicy.

Śledztwo prowadzi dwóch oficerów policji - podkomisarz Damian Paczulski i komisarz Sławomir Kruk. Obaj funkcjonariusze nie przepadają jednak za sobą i prowadzą zimną wojnę, co wcale nie sprzyja prowadzeniu sprawy. Z biegiem czasu muszą jednak zjednoczyć siły, by doprowadzić sprawę do końca, sprawę która w miarę prowadzonego dochodzenia staje się coraz bardziej skomplikowana, bo ofiara podpadła wszystkim, którzy ją znali, nie należała raczej do grzecznych dziewczynek....

Książkę czyta się błyskawicznie, bo nie ma tu zbędnych opisów, przedłużania, wszystko dzieje się szybko i sprawnie, akcja z każdą stroną nabiera tempa, nie ma czasu na nudę, bo wciąż pojawiają się nowe wątki i kolejni bohaterowie, którzy rzucają nowe światło na sprawę. 

Błyskotliwe dialogi, sarkazm, czarny humor to niewątpliwe zalety książki. Spójna, chronologiczna fabuła z ciekawymi bohaterami, wciągająca i niezwykle przemyślana intryga to również plusy tego kryminału.

"Królowa lalek" jest moim pierwszym spotkaniem z komisarzem Krukiem, ale po przeczytaniu najnowszego kryminału Górskiego, skusiłam się i zamówiłam już kolejne części. Mam nadzieję, że się nie zawiodę. Podobno wcześniejsze części są jeszcze lepsze!

Ksiażka ukazała sie nakładem Wydawnictwa HarperCollins i jest do kupienia TUTAJ


 
Czasem mam ogromną potrzebę odsapnąć od wszelkich kryminałów i thrillerów, sięgnąć po powieść obyczajową, poczytać coś lżejszego, o czymś, co bliższe mojemu sercu, o innych kobietach, takich jak ja. Dlatego właśnie na wakacyjny czas wybrałam lekturę "Słodkie magnolie. Smak nadziei" Sherryl Woods, która okazała się strzałem w dziesiątkę. 
 
Sherryl Woods w swojej powieści główną bohaterką czyni kobietę, która wiedzie na pozór szczęśliwe, poukładane życie, u boku od dwudziestu lat jednego mężczyzny, z którym stworzyła rodzinę. Maddie, bo o niej mowa, nie pracuje zawodowo, bo zajmuje się głównie domem i dziećmi, by jej maż mógł sie spełniać zawodowo jako lekarz. Niestety, jak to czasem w  życiu bywa, mąż zostawia ją dla kochanki, swojej współpracownicy, która spodziewa się jego dziecka. Kobieta zostaje więc bez pracy, perspektyw na życie wraz z trójką dzieci, dwoma nastolatkami i uroczą sześciolatką, które bardzo źle znoszą rozwód rodziców.  

Maddie początkowo myśli, że Bill sobie z niej zadrwił, ale z czasem okazuje się, że to prawda. Kiedy dochodzi do rozwodu, do akcji wkracza przyjaciółka Maddie, by wesprzeć i zawalczyć o dom i alimenty dla zrezygnowanej, porzuconej przez męża koleżanki, bo ta zupełnie nie ma do tego głowy, zwłaszcza że musi pomóc dzieciom. 

Z czasem przyjaciółki zakładają klub dla kobiet, a w nim spa, fitness, kawiarnia, gdzie można się spotkać i pogadać. Maddie zaczyna więc odżywać, powoli przebolała odejście męża, a na horyzoncie pojawia się nowa miłość, przystojny trener syna... Czy kobieta zdecyduje się jednak ponownie na związek? 

"Słodkie magnolie. Odrodzenie" to idealna lektura na lekkie popołudnia z książką. Sporo w niej dialogów, więc czyta się szybko i sprawnie. Fajna, przyjemna, niezbyt skomplikowana fabuła sprawia, że można oderwać się od codziennych problemów. Ukazuje siłę przyjaźni, uświadamia, że nie warto poświęcać się tak bez reszty, nie zostawiając dla siebie nic, bo życie bywa zaskakujące i potrafi sobie z nas zadrwić, dająca nadzieję, ze po każdej burzy, wychodzi jednak słońce.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa HarperCollins i jest do kupienia TU.

