"Zanim powróci strach" to moje drugie zetknięcie z twórczością C.L. Taylor. Pierwsza książka autorki, o której pisałam TU, bardzo mi się spodobała, dlatego nie mogłam sobie odmówić przeczytania kolejnej, zwłaszcza że opis książki jest bardzo intrygujący i mocno zachęcający.

Lou Wandsworth jako nastolatka przeżyła traumę, za sprawą swojej pierwszej miłości, nauczyciela, który był obiektem westchnień młodej dziewczyny. Czternastolatka bez pamięci zakochuje się w swoim nauczycielu. Miłość przesłania jej cały świat i racjonalne myślenia. Dużo starszy mężczyzna mami młodą kobietę miłymi słówkami i obietnicami bez pokrycia, wykorzystując jej naiwność i łatwowierność. Mike Hughes nakłania Lou do wyjazdu do Francji, gdzie rzekomo czeka ich cudowna przyszłość we dwojkę. Na miejscu jednak okazuje się, że Mike ma dwie twarze, a ta druga jest niezwykle okrutna. 

Przeżycia, które doświadczyła w młodości Lou odbijają się piętnem w jej dorosłym życiu. Kobieta nie potrafi zaufać, zbudować trwałego, solidnego związku. Doświadczenia z przeszłości ciągle wracają i o sobie przypominają. 

Mija wiele lat i Lou odkrywa, że Mike znów próbuje omotać kolejną nastolatkę. Dziewczyna jest przekonana, że bez względu na wszystko powinna pomóc młodej dziewczynie, by ta nie popełniła jej błędów. Wraca więc do miasta, które opuściła osiemnaście lat temu, by skonfrontować się ze swoim oprawcą. 

"Zanim powróci strach" to bardzo dobry thriller psychologiczny, który porusza trudny temat pedofilii. Pokazuje jak molestowanie seksualne kaleczy psychikę człowieka, jak często społeczeństwo nie dostrzega sygnałów wysyłanych przez skrzywdzone osoby, jak działa oprawca wybierający na swoje ofiary osoby, słabe, odtrącone, wycofane. 

Książkę czyta się płynnie, z zaciekawieniem, czasem z niedowierzaniem. Krótkie rozdziały opowiedziane z perspektywy trzech osób to doskonały zabieg autorki, by lepiej rozeznać się w sytuacji i dogłębniej zrozumieć całą historię. Polecam!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i można ją kupić TUTAJ




Magda Stachula to moja ulubiona polska autorka thrillerów. Przeczytałam wszystkie jej książki i absolutnie każda opisana w nich historia totalnie mnie wciągnęła. Jej kreatywne pomysły na fabułę ciągle mnie zaskakują. Kiedy pojawia się jej nowa powieść, wiem że totalnie przepadnę na kilka godzin, bo z jej książkami to jest tak, że nie odłożysz, dopóki nie przeczytasz. W przypadku jej najnowszego thrillera "Strach, który powraca" było dokładnie tak samo.

Książka jest kontynuacją "Idealnej". Poznajemy w niej dalsze losy Anity i Adama. Małżeństwo doczekało się córeczki, Amelki, która jest oczkiem w głowie obojga rodziców. Cała trójka mieszka pod miastem w pięknym, okazałym domu, co niespecjalnie cieszy Anitę, której mąż na całe dnie wybywa do pracy i często wyjeżdża w delegacje. Kobieta czuje się w wielkim, pustym domu osamotniona i niespokojna. Wprawdzie nie pracuje na etacie, ale rozwija profil paretingowy, z niemałym sukcesem, na Instagramie, marząc po cichu o własnym biznesie. Między małżonkami nie układa się jednak najlepiej. Adam wdaje się w kolejny romans, a Anita zaczyna otrzymywać niepokojące przesyłki. Czuje się obserwowana nawet we własnym domu, zwłaszcza że w tyle głowy wciąż ma historię sprzed lat, demony przeszłości powracają...

Pewnego dnia Anita pozostawia ukochaną córeczkę pod opieką dziadków, a sama znika bez śladu. Pierwszym podejrzanym staje się jej mąż. Zwłaszcza, że policja znajduje jej samochód niemalże pod kamienicą kochanki męża...  Kobiety jednak nigdzie nie ma...

Poszczególne rozdziały thrillera pisane są z perspektywy czterech głównych bohaterów: Adama, Anity, Eryka oraz tajemniczej Niezapominajki. Taki zabieg w książkach bardzo lubię, bo daje mi to lepszy ogląd sytuacji i pozwala lepiej poznać bohaterów. Książka mocno trzyma w napięciu, zwłaszcza po przeczytaniu pierwszych kilku rozdziałów, angażuje czytelnika tak bardzo, że sama zaczęłam się oglądać za siebie :)

"Strach, który powraca" to powieść o ludziach, którzy mocno pogubili się w życiu, zapętlili w gąszczu kłamstw i intryg, którym trudno odkopać się ze skrywanych tajemnic. Zakończenie książki jest otwarte, pozostawia wiele niedopowiedzeń, przez co daje nadzieję na ciąg dalszy powieści. Mam nadzieję, że Magda Stachula będzie kontynuowała historię Adama i Anity. Polecam jeżeli jeszcze nie czytaliście!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak Literanova i jest do kupienia TUTAJ.



Pierwszą książkę Harlana Cobena kilka lat temu poleciła mi koleżanka. Przyniosła mi jedną książkę autora i powiedziała - przeczytaj, a nie będziesz żałować! Pamiętam, że "łyknęłam" ją w dwa dni. Od tego czasu rozkochałam się w twórczości Cobena i przeczytałam już sporo jego książek. "W głębi lasu" przeczytałam dopiero niedawno, kiedy zobaczyłam zwiastun serialu na Netflixie, który zresztą też z ciekawości obejrzałam. I uważam, że to naprawdę dobry polski serial. 

Paul Copeland szanowany prokurator zostaje wezwany do identyfikacji zwłok. Na miejscu okazuje się, że denat jest zaginionym przed wielu laty przyjacielem Paula. Daje mu to nadzieję, że jego siostra również żyje. Zaczyna drążyć temat, badać sprawę sprzed lat, kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach podczas letniego wypoczynku zaginęło czworo nastolatków. Dwójkę martwych dzieciaków udało się odnaleźć, po pozostałej dwójce ślad zaginął. Rozpoczyna więc śledztwo rozdrapując, jak się okazuje, niezabliźnione rany, toczy walkę z własnymi demonami, odkrywając krok po kroku prawdę, która była tuszowana przez ponad dekadę. Jednocześnie pan prokurator prowadzi śledztwo dotyczące gwałtu na młodej dziewczynie. Pomaga mu w tym dzielnie asystentka, ratując niejednokrotnie z podbramkowych sytuacji, a tych jest sporo, bo po piętach depcze mu sławny ojciec jednego z oskarżonych w sprawie chłopców. Czy historia sprzed lat wyjdzie na jaw i ujrzy światło dzienne? Czy prokuratorowi uda się pomyślnie zakończyć proces sądowy?

"W głębi lasu" to kryminał, który wciąga i zaciekawia czytelnika już od jego pierwszych stron. Liczne nierozwiązane zagadki z przeszłości, skrywane głęboko tajemnice, mroczne i bolesne sekrety, które nigdy nie miały zostać odkryte, sprawiają, że z każdą kolejną stroną czytelnik coraz bardziej chce odkryć prawdę. Razem z głównym bohaterem, dla którego okazuje się ona jednak bardzo bolesna. Akcja w książce toczy się dynamicznie, wiele się dzieje, ale ostatecznie wszystko łączy się ze sobą, każdy puzzel układanki odnajduje swoje miejsce.

Książki Cobena, również i tą, cenię za ciekawe historie, w których nic nie jest oczywiste, takie jak nam się wydaje na pierwszy rzut oka. Poza tym czyta się je lekko, przyjemnie, z ogromnym czytelniczym zaciekawieniem. Warto przeczytać!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TUTAJ


Pogodowo to nas ten maj raczej nie rozpieszczał. Liczyłam na mnóstwo słońca i ciepłych dni, a tych było jak na lekarstwo. Na pocieszenie był jednak bez, kwiaty na drzewach, ukochane szparagi i oczywiście Dzień Matki. Były też moje subiektywne zachwyty, o których przeczytacie poniżej. Zapraszam!

KOSMETYKI


Ostatnio staram się denkować te kosmetyki, które mam w domu. W maju dokupiłam tylko minimum, to czego absolutnie potrzebowałam. Mój kosmetyczny zachwyt wywołały cudowne naturalne masełka do ust: truskawkowe i koralowe od Shy Deer. Zostawiają na ustach delikatny kolor soczystych truskawek i urzekającego koralu. Kocham nawilżające pomadki, mam je zawsze w torebce, kieszeniach, obok łóżka, no nie ma opcji bym wyszła bez nich z domu. Cudnie, że pojawiły się teraz naturalne, które pozostawiają kolor na ustach, pięknie pachną i smakują. Ty fajnie regenerują, nawilżają i natłuszczają usta. Masełka są miękkie, dobrze się rozprowadzają, trzymają, no i te kolory! Duży plus za papierowe opakowanie, które jest eko i do tego bardzo lekkie. Trzeba się tylko przyzwyczaić do jego użytkowania. 


Drugim zachwytem kosmetycznym okazał się tani (zapłaciłam około 8 zł plus przesyłka), ale cudowny gęsty olejek z pokrzywy do włosów z efektem keratynowego prostowania od Fitokosmetik. Poleciła mi go koleżanka, kiedy zastanawiałam się nad zastosowaniem galaretki do laminowania włosów. No i okazał się moim osobistym hitem, myślę że nie tylko maja! Włosy po nim są sypkie, nawilżone, gładkie, miękkie i bardzo lśniące. Ma konsystencję kremu, łatwo się rozprowadza, bez problemu zmywa. Jestem z niego bardzo zadowolona. 

TOREBKI


Takich zakupów nie robiłam od lat. W zasadzie chyba dlatego, że nic mi się nie podobało. Zmieniło się to jednak, kiedy jakiś czas temu natrafiłam na Instagramie na markę Barelly-bags, wtedy przepadłam, odkryłam torebkowy (i nie tylko) raj. A że na horyzoncie był Dzień Matki, to dziś jestem posiadaczką dwóch cudownych modeli torebek. Najpierw "zachorowałam" na , przypomniała mi torebkę mojej mamy sprzed lat, a zaraz później na , bo też potrzebowałam czegoś mniejszego (noszę ją też czasem na pasku jak saszetkę). No cuda, mówię Wam! Mam wrażenie, że te torebki na żywo wyglądają jeszcze piękniej, niż na zdjęciach na stronie sklepu. Tu widać dbałość o absolutnie każdy szczegół. Całość każdej z torebek jest mega dopracowana i przemyślana, sporo tu różnych przegródek i komór, dopasowanych do telefonu, kalendarzy, miejsce na coś do pisania, portfel, a wszystko mega funkcyjne. Zachwyt na maksa. Jestem pewna, że to nie jest ostatni mój zakup w tym sklepie, bo już upatrzyłam sobie piórnik oraz organizer! 

HERBATY


Ja zdecydowanie należę do #teamtea. Herbaty piję hektolitrami, zresztą nie ja jedna u nas w domu :) Dla mnie herbata ma tyle właściwości, że aż ciężko by było je tu wszystkie wymienić. Herbaty ze zdjęć powyżej są inne niż te, po które do tej pory sięgałam. Tastea Heaven to cudowne ziołowe mieszanki bez sztucznych składników, barwników, aromatów czy konserwantów. W pięknych opakowaniach (wypełnionych po brzegi) kryje się wyjątkowo delikatny smak i aromat z pro zdrowotnymi korzyściami odpowiadającymi na specjale potrzeby naszego organizmu. Wśród nich można znaleźć te wpływające na piękną cerę, na laktację, na przeziębienie i odporność, na bóle menstruacyjne, na odchudzanie, na sen, te oczyszczające ciało i umysł oraz dodające energii. Herbaty wytwarzane są w Grecji przez studentkę medycyny ze znalezionych tam ziół. Mieszanki są pełne owoców, kwiatów i liści, które nie są zmielone w pył i wysuszone na wiór. Zioła do herbat są ręcznie zbierane i oczyszczane, a następnie delikatnie suszone.  Uwielbiam zaparzyć sobie taką Energy z rana, czy Sleep na wieczór, chociaż moją ulubioną jest chyba Beauty. Herbaty są naprawdę pyszne! Jeżeli lubicie herbaty wypróbujcie, a nie będziecie żałować!


OKULARY


Przyszły do mnie w maju też kolejne dwie pary okularów IZIPIZI. Tymi zeszłorocznymi niestety nie cieszyłam się zbyt długo, bo zostały połamane niechcący przez moją siostrę. Słońce świeci coraz mocniej, więc bez okularów raczej ani rusz, zwłaszcza że to dla mnie jednak nie tylko element garderoby, ale też wygody i zdrowia. Są naprawdę super, jestem z nich bardzo zadowolona, sprawdziły mi się w zeszłym sezonie, więc nie kombinowałam, tylko zamówiłam kolejne. Okulary tej francuskiej marki są lekkie, ale solidne, dobrze się trzymają, są w przeróżnych kształtach i kolorach. Ja zamówiłam sobie taki i taki model. No strasznie mi się podobają. 

SERIAL


W maju raczej więcej czytałam, niż oglądałam, ale zdążyliśmy obejrzeć drugi sezon "Już nie żyjesz", który opowiada o dalszych losach Jen i Judy, przyjaciółek, które wpadły w niezłe tarapaty i Benie, dobrym bracie bliźniaku Steve'a. Tutaj dużo się dzieje, akcja pędzi szybko do przodu. Serial jest przewrotnie zabawny, ale również gorzki i ciężki z kryminalnym posmakiem. Świetnie ogląda się go ogląda, nam bardzo podpasował. Czekamy na kolejny sezon. 

MAUDIE


Bardzo urzekł nas film "Maudie", będący koprodukcją irlandzko-kanadyjską z 2016 roku. Opowiada o życiu ludowej artystki Maud Lewis, która była malarką mieszkającą w Szkocji. Uchodziła za dziwaczkę, ale nie poddawała się i walczyła o swoją niezależność, mimo wielu przeciwności losu, po to by móc malować swoje folklorystyczne obrazy. Maud na swojej drodze spotyka samotnika, z którym połączy ją wielkie uczucie. Przepiękne zdjęcia, cudowna muzyka, wspaniałe aktorstwo to niewątpliwie zalety filmu. Jeżeli jeszcze nie widzieliście, to obejrzyjcie, zdecydowanie warto zobaczyć tę historię. 

Bywają książki, które zostają w pamięci na długo. Mimo, że zostały już dawno odłożone na półkę, historia opisana w nich siedzi mocno w głowie i nie chce ulecieć. Wraca się do niej mimowolnie, analizując i przypominając sobie nawet najdrobniejsze szczegóły. W moim przypadku zadziało się tak właśnie w przypadku książki "Ostatni lot" Julie Clark. Wcale się więc dziwię, że książka zebrała tak dużo pozytywnych recenzji. 

Historie dwóch kobiet, które poznajemy w "Ostatnim locie" są niezwykle interesujące i intrygujące, a przez to mocno angażujące Czytelnika. Losy głównych bohaterek różnią się od siebie diametralnie,  mają jednak wspólne pragnienie, bo obie marzą o tym, by porzucić swoje dotychczasowe życie i zacząć wszystko od początku. Clarie pragnie uciec od męża agresora, męża który wyładowuje na niej swoje wybuchy złości, który śledzi każdy jej ruch, kontrolując życie kobiety. Ma ku temu możliwości, bo Rory jest wziętym wpływowym politykiem otoczonym sztabem ludzi, którzy mu w tym pomagają. Eva natomiast ucieka przed wymiarem sprawiedliwości w związku z popełnionymi w przeszłości błędami.

I wtedy obie kobiety spotykają się na lotnisku, wymieniają kartami pokładowymi i od tej pory Clarie staje się Evą, która leci do Oakland, a Eva zmierza do Portoryko jako Clarie. Dla obu stron taka sytuacja wydaje się wybawieniem. Tylko czy zamiana tożsamości w dzisiejszych czasach może być taka prosta? Czy uda im się uciec od własnego życia? 

Tymczasem Clarie po wylądowaniu w Oakland dowiaduje się, że samolot, którym leciała Eva uległ wypadkowi. Tego chyba nikt się nie spodziewał... Czy to szansa dla Clarie na nowe, lepsze życie?  Uwolnienie od demonów przeszłości? Czy tylko początek nowych problemów? 

Historia opowiedziana przez Julie Clark trzyma w napięciu, wodzi Czytelnika za nos, serwuje sporo zwrotów akcji, wieńcząc opowieść zaskakującym zakończeniem. Ciekawy pomysł na fabułę poruszający problem przemocy domowej i mimo wszystko walki o siebie oraz świetnie skrojone kreacje bohaterów to niewątpliwie ogromne plusy książki. Zdecydowanie polecam, nie tylko kobietom. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictw Muza S.A. i jest do kupienia TU.

Kryminały i thrillery rządzą u mnie bez dwóch zdań. Kiedyś nie sądziłam, że taka literatura będzie moją ulubioną, a dzisiaj zaczytuję się w tych książkach. Ostatnio przeczytałam naprawdę ciekawy i bardzo wciągający kryminał. To pierwsza książka Ryszarda Ćwirleja, którą przeczytałam. Skusiłam się na nią, bo mój wzrok przykuła okładka książki, ale po przeczytaniu stwierdzam, że "Jedyne wyjcie" to naprawdę kawał dobrej literatury angażującej czytelniczo.

To rasowy, świetnie skonstruowany kryminał, taki który wciąga i zaciekawia od pierwszych stron, trzyma w napięciu do samego końca i podsyca ciekawość z każdym kolejnym rozdziałem. Książka opowiada historię ambitnej, zdolnej, bardzo inteligentnej i bezkompromisowej posterunkowej Anety Nowak, pracującej w podpoznańskiej komendzie, której udaje się rozwiązywać bardzo skomplikowane sprawy.

Tym razem kobieta trafia przypadkowo na ślad porwanego siedemnastoletniego syna biznesmena. Dzięki niej udaje się rodzicom odzyskać chłopca bez okupu. Kiedy policja przyjeżdża na miejsce, okazuje się, że porywaczy nie ma już z chłopakiem.

To jednak nie jedyna sprawa, która zaprząta głowę młodej policjantki. Zainteresowała ją także sprawa znikania młodych kobiet, w tym jej szkolnej koleżanki, która według Nowak, nie mogłaby tak z własnej woli opuścić swojej rodziny. Czy te zgoła różne sprawy mają ze sobą coś wspólnego? Czy policjantce uda się je rozwikłać? Czy prawda wyjdzie na jaw?

Książka ma 500 stron, ale czyta się ją bardzo szybko, nie dłuży się, bo ciągle coś się dzieje, akcja jest niebywale dynamiczna dzięki wielowątkowej intrydze kryminalnej. Każdy rozdział zaczyna się od dialogów prowadzonych na komunikatorze, które powodują dreszczyk niepokoju, co według mnie jest fajnym zabiegiem. Dodatkowe plusy za błyskotliwe dialogi i poczucie humoru oraz interesujące postaci. Polecam!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i jest do kupienia TU

Maj jakoś pogodowo niespecjalnie nas rozpieszcza, ciągle pada i pada, ale w czasie deszczu wcale nie trzeba się nudzić. Można czytać, czytać i czytać. Bez wyrzutów sumienia, z ciepłą herbatą w ręce i pod ciepłym kocykiem. U mnie zdecydowanie deszcz sprzyja czytaniu. Kolejne książki za mną, a jedną z nich "Katalog motyli" Izabeli Knyżewskiej. 

Książka jest debiutem autorki i to całkiem mocnym. Takim, który czyta się z przyjemnością i zaciekawieniem. To kryminał, gdzie główni bohaterowie próbują rozwikłać zagadkę śmierci bardzo lubianego przez znajomych, a zwłaszcza znajome, Krzysztofa Brzeskiego, wiceszefa filmy developerskiej, który wiedzie dostatnie, obfitujące w liczne podróże i dość rozrywkowe życie. Nie szczędzi sobie przyjemności w życiu, z czego nie do końca zadowolona jest jego żona. 

Do zbadania sprawy zostaje przydzielony komisarz Adam Smygalski, a wspomaga go aspirantka Nina Jurska, która znała denata. Wszystkie tropy i ślady jednoznacznie wskazują na Alicję, żonę zamordowanego Krzysztofa, która nagle rozpływa się w powietrzu. Jednak obiecujące tropy prowadzą donikąd, kiedy pojawiają się kolejne ofiary. W drodze śledztwa wychodzi na jaw, że Krzysztof Brzeski fotografował kobiety, z którymi miał romans. Kluczowym wydaje się więc dotarcie do tych kobiet, by ostatecznie rozwiązać zagadkę jego śmierci. Czy to jednak wystarczy? Czy policjantom uda się ustalić, kto stoi za zbrodnią?

Bardzo ciekawym i fajnym zabiegiem w książce było wprowadzenie przez autorkę narracji prowadzonej przez osobę, która dokonała morderstwa. Rozmyślania na temat zbrodni i kary, analizowanie zachowania niewątpliwie ubarwiły całą historię. Kto nie czytał, niech nadrabia!

Ja z całą pewnością sięgnę po kolejną powieść autorki. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa HarperCollins Polska i jest do kupienia TU

Bardzo lubię czytać książki polskich autorów, ale przez długi czas na nic fajnego nie udało mi się trafić, aż do momentu przeczytania thrillera "Bliżej, niż myślisz" Ewy Przydrygi. Książka spodobała mi się już po pierwszych kilku stronach, a z czasem było tylko lepiej.

Ciekawy, niebanalny pomysł na fabułę, pomysłowo zawiązana intryga oraz świetnie wykreowana postać głównej bohaterki to niewątpliwie plusy tej powieści.

Rzecz dzieje się w mrocznej, jesiennej Gdyni, gdzie Nika Werner, po  traumach i trudnych życiowych przejściach, próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Decyduje się na zakup starego domu, po bardzo okazyjnej cenie, który z powodzeniem przekształca w pensjonat. Niestety poza sezonem nie ma wielu gości, dlatego zajęty jest tylko jeden pokój. Pensjonariuszką jest tajemnicza, bardzo skryta i wystraszona kobieta, która zdaje się padła ofiarą zakapturzonego nieznajomego. Nika bowiem pewnego razu, zupełnie przypadkiem, późną nocą dostrzega niepokojącą scenę, która jednoznacznie świadczy o tym, że kobiecie grozi niebezpieczeństwo. Nikę paraliżuje strach i nie jest w stanie pomóc kobiecie. Zgłasza jednak sprawę na policję, ale tam nikt nie wierzy w jej wersję wydarzeń, zwłaszcza że nie ma żadnych śladów przestępstwa. Z czasem kobieta sama zaczyna się zastanawiać czy to, co widziała było prawdą, czy może omamem po zażytych lekach popitych alkoholem. Ostatecznie jednak decyduje się na wzięcie sprawy w swoje ręce i rozpoczyna własne śledztwo, w trakcie którego okazuje się że rozwiązanie jest bliżej, niż mogłoby się to wydawać.

Autorka bardzo umiejętnie zapętla fabułę, sprytnie wodzi czytelnika za nos, podrzucając nowe tropy, pokazując świat oczami zamroczonej kobiety, którą atakują z nienacka demony przeszłości, a umysł płata figle sprawiając, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Zakończenie wiele wyjaśnia, ale pozostawia też niektóre pytania bez odpowiedzi. Warto przeczytać!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Muza i jest do kupienia TU.

ł

Połowa maja za nami, więc pora na cykliczny wpis o moich hitach zeszłego miesiąca. Nie ma co ukrywać kwiecień nie był dla nas najznakomitszym miesiącem. Bywało czasami mocno pod górkę, chociaż zdarzały się fajne chwile, na co wszyscy ciężko pracowaliśmy. Coś w tym chyba jest, że kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy, trochę lata. U nas zdecydowanie przeplatał, nie tylko aurę za oknem, ale też te humory nasze, te lepsze chwile, z tymi znacznie gorszymi. Widzę jednak światełko w tunelu, więc nie ma co dumać za bardzo, nad tym co złe było, ale skupiać się na tych dobrych rzeczach. A kilka fajnych wyhaczyłam w zeszłym miesiącu. Zobaczcie sami!

1. KOSMETYKI


W kwietniu królowały u mnie Yumiki. Kupiłam je pierwszy raz chyba w październiku zeszłego roku. Zachwyciły mnie ogromnie, więc pisałam o nich na blogu i pokazywałam na Instagramie. Wcześniej miałam je o arbuzowym i ananasowym zapachu, a teraz  pojawiły się borówkowe i winogronowe. Tym razem otrzymałam je w prezencie i znów się nimi zachwycam. Świetnie działają i mają dobry skład. Balsamy i kremy cechuje fajna lekka formuła, która szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu na skórze, co jest dla mnie przydatne zwłaszcza rano, po szybkim prysznicu, kiedy się śpieszę. Ja osobiście bardzo lubię kosmetyki, które mają w swoim składzie aloes (a te mają, co więcej mają sok z aloesu, nie puder!), który cudownie łagodzi, regeneruje i działa przeciwzapalnie. Zawsze w domu mam tubkę czystego aloesu. Ostatnio koleżanka powiedziała mi, że nakłada aloes na włosy i nigdy takich pięknych nie miała. Ja jeszcze nie próbowałam, ale wszystko przede mną. Kosmetyki Yumi, mimo lekkiej formuły, fajnie nawilżają i likwidują ściągnięcie skóry. Pozostawiają delikatny, subtelny, nienachalny zapach. Po więcej odsyłam Was na Instagram marki, tam znajdziecie sporo informacji na temat produktów. A i zapomniałabym: czy te opakowania nie są cudne? :)

A teraz dwa produkty innej marki, której kosmetyki stosuję już od dawna i jestem z nich bardzo zadowolona.


Z racji tego, że pokończyły się moje wszelakie produkty do mycia twarzy, potrzebowałam się w coś zaopatrzyć. Tym razem spróbowałam oczyszczającego żelu do skóry suchej i wrażliwej marki Basiclab. Kiedyś używałam już żelu do twarzy tej marki, tylko innego, i moja skóra bardzo się z nim polubiła, dlatego wróciłam do tego produktu. Lubię go przede wszystkim za to, że po jego użyciu moja skóra nie jest nieprzyjemnie ściągnięta, zapewne dzięki temu, że żel nie ma w składzie mydła. Nie wysusza mojej buźki, nie podrażnia oczu i bez problemu zmywa resztki makijażu. Mam wrażenie, że koi skórę i ją nawilża. Super!


A drugi produkt, to bezbarwna, nawilżająca pomadka do ust. Nie wiem jak u Was, ale u mnie to produkt pierwszej potrzeby. Mam go absolutnie zawsze przy sobie. A z tą pomadką polubiłam się od pierwszego użycia. Dobrze nawilża, zmiękcza i koi spierzchnięte usta. Zamówiłam sobie już kolejną i będę ją używać na zmianę z moją peelingującą pomadką. A i cena też bardzo dobra. Zapłaciłam za nią niecałe 10 zł.

2. AKCESORIA


Od jakiego czasu używam płytki do masażu twarzy z kwarcu różowego i jestem nią zachwycona. Od dawna szczotkuję ciało na sucho, taki masaż dla całego ciała, więc pomyślałam czemu by nie spróbować masażu twarzy? I tak od końcówki marca jestem posiadaczką płytki Gua Sha w kształcie serca, którą masuję twarz 3-4 razy w tygodniu, by moja skóra była bardziej elastyczna i jędrna. Taki masaż poprawia krążenie, oczyszcza z toksyn, działa też przeciwzmarszczkowo, redukuje cienie pod oczami i przywraca ogólnie blask skórze. Próbowaliście? Jeżeli nie, to naprawdę polecam. Więcej informacji o tym jak wykonać taki masaż, u kogo się sprawdzi, a komu jest niewskazany można znaleźć na stronie marki Chic chiq, która tworzy też kosmetyki naturalne inspirowane Ajurwedą. 

3. ZDROWIE



Od bardzo dawna pijemy w domu oleje zimnotłoczone, bo nie od dziś wiadomo, że mają korzystny wpływ na nasz organizm. Za pan brat jesteśmy z olejem lnianym czy z czarnuszki. Pijemy je w zasadzie regularnie naprzemiennie, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Całkiem niedawno odkryłam, że można mieć w jednym produkcie optymalną kompozycję trzech olejów, dostosowaną do różnych potrzeb czy wieku i teraz każdy w domu ma dodatkowo swoją własną butelkę oleju. W mojej, stworzonej specjalnie dla Kobiet, znajduje się nierafinowany olej z lnu, wiesiołka oraz konopii. Nie będę się rozpisywała o poszczególnych właściwościach olei, bo każdy może sobie bez problemu znaleźć te informacje (np. TU), warto się z nimi zapoznać. W butelce przeznaczonej dla mężczyzn jest olej rzepakowy, dyniowy i wiesiołkowy, a w tej Junior lniany, rzepakowy i z wiesiołka. Widziałam, że firma ma jeszcze w ofercie kompozycję dla Seniora i dla Pupila. My oleje spożywamy bezpośrednio z łyżki lub jako dodatek do sałatek czy koktajli. Według mnie super sprawa taki mix olei. Jeżeli jesteście zainteresowani, zerknijcie na stronę LoveLife.

4. SERIALE


W kwietniu obejrzeliśmy dwa naprawdę dobre seriale na Netflixie. Pierwszy z nich to Kalifat. Dawno żaden serial tak mną nie wstrząsnął, jak ten właśnie. Jeżeli macie możliwość obejrzenia, to gorąco polecam. Napięcie i niepokój towarzyszą od pierwszej do ostatniej sceny. Do tego klimatyczna muzyka i świetni aktorzy. Serial opowiada historię trzech kobiet: matki z małym dzieckiem, która chce uciec z Syrii, młodej studentki mieszkającej w Szwecji, która poznaje świat islamu, zostaje zwerbowana i skutecznie zmanipulowana przez kolegę, członka ISIS oraz ambitnej policjantki. A do tego w Syrii ISIS planuje atak terrorystyczny na Szwecję. To naprawdę trzeba zobaczyć.


Równie ciekawy okazał się serial Unorthodox. Kto jeszcze nie widział, a ma kilka wolnych wieczorów, to też polecam obejrzeć. To z kolei opowieść o wychowanej w chasydzkiej społeczności nastolatce, która była przekonana, że jej powołaniem jest bycie żoną i matką, dopóki nie zostaje przymuszona do małżeństwa. Udaje jej się jednak wszystko porzucić i uciec ze społeczności ortodoksyjnych Żydów do ultraliberalnego Berlina.

5. KONTO NA INSTAGRAMIE


W tym zestawieniu absolutnie nie mogło zabraknąć najcudowniejszego konta na Instagramie, który tworzy Kamila. Piękna, zdolna, mądra, rzeczowa Kobietka, która ma mnóstwo ciekawych i inspirujących rzeczy do przekazania, a zwłaszcza cennych informacji na temat Stanów. Dobrze, że ma sporo do powiedzenia, bo można jej słuchać (i patrzeć na nią :) godzinami. Zerknijcie do niej na profil, a jestem pewna, że Wam też się spodoba i przepadniecie. 

Przeczytałam wszystkie poprzednie książki Jenny Blackhurst, więc nie odmówiłam sobie przyjemności przeczytania jej najnowszego thrillera psychologicznego "Ktoś tu kłamie". Cieszę się bardzo, że sięgnęłam po tę książkę, bo dostarczyła mi mnóstwa wspaniałych czytelniczych doznań.

"Ktoś tu kłamie" opowiada historię mieszkańców bogatego, prestiżowego osiedla Severn Oaks, zamieszkałego przez ludzi odnoszących spore zawodowe sukcesy. Zdawać by się mogło, że to niezwykle spokojna dzielnica, gdzie życie płynie leniwie, bez niespodzianek, niemalże sielankowo, odbywają się pikniki szkolne, a sąsiedzi pomagają sobie i wspierają się nawzajem. Jednak nic bardziej mylnego. Tu każdy ma swoje tajemnice, sekrety, które skrywa skrzętnie przed innymi, by nikt nie ujrzał ich prawdziwej twarzy. Kobiety rywalizują ze sobą udając jednocześnie miłe i przyjacielskie, a czekają tylko by wbić szpilę koleżance. I tak płynie im życie, aż pewnego razu....

..... podczas halloweenowej imprezy dochodzi do nieszczęśliwego wypadku, podczas którego ginie Erica Spencer, lubiana, bardzo pomocna i główna organizatorka życia towarzyskiego na osiedlu. Wypity alkohol i upadek z domku na drzewie to podane przyczyny śmierci.

Mija niespełna rok od śmierci kobiety, a na stronie facebookowej szkoły pojawia się informacja sugerująca, że nie zginęła ona w wyniku nieszczęśliwego wypadku tylko została zamordowana. Co więcej autor posta twierdzi, że zna osobę odpowiedzialną za śmierć Ericki i zamierza w kolejno publikowanych podcastach wyjawić prawdę. Czy rzeczywiście zna mordercę Ericki? Czy tylko wkręca mieszkańców Severn Oaks wywołując zamęt, panikę i strach?

Książkę czyta się jednym tchem. Pierwsze kilka stron, to wprowadzenie, dzięki któremu poznajemy głównych bohaterów, mieszkańców luksusowego zamkniętego osiedla. Z każdą jednak stroną akcja przybiera na prędkości, a maski poszczególnych bohaterów zostają zdejmowane. Pod nimi kryją się niejednokrotnie kłamliwi i pełni zawiści ludzie, którzy w obliczu niepewności zaczynają zwracać się przeciwko sobie.

Duży plus również za zakończenie powieści, bardzo nieoczywiste, trudno domyślić się, kto jest zabójcą Ericki, bo ktoś tu zdecydowanie kłamie....

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TU.

Zapragnęłam odpocząć od wszystkich kryminałów, które ostatnio przeczytałam. Zaczęłam więc rozglądać się za czymś zgoła odmiennym. Tak trafiłam na książkę "Łzy wojny" Wilburga Smitha i Davida Churchilla. Przeczytałam streszczenie i pomyślałam, że tego właśnie mi trzeba. I nie pomyliłam się. Książkę przeczytałam z ogromną przyjemnością i mocnym czytelniczym zaczytaniem.

"Łzy wojny" to piękna miłosna historia rozgrywająca się w malowniczej, spokojnej i bardzo upalnej Kenii oraz chłodnej, deszczowej i mglistej Anglii. Czytając malownicze opisy w książce miałam wrażenie, że aktualnie znajduję się w takich właśnie okolicznościach przyrody. Saffron Countrey wiedzie w Kenii spokojne, niemal sielankowe życie pod skrzydłami kochających rodziców. Ojciec dziewczyny zajmuje się  handlem, a matka pozostaje w domu skupiona na wychowaniu córki. Niestety rodzinna tragedia, śmierć matki, zmusza Saffron do opuszczenia Kenii i szukania swojego miejsca na ziemi w Anglii, bowiem nastolatka za namową ojca podejmuje decyzję o kontynuowaniu nauki. Dzięki wrodzonemu zacięciu i uporowi udaje jej się dostać do Oksfordu i swoją podróż do Anglii rozpoczyna w przededniu wybuchu wojny.

Tymczasem Gehrard, rodowity Niemiec, pochodzący z rodziny, która mocno sympatyzuje z Hitlerem, idealista, który zostaje wciągnięty w zbrodniczy mechanizm, pracuje jako architekt i jest zapalonym lotnikiem. Zbliża go to do niemieckiej władzy, chociaż w głębi serca nie popiera nazistów. 

Ta dwójka, tak diametralnie różnych od siebie ludzi, pochodzących ze skłóconych ze sobą rodzin, spotyka się przypadkowo podczas wojennej zawieruchy. Czy uda im się zbudować związek, a miłość okaże się silniejsza i pokona wszelkie przeciwności? Czy jednak lojalność wobec rodziny zwycięży? 

"Łzy wojny" to taka książka, której historia pozostaje z Czytelnikiem na długo. Dostarcza mnóstwa emocji i wrażeń, a piękne opisy przyrody i miejsc potęgują doznania Czytelnicze. To nie jest typowy romans, a wielowątkowa, słodko-gorzka opowieść o historii dwojga ludzi, skutkach wyborów, rodzinnych zawiłych relacjach, lojalności wobec rodziny i ojczyzny, a wszystko to osadzone w czasach zawieruchy wojennej. Polecam!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i jest do kupienia TUTAJ

Nie zawsze jest kolorowo. Bywa, że świat jawi się w czarnych barwach, bo czasem zwyczajnie przychodzą gorsze dni, kiedy to bezsilność zmiesza się z frustracją tworząc iście wybuchowy koktajl. 

Głowa nie zawsze jest pełna marzeń, bo bywa pełna pesymistycznych myśli i paskudnych scenariuszy. Oddech nie zawsze jest haustem cudownego świeżego powietrza, które sprawia przyjemność, bo bywa że dusi każdy wdech. Wolność nie zawsze jest  oczywista, bo bywa tłamszona i zabierana. 

Czasem szczęście przychodzi w nieszczęściu. Czasem doceniamy najdrobniejszy szczegół, a czasem wielkie rzeczy wydają się błahe. Czasem czujemy się tak wspaniale, że z powodzeniem możemy góry przenosić, a czasem zwyczajne wstanie z łóżka to wyczyn, bo Life Balance, jak ostatnio przeczytałam, to najtrudniejsza z życiowych gimnastyk. Warto jednak o tę równowagę życiową zawalczyć i niemal z uporem maniaka poszukiwać, zwłaszcza teraz, w tym naszym ostatnio dziwacznym czasie.  

Jednak czasem nawet proste przyjemności potrafią tak wiele zdziałać, wyciszyć domowe konflikty interesów, uleczyć duszę, posprzątać głowę i rozjaśnić umysł, przywrócić uśmiech na twarzy i ukoić zszargane nerwy.

Ostatnie, niemal letnie dni, pozwoliły mi zadbać o moją własną higienę umysłu. Cudownie było sobie przypomnieć, jaką wolność dają wycieczki rowerowe, to bycie w drodze, ten wiatr we włosach, który przewietrzył mi głowę, ta zieleń drzew i cisza lasu odcinająca od nadmiaru bodźców, ten wyciszający szmer wody, to słońce ładujące pod korek baterie, to cudowne zmęczenie przewrotnie będące paliwem i moi ludzie obok dostarczający mnóstwa radości. Tak, zdecydowanie tego mi było trzeba!!! 

Na początku kwarantanny, chyba w drugim tygodniu, dostałam od kolegi zdjęcie czerwonego kapturka olbrzymich rozmiarów z podpisem, że tak właśnie będziemy wyglądać, kiedy to wszystko się skończy. Początkowo trochę się z tego śmiałam, ale dzisiaj sobie myślę, że jednak coś w tym jest. W ostatnim czasie chyba w każdym domu zdecydowanie więcej się piecze i gotuje. Taki trochę nasz sport narodowy, kiedy przez większość czasu jesteśmy zamknięci w swoich czterech ścianach. 

Ja sama może rozmiarów czerwonego kapturka z tego zdjęcia nie osiągnę, ale po tej kwarantannie cięższa o kilka kilo z całą pewnością będę, bo kiedy snuję się z kąta w kąt, jakoś zawsze przedziwnym trafem zahaczam o kuchnię. Niby głodna nie jestem, ale coś tam wrzuciłoby się jednak na ruszt. Z moich obserwacji wynika, że ścieżki pozostałych domowników, tak jak i moje, w większości przypadków też kończą swój bieg w kuchni.  

Takie zachowania to chyba nie tylko u mnie w domu są obecne, bo kiedy zerkam na instagram, widzę pełno zdjęć chleba, bułeczek, wszelkiej maści ciasteczek, zresztą facebook też nie pozostaje dłużny i obfituje w zdjęcia potraw tych, co gotują i pieką na potęgę, póki drożdży starczy. Sama zwiększyłam swoje moce przerobowe w kuchni i nie ograniczam się tylko do pieczenia chleba na zakwasie. Są bowiem i ciepłe bułeczki na śniadanie, i bajgle, i ciasto drożdżowe, z którym wcześniej było mi nie po drodze. Ostatnio też na naszym stole zagościły cebularze czyli przysmaki prosto z lubelszczyzny. Wychodzą nam znakomite, jak to mówi kolega mojego Syna - delicje. 


Nie wiem czy wiecie, ale tradycja wypiekania cebularzy sięga XIX wieku, kiedy to Żydzi z lubelskiego Starego Miasta zaczęli je piec. Ich receptura szybko została rozpowszechniona, bo to drożdżowe, chrupiące, złociste ciasto i jego pachnące nadzienie jest naprawdę pyszne. W moim rodzinnym domu nie robiło się cebularzy, a ja ich smak poznałam dopiero na studiach. Jednak nasza rodzina, kiedy nas odwiedza, zawsze się nimi raczy. 

Mamy taki swój domowy, wypróbowany przepis. Otrzymaliśmy go od lubelskiego piekarza, lekko zmodyfikowaliśmy i teraz jest idealny, zawsze wychodzi. Polecam zrobić odrazu z podwójnej porcji, bo jestem pewna, że cebularze szybko pójdą. Alexander swoje placki posypuje suszonymi ziołami. W takiej wersji te placuszki też są smaczne. 

Jeśli macie więc ochotę na przysmak prosto z Lublina, to bierzcie przepis i pieczcie. Najlepiej smakują prosto po upieczeniu, ale odgrzewane czy na zimno są również wyśmienite.



Składniki:

  • 230 g mąki pszennej 
  • 140 ml letniej wody
  • 15 dkg świeżych drożdży
  • 5 g soli
  • 5 g cukru
  • 5 g margaryny
  • 3 średnie cebule
  • mak według uznania
  • 2 łyżki oleju
  • 1 łyżeczka soli

Przygotowanie:

Wszystkie składniki łączymy i zagniatamy ciasto. Następnie odstawiamy w ciepłe miejsce na około 45 minut. Po tym czasie raz jeszcze przegniatamy ciasto i odstawiamy z powrotem na kolejne 45 minut. 

W tak zwanym międzyczasie obieramy cebulę, kroimy ją w większe kosteczki, wrzucamy na wrzątek i gotujemy ok. 1-2 minuty, odcedzamy. Do jeszcze ciepłej cebuli dodajemy mak według własnego uznania (mogą być 3-4 łyżki), łyżeczkę soli, olej i wszystko razem mieszamy. 

Kiedy ciasto będzie już gotowe formujemy okrągłe placki, nakładamy na nie cebulę wymieszaną z makiem i odstawiamy na jeszcze 15 minut. Następnie skrapiamy wodą i wypiekamy w temperaturze 220 stopni przez około 18 minut, w zależności od piekarnika. Smacznego!!!

Obsługiwane przez usługę Blogger.