Po najnowszą powieść Liane Moriarty "Dziewięcioro nieznajomych" sięgnęłam ze względu na to, że jestem bezwzględną fanką "Wielkich kłamstewek". Obejrzałam serial (dwa sezony), przeczytałam książkę i byłam zachwycona, dlatego nie mogłam sobie odmówić, żeby sięgnąć po kolejną książkę autorki. Czy tym razem również zachwyciła mnie historia opisana w książce? Zapraszam do przeczytania recenzji.

Jak sama nazwa wskazuje "Dziewięcioro nieznajomych" to książka o losach dziewięciu osób, które przyjeżdżają do nowoczesnego SPA, by skorzystać z szeregu proponowanych tam zabiegów na ciało. Dodatkowo oferta australijskiego Tranquillum House kusi odnową duchową. Można zatem kompleksowo zadbać o siebie, masaże, joga, terapie połączone ze zdrowym odżywianiem. Każdy, kto odwiedza ośrodek ma swój własny cel do osiągnięcia. Właścicielką renomowanego SPA jest charyzmatyczna, trochę ekscentryczna Masza, stosująca dość niekonwencjonalne metody, by pomóc swoim podopiecznym. Tym razem ma pomóc Frances, pisarce w średnim wieku, która dobrą passę ma już za sobą, a do tego przeżyła zawód miłosny, Carmel, matce czwórki dzieci, która pragnie znów być szczupła, byłemu sportowcowi, mężczyźnie lubiącemu odwiedzać takie właśnie miejsca, młodej  parze, która wygrała sporą sumę pieniędzy, tylko że zupełnie im to nie służy oraz włoskiej rodzinie Marconich próbującym pozbierać się po bolesnych doświadczeniach z przeszłości. Każdej z tych osób przychodzi zmierzyć się z własnymi kompleksami, demonami, kłamstwami, skrywanymi głęboko sekretami, które z biegiem wydarzeń, i wkroczeniu Maszy, zaczynają wychodzić na światło dzienne. Czy kuracjuszom uda się z nimi uporać i odmienić swoje życie?

Ogromnym plusem książki są fantastycznie wykreowane postaci. Świetny rys psychologiczny każdej z nich pozwala lepiej zrozumieć głównych bohaterów, którzy zebrani w pięknym uzdrowisku przyjechali zawalczyć o siebie. A każde z nich z innego środowiska, z innym zapatrywaniem na świat i bagażem doświadczeń. Każde trochę przeobraża i podkolorowuje rzeczywistość prezentując siebie w lepszym świetle. Taka mieszanka charakterów może powodować liczne zgrzyty, utarczki słowne i konflikty.

"Dziewięcioro nieznajomych" to książka którą zakwalifikowano jak thriller, ale to raczej powieść psychologiczno-obyczajowa, studium ludzkich charakterów i zachowań z dość mocnym przekazem: jak daleko może posunąć się człowiek, by osiągnąć swój cel. Traktuje o potknięciach, wzlotach i upadkach, pokazuje że zawsze jest nadzieja na lepsze jutro, a na zmiany nigdy nie jest za późno. 

W tym roku jakoś wyjątkowo mam niedosyt lata i wakacji, pewnie dlatego, że były takie wspaniałe i chciałabym, żeby trwały jeszcze. Chociaż w prawdzie lato kalendarzowe jeszcze z nami jest, nie mniej jednak odkąd nastał wrzesień w powietrzu czuć jesień. Lubię ją wprawdzie w tym polskim złotym wydaniu, ale do lata i wakacji bardzo mnie ciągnie. Ten czas beztroski mojego dziecka, tysiące wspólnych magicznych chwil pełnych śmiechu, słońca, piachu. Do tych wizyt dłuższych i krótszych, tych popołudniowych spotkań, długich, ciepłych, jasnych wieczorów będzie mi tęskno. Wierzę jednak, że jesień przyniesie też mnóstwo fajnych chwil. Jak już sobie tak powzdychałam, to teraz zapraszam Was na kolejną dawkę moich poleceń. Mam dla Was ciekawe pozycje serialowe i książkowe oraz dwie kosmetyczne polecajki, które się u mnie sprawdziły.