 

„Cyberpunk. Odrodzenie” Andrzeja Ziemiańskiego to książka, która moim zdaniem, jest mylnie kojarzona z reklamowaną grą firmy CD Projekt Red o tytule Cyberpunk 2077. Andrzej Ziemiański w swej książce odwołuje się jedynie do samego podgatunku science fiction, jakim właśnie jest cyberpunk, ale fabuła powieści jest zupełnie inna.

Wielu z was zapewne widziało filmy takie jak Matrix, Blade Runner, Ghost in the Shell Johny Mnemmonic czy gry System Shock lub Deus EX, wystarczyło więc przeczytać książkę, zamknąć oczy i zobaczyć ten świat, a w nim bohaterów powieści Ziemiańskiego. 

Recenzja autorska znajdująca się na okładce powieści jest zaledwie preludium do zawartej w niej treści. Rzecz dzieje się w przyszłości, gdzie światem bezwzględnie rządzi pieniądz, wielkie korporacje, niesamowicie zaawansowana technologia komputerowa i informacyjna, mająca zgubny wpływ na człowieka, a życie ludzkie jest niewiele warte. 

Prowadzona szybko i dynamicznie akcja rozgrywa się głównie w tzw. Zakazanym Mieście, gdzie jest tłoczno, duszno, a jego mieszkańcy to głównie ludzie będący wyrzutkami społecznymi z całego świata, którzy są na łasce i niełasce lokalnych mafiosów. Do tego miejsca wiedzie trop w śledztwie prowadzonym przez policjanta Shey'a Scotta, wydalonego ze służby z powodu śmiertelnej choroby, oraz Loun Landona "dżokeja", który pomaga mu namierzyć Axel Staller, kobietę która w wyniku postrzału w głowę ma wstawiony wojskowy implant bojowy i szuka swojej bliźniaczej siostry ukrywającej się gdzieś w Zakazanym Mieście. To silna kobieta, prawdziwa twardziela, która potrafi sobie poradzić w niejednej sytuacji. Czy tym razem też sprosta zadaniu?

"Cyberpunk. Odrodzenie" to jedna z tych książek, które czyta błyskawicznie, która zapewnia solidną, na wysokim poziomie rozrywkę, przy której mile spędza się czas. Szybka, sprawnie prowadzona akcja, rozbudowane watki, spójna i przemyślana całość, zacięcie kryminalne i oryginalne poczucie humoru to zdecydowanie plusy tej powieści. Gorąco polecam, zwłaszcza że to dzieło polskiego pisarza fantastyki, a wiadomo nie od dzis, że polscy autorzy fantastyki są świetni.

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Akurat i jest do kupienia TU



"Zanim powróci strach" to moje drugie zetknięcie z twórczością C.L. Taylor. Pierwsza książka autorki, o której pisałam TU, bardzo mi się spodobała, dlatego nie mogłam sobie odmówić przeczytania kolejnej, zwłaszcza że opis książki jest bardzo intrygujący i mocno zachęcający.

Lou Wandsworth jako nastolatka przeżyła traumę, za sprawą swojej pierwszej miłości, nauczyciela, który był obiektem westchnień młodej dziewczyny. Czternastolatka bez pamięci zakochuje się w swoim nauczycielu. Miłość przesłania jej cały świat i racjonalne myślenia. Dużo starszy mężczyzna mami młodą kobietę miłymi słówkami i obietnicami bez pokrycia, wykorzystując jej naiwność i łatwowierność. Mike Hughes nakłania Lou do wyjazdu do Francji, gdzie rzekomo czeka ich cudowna przyszłość we dwojkę. Na miejscu jednak okazuje się, że Mike ma dwie twarze, a ta druga jest niezwykle okrutna. 

Przeżycia, które doświadczyła w młodości Lou odbijają się piętnem w jej dorosłym życiu. Kobieta nie potrafi zaufać, zbudować trwałego, solidnego związku. Doświadczenia z przeszłości ciągle wracają i o sobie przypominają. 

Mija wiele lat i Lou odkrywa, że Mike znów próbuje omotać kolejną nastolatkę. Dziewczyna jest przekonana, że bez względu na wszystko powinna pomóc młodej dziewczynie, by ta nie popełniła jej błędów. Wraca więc do miasta, które opuściła osiemnaście lat temu, by skonfrontować się ze swoim oprawcą. 

"Zanim powróci strach" to bardzo dobry thriller psychologiczny, który porusza trudny temat pedofilii. Pokazuje jak molestowanie seksualne kaleczy psychikę człowieka, jak często społeczeństwo nie dostrzega sygnałów wysyłanych przez skrzywdzone osoby, jak działa oprawca wybierający na swoje ofiary osoby, słabe, odtrącone, wycofane. 

Książkę czyta się płynnie, z zaciekawieniem, czasem z niedowierzaniem. Krótkie rozdziały opowiedziane z perspektywy trzech osób to doskonały zabieg autorki, by lepiej rozeznać się w sytuacji i dogłębniej zrozumieć całą historię. Polecam!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i można ją kupić TUTAJ




Magda Stachula to moja ulubiona polska autorka thrillerów. Przeczytałam wszystkie jej książki i absolutnie każda opisana w nich historia totalnie mnie wciągnęła. Jej kreatywne pomysły na fabułę ciągle mnie zaskakują. Kiedy pojawia się jej nowa powieść, wiem że totalnie przepadnę na kilka godzin, bo z jej książkami to jest tak, że nie odłożysz, dopóki nie przeczytasz. W przypadku jej najnowszego thrillera "Strach, który powraca" było dokładnie tak samo.

Książka jest kontynuacją "Idealnej". Poznajemy w niej dalsze losy Anity i Adama. Małżeństwo doczekało się córeczki, Amelki, która jest oczkiem w głowie obojga rodziców. Cała trójka mieszka pod miastem w pięknym, okazałym domu, co niespecjalnie cieszy Anitę, której mąż na całe dnie wybywa do pracy i często wyjeżdża w delegacje. Kobieta czuje się w wielkim, pustym domu osamotniona i niespokojna. Wprawdzie nie pracuje na etacie, ale rozwija profil paretingowy, z niemałym sukcesem, na Instagramie, marząc po cichu o własnym biznesie. Między małżonkami nie układa się jednak najlepiej. Adam wdaje się w kolejny romans, a Anita zaczyna otrzymywać niepokojące przesyłki. Czuje się obserwowana nawet we własnym domu, zwłaszcza że w tyle głowy wciąż ma historię sprzed lat, demony przeszłości powracają...

Pewnego dnia Anita pozostawia ukochaną córeczkę pod opieką dziadków, a sama znika bez śladu. Pierwszym podejrzanym staje się jej mąż. Zwłaszcza, że policja znajduje jej samochód niemalże pod kamienicą kochanki męża...  Kobiety jednak nigdzie nie ma...

Poszczególne rozdziały thrillera pisane są z perspektywy czterech głównych bohaterów: Adama, Anity, Eryka oraz tajemniczej Niezapominajki. Taki zabieg w książkach bardzo lubię, bo daje mi to lepszy ogląd sytuacji i pozwala lepiej poznać bohaterów. Książka mocno trzyma w napięciu, zwłaszcza po przeczytaniu pierwszych kilku rozdziałów, angażuje czytelnika tak bardzo, że sama zaczęłam się oglądać za siebie :)

"Strach, który powraca" to powieść o ludziach, którzy mocno pogubili się w życiu, zapętlili w gąszczu kłamstw i intryg, którym trudno odkopać się ze skrywanych tajemnic. Zakończenie książki jest otwarte, pozostawia wiele niedopowiedzeń, przez co daje nadzieję na ciąg dalszy powieści. Mam nadzieję, że Magda Stachula będzie kontynuowała historię Adama i Anity. Polecam jeżeli jeszcze nie czytaliście!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Literanova i jest do kupienia TUTAJ.



Pierwszą książkę Harlana Cobena kilka lat temu poleciła mi koleżanka. Przyniosła mi jedną książkę autora i powiedziała - przeczytaj, a nie będziesz żałować! Pamiętam, że "łyknęłam" ją w dwa dni. Od tego czasu rozkochałam się w twórczości Cobena i przeczytałam już sporo jego książek. "W głębi lasu" przeczytałam dopiero niedawno, kiedy zobaczyłam zwiastun serialu na Netflixie, który zresztą też z ciekawości obejrzałam. I uważam, że to naprawdę dobry polski serial. 

Paul Copeland szanowany prokurator zostaje wezwany do identyfikacji zwłok. Na miejscu okazuje się, że denat jest zaginionym przed wielu laty przyjacielem Paula. Daje mu to nadzieję, że jego siostra również żyje. Zaczyna drążyć temat, badać sprawę sprzed lat, kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach podczas letniego wypoczynku zaginęło czworo nastolatków. Dwójkę martwych dzieciaków udało się odnaleźć, po pozostałej dwójce ślad zaginął. Rozpoczyna więc śledztwo rozdrapując, jak się okazuje, niezabliźnione rany, toczy walkę z własnymi demonami, odkrywając krok po kroku prawdę, która była tuszowana przez ponad dekadę. Jednocześnie pan prokurator prowadzi śledztwo dotyczące gwałtu na młodej dziewczynie. Pomaga mu w tym dzielnie asystentka, ratując niejednokrotnie z podbramkowych sytuacji, a tych jest sporo, bo po piętach depcze mu sławny ojciec jednego z oskarżonych w sprawie chłopców. Czy historia sprzed lat wyjdzie na jaw i ujrzy światło dzienne? Czy prokuratorowi uda się pomyślnie zakończyć proces sądowy?

"W głębi lasu" to kryminał, który wciąga i zaciekawia czytelnika już od jego pierwszych stron. Liczne nierozwiązane zagadki z przeszłości, skrywane głęboko tajemnice, mroczne i bolesne sekrety, które nigdy nie miały zostać odkryte, sprawiają, że z każdą kolejną stroną czytelnik coraz bardziej chce odkryć prawdę. Razem z głównym bohaterem, dla którego okazuje się ona jednak bardzo bolesna. Akcja w książce toczy się dynamicznie, wiele się dzieje, ale ostatecznie wszystko łączy się ze sobą, każdy puzzel układanki odnajduje swoje miejsce.

Książki Cobena, również i tą, cenię za ciekawe historie, w których nic nie jest oczywiste, takie jak nam się wydaje na pierwszy rzut oka. Poza tym czyta się je lekko, przyjemnie, z ogromnym czytelniczym zaciekawieniem. Warto przeczytać!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TUTAJ


Pogodowo to nas ten maj raczej nie rozpieszczał. Liczyłam na mnóstwo słońca i ciepłych dni, a tych było jak na lekarstwo. Na pocieszenie był jednak bez, kwiaty na drzewach, ukochane szparagi i oczywiście Dzień Matki. Były też moje subiektywne zachwyty, o których przeczytacie poniżej. Zapraszam!

KOSMETYKI


Ostatnio staram się denkować te kosmetyki, które mam w domu. W maju dokupiłam tylko minimum, to czego absolutnie potrzebowałam. Mój kosmetyczny zachwyt wywołały cudowne naturalne masełka do ust: truskawkowe i koralowe od Shy Deer. Zostawiają na ustach delikatny kolor soczystych truskawek i urzekającego koralu. Kocham nawilżające pomadki, mam je zawsze w torebce, kieszeniach, obok łóżka, no nie ma opcji bym wyszła bez nich z domu. Cudnie, że pojawiły się teraz naturalne, które pozostawiają kolor na ustach, pięknie pachną i smakują. Ty fajnie regenerują, nawilżają i natłuszczają usta. Masełka są miękkie, dobrze się rozprowadzają, trzymają, no i te kolory! Duży plus za papierowe opakowanie, które jest eko i do tego bardzo lekkie. Trzeba się tylko przyzwyczaić do jego użytkowania. 


Drugim zachwytem kosmetycznym okazał się tani (zapłaciłam około 8 zł plus przesyłka), ale cudowny gęsty olejek z pokrzywy do włosów z efektem keratynowego prostowania od Fitokosmetik. Poleciła mi go koleżanka, kiedy zastanawiałam się nad zastosowaniem galaretki do laminowania włosów. No i okazał się moim osobistym hitem, myślę że nie tylko maja! Włosy po nim są sypkie, nawilżone, gładkie, miękkie i bardzo lśniące. Ma konsystencję kremu, łatwo się rozprowadza, bez problemu zmywa. Jestem z niego bardzo zadowolona. 

TOREBKI


Takich zakupów nie robiłam od lat. W zasadzie chyba dlatego, że nic mi się nie podobało. Zmieniło się to jednak, kiedy jakiś czas temu natrafiłam na Instagramie na markę Barelly-bags, wtedy przepadłam, odkryłam torebkowy (i nie tylko) raj. A że na horyzoncie był Dzień Matki, to dziś jestem posiadaczką dwóch cudownych modeli torebek. Najpierw "zachorowałam" na , przypomniała mi torebkę mojej mamy sprzed lat, a zaraz później na , bo też potrzebowałam czegoś mniejszego (noszę ją też czasem na pasku jak saszetkę). No cuda, mówię Wam! Mam wrażenie, że te torebki na żywo wyglądają jeszcze piękniej, niż na zdjęciach na stronie sklepu. Tu widać dbałość o absolutnie każdy szczegół. Całość każdej z torebek jest mega dopracowana i przemyślana, sporo tu różnych przegródek i komór, dopasowanych do telefonu, kalendarzy, miejsce na coś do pisania, portfel, a wszystko mega funkcyjne. Zachwyt na maksa. Jestem pewna, że to nie jest ostatni mój zakup w tym sklepie, bo już upatrzyłam sobie piórnik oraz organizer! 

HERBATY


Ja zdecydowanie należę do #teamtea. Herbaty piję hektolitrami, zresztą nie ja jedna u nas w domu :) Dla mnie herbata ma tyle właściwości, że aż ciężko by było je tu wszystkie wymienić. Herbaty ze zdjęć powyżej są inne niż te, po które do tej pory sięgałam. Tastea Heaven to cudowne ziołowe mieszanki bez sztucznych składników, barwników, aromatów czy konserwantów. W pięknych opakowaniach (wypełnionych po brzegi) kryje się wyjątkowo delikatny smak i aromat z pro zdrowotnymi korzyściami odpowiadającymi na specjale potrzeby naszego organizmu. Wśród nich można znaleźć te wpływające na piękną cerę, na laktację, na przeziębienie i odporność, na bóle menstruacyjne, na odchudzanie, na sen, te oczyszczające ciało i umysł oraz dodające energii. Herbaty wytwarzane są w Grecji przez studentkę medycyny ze znalezionych tam ziół. Mieszanki są pełne owoców, kwiatów i liści, które nie są zmielone w pył i wysuszone na wiór. Zioła do herbat są ręcznie zbierane i oczyszczane, a następnie delikatnie suszone.  Uwielbiam zaparzyć sobie taką Energy z rana, czy Sleep na wieczór, chociaż moją ulubioną jest chyba Beauty. Herbaty są naprawdę pyszne! Jeżeli lubicie herbaty wypróbujcie, a nie będziecie żałować!


OKULARY


Przyszły do mnie w maju też kolejne dwie pary okularów IZIPIZI. Tymi zeszłorocznymi niestety nie cieszyłam się zbyt długo, bo zostały połamane niechcący przez moją siostrę. Słońce świeci coraz mocniej, więc bez okularów raczej ani rusz, zwłaszcza że to dla mnie jednak nie tylko element garderoby, ale też wygody i zdrowia. Są naprawdę super, jestem z nich bardzo zadowolona, sprawdziły mi się w zeszłym sezonie, więc nie kombinowałam, tylko zamówiłam kolejne. Okulary tej francuskiej marki są lekkie, ale solidne, dobrze się trzymają, są w przeróżnych kształtach i kolorach. Ja zamówiłam sobie taki i taki model. No strasznie mi się podobają. 

SERIAL


W maju raczej więcej czytałam, niż oglądałam, ale zdążyliśmy obejrzeć drugi sezon "Już nie żyjesz", który opowiada o dalszych losach Jen i Judy, przyjaciółek, które wpadły w niezłe tarapaty i Benie, dobrym bracie bliźniaku Steve'a. Tutaj dużo się dzieje, akcja pędzi szybko do przodu. Serial jest przewrotnie zabawny, ale również gorzki i ciężki z kryminalnym posmakiem. Świetnie ogląda się go ogląda, nam bardzo podpasował. Czekamy na kolejny sezon. 

MAUDIE


Bardzo urzekł nas film "Maudie", będący koprodukcją irlandzko-kanadyjską z 2016 roku. Opowiada o życiu ludowej artystki Maud Lewis, która była malarką mieszkającą w Szkocji. Uchodziła za dziwaczkę, ale nie poddawała się i walczyła o swoją niezależność, mimo wielu przeciwności losu, po to by móc malować swoje folklorystyczne obrazy. Maud na swojej drodze spotyka samotnika, z którym połączy ją wielkie uczucie. Przepiękne zdjęcia, cudowna muzyka, wspaniałe aktorstwo to niewątpliwie zalety filmu. Jeżeli jeszcze nie widzieliście, to obejrzyjcie, zdecydowanie warto zobaczyć tę historię. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.