Nasza wakacyjna fotoksiażka



Na początku tego roku obiecałam sobie, że będę wywoływała zdjęcia. Mam ich całe mnóstwo i na karcie w aparacie i w telefonie. Przestałam się już dawno oszukiwać, że będę je przeglądać i do nich wracać na komputerze czy telewizorze. Zwyczajnie do tych trzymanych na dysku, z doświadczenia wiem, że wraca się rzadko. Ale takie wywołane mają moc, bynajmniej u nas. Mamy w domu kilka fotoksiążek i ponownie skorzystałam z takiej właśnie opcji. W sierpniu przygotowałam fotoksiążkę z wakacji i cieszę się bardzo, że ten nasz fajny czas mam uwieczniony. Już kilka razy wspólnie ją przeglądaliśmy, za każdym razem z wypiekami na twarzy. Zorganizowaliśmy sobie też ze znajomymi wspominki z wakacji i też ją ze sobą zabraliśmy. Mam też w planach pod koniec roku przygotować kolejne takie fotoksiążki z całego roku. Ja nasze zdjęcia drukowałam w PRINTU, bo mają super jakość i można zdjęcia przesłać bezpośrednio z telefonu, co dla mnie było bardzo pomocne. I wszystko przychodzi tak pięknie opakowane. Podobają mi się tam też proponowane szablony, których jest całe mnóstwo. Korzystaliście kiedyś z takiej opcji?

Książka



Książkę "Obudź w sobie olbrzyma" po raz pierwszy przeczytałam już kilka lat temu, ale w sierpniu tego roku po raz kolejny po nią sięgnęłam. Autorem książki jest amerykański doradca życiowy i mówca motywacyjny. Treść książki mocno zachęca do samorozwoju, pracy nad sobą, do bycia lepszą wersją siebie, pomaga zrozumieć samego siebie i pokazuje, że warto żyć na własnych zasadach. W książce można znaleźć sporo pomocnych ćwiczeń, technik i przykładów jak to osiągnąć. Dla mnie okazała się niezwykle motywująca i rozwijająca. Motta czy tzw. złote myśli, a także całe ważniejsze fragmenty pozaznaczałam w książce i z całą pewnością będę do nich wracać.

Kosmetyki


Tutaj tym razem, nie pokażę nowości, ale produkt do którego wróciłam. Po wakacjach moje ręce i stopy niekoniecznie były w dobrej kondycji, ale udało mi się aktualnie doprowadzić je do stanu, z którego jestem zadowolona. A wszystko dzięki silnie regenerującemu kremowi do rąk od Hello Eco. To taki krem do zadań specjalnych. Ma w swoim składzie olej z awokado oraz mocznik, świetnie więc regeneruje skórę dłoni. Ja zastosowałam go także do stóp i super zadziałał. Po nasmarowaniu rąk pozostawia je aksamitne, z lekką powłoką, więc zazwyczaj nakładam go wieczorem, by rano cieszyć się miękką, nawilżoną, "naprawioną" skórą. Zapach ma bardzo przyjemny, który utrzymuj się dość długo. Nie używałam innych produktów tej marki, ale przyznam szczerze, że bardzo mnie kuszą, zwłaszcza że ten krem naprawdę się u mnie sprawdził.


Kolejny produkt, który zaliczyłabym bardziej do kosmetycznych akcesoriów, to kieszonka na mydło. Używamy w domu naturalnych mydeł i taka kieszonka "robi" u mnie za gąbkę. Wykonana jest ręcznie na drutach ze sznurka konopnego, który ma właściwości antybakteryjne i antygrzybiczne. Kupiłam ją TUTAJ

Seriale


W sierpniu, z racji tego, że Alexander był dwa tygodnie u dziadków, obejrzeliśmy dwa seriale, z których oba wciągnęły nas na maksa. Trafiliśmy na nie zupełnie przypadkiem, kiedy przeglądaliśmy ofertę na HBO GO. Pierwszy z nich to "Przystań", hiszpański serial, którego twórcą jest Alex Pina, ten od hitu Netflixa "Dom z papieru". "Przystań" to połączenie romansu z thrillerem. Naprawdę bardzo emocjonująca historia, z magicznym nieoczywistym klimatem, gdzie główna bohaterka musi się zmierzyć, po śmierci męża, z jego drugim życiem. Oskar zza grobu nieźle miesza w życiu żony Alejandry i kochanki Veroniki. Jeśli podobały się Wam "Wielkie kłamstewka" czy "The Affair", to z całą pewnością ten serial też przypadnie Wam do gustu. 


Drugi z nich to "Kłamstwa". Serial zaczyna się w sposób bardzo intrygujący. Dwoje wolnych ludzi umawia się na randkę, a potem dochodzi do gwałtu, tak przynajmniej twierdzi Laura. Zupełnie inne zdanie na całą sytuację ma jednak oskarżony chirurg, wymarzona partia w mieście. A więc słowo przeciwko słowu. Nic nie jest tu oczywiste, jakby mogło się wydawać. Obejrzyjcie, bo warto!

Przyszedł wrzesień, a z nim mam wrażenie, że i jesień. Chociaż kalendarzowe lato nadal trwa, to wieczorem robi się szybko ciemno. Są jednak tego plusy, bo można zalec na kanapie z książką i ciepłą herbatą. Dla zmarzluchów pozostaje jeszcze ciepły termoforek i koc. W takich przyjemnych klimatach można pochłaniać kolejne strony książek, chociażby takiej jak "Wkręceni". 

To jedna z takich książek, której bohaterowie od pierwszej do ostatniej strony wodzą za nos. Nikomu nie można ufać, o czym już na samym początku jesteśmy poinformowani. Bardzo więc oryginalny pomysł na fabułę, a do tego szalona akcja, która gna od jednego zwrotu do drugiego. Trudno cokolwiek przewidzieć, a domyślenie się następstw kolejnych wydarzeń jest wprost niemożliwe, nie mówiąc już o zakończeniu. Pędzimy więc strona za stroną, by otrzymać kolejne niespodzianki i doczekać się zwieńczenia historii. 

Całość została starannie zaplanowana i przemyślana. To taka literacka petarda. Do tego autor ma lekkie pióro, co jeszcze bardziej potęguje wspaniałe czytelnicze doznanie i wkręcenie. 

Książka rozpoczyna się od pogrzebu bardzo sławnego twórcy bestsellerowych kryminałów J .T. LeBeau, którego tożsamości prawie nikt nie zna, bo pisarz bardzo skrupulatnie ją ukrywa. A później cofamy się o cztery lata wstecz i poznajemy Marię Cooper, mężatkę, która ma romans i chce odejść od męża, który wiecznie znika na całe dnie. Przeglądając rzeczy odnajduje dokumenty, które wskazują że jest on milionerem. Ma bowiem na swoim koncie 20 milionów. Razem z kochankiem dochodzą do wniosku, że to słynny pisarze J .T. LeBeau. Kobieta, po odkryciu milionów na koncie męża, zapragnęła aby zdobyć cześć fortuny. Jest w tym niezwykle zdeterminowana. Jaki będzie finał tej historii? Dowiecie się czytając thriller. Mi bardzo się podobał!

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Albatros i można ją kupić TU

Idąc za ciosem, zaopatrzyłam się w kolejną książkę Tess Gerritsen (o wcześniejszej pisałam TU) - mistrzyni thrillerów medycznych. Bardzo spodobał mi się styl pisarki, więc stwierdziłam czemu nie? i jestem już po przeczytaniu "Czarnej loterii", która spodobała mi się jeszcze bardziej, niż poprzednia książka autorki.

Tym razem główną bohaterką jest Kate Chesne, pracująca niespełna rok jako anestezjolog w miejscowym szpitalu. Pani doktor ma jednak na swoim koncie spory dorobek naukowy. Kiedy jej koleżanka Ellen, pielęgniarka pracująca z Kate, ma przejść banalny zabieg wycięcia woreczka żółciowego, umiera na stole operacyjnym, to o błąd w sztuce lekarskiej zostaje oskarżona właśnie ona. Rodzina zmarłej wynajmuje adwokata, Davida Ransoma, byłego prokuratora, który jest, do pewnego czasu, bezwzględnie przekonany o winie pani anestezjolog i robi wszystko, by kobieta odpowiedziała za swoje czyny. Kate jest jednak przekonana o swojej niewinności. Tymczasem w szpitalu w tajemniczych okolicznościach ginie kolejna pielęgniarka. Czy to zbieg okoliczności, czy może ktoś celowo zabija pracowników szpitala? Kto będzie kolejną ofiarą? Co łączy wszystkie morderstwa?

Kate, skrupulatna i zapobiegliwa pani anestezjolog, zaczyna prowadzić śledztwo na własną rękę, by dowieść swojej niewinności. Odkrywa powoli intrygę, która sięga lata wstecz. W śledztwo włącza się również David, który po śmierci kolejnej pielęgniarki, dochodzi do wniosku, że intrygująca pani anestezjolog może jednak wcale nie jest winna... 

Świetnie opowiedziana historia, intrygująca, z mnóstwem mylących tropów, gdzie akcja rozkręca się ze strony na stronę, nie zwalnia nawet na moment, trzyma w napięciu. Już nam się zdaje, że odkrywamy prawdę, a jednak autorka wodzi nas za nos i wcale nie jest tak, jak przewidywaliśmy. Lekka, idealna lektura na zbliżającą się jesień i wieczory pod kocem. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa HarperCollins i można ją kupić TUTAJ

Zapachniało ostatnio jesienią, a jesień nieodłącznie kojarzy mi się kocem, ciepłą herbatą i książką. A najlepiej dobrą książką, od której nie można się oderwać. Przeglądam oferty czytelnicze i wyszukuję po opisach ciekawy propozycji. Tak też natrafiłam na książkę Tess Gerritsen "Telefon o północy". To moje pierwsze zetknięcie z tą autorką.

Główną bohaterką książki jest Sarah Fontaine. Wydawać by się mogło, że wiedzie szczęśliwe, spokojne życie u boku cudownego i kochającego męża Geoffreya, spełnia się zawodowo, pracując jako mikrobiolog. Wszystko znakomicie się układa, do czasu rzeczonego telefonu o północy, który nie może zwiastować raczej niczego dobrego. Tak jest i w tym przypadku. Kobieta słyszy w słuchawce wiadomość, która rozdziera jej serce. Głos po drugiej stronie linii informuje ją, że jej mąż, pracownik londyńskiego banku, nie żyje. I że zginął w pożarze hotelu w Berlinie. 

Sarah spotykając się z pracownikiem Departamentu Stanu, Nickiem O'Harą, dochodzi do wniosku, że  śmierć jej męża została sfingowana. Kobieta głęboko wierzy, że on żyje, ale nie wszystko jest takie, jak jej się wydawało. Postanawia drążyć temat i na własną rękę odkryć prawdę o mężu, tym bardziej że na jaw zaczynają wychodzić kolejne, zaskakujące fakty dotyczące jego życia. Widząc determinację kobiety, również Nick postanawia się przyłączyć i pomoc ustalić Sarah kim tak naprawdę był Geoffrey, bo zapewne nie tym, za kogo się podawał. Czy uda im się wspólnie rozwikłać zagadkę?

"Telefon o północy" to połączenie kryminału i romansu, gdzie akcja toczy się szybko i dynamicznie, a świetny pomysł na fabułę i niezobowiązująca historia powodują, że książkę czyta się płynnie, strona znika za stroną. Myślę, że zarówno ten, kto kocha romanse, i ten kto kocha thrillery znajdzie coś dla siebie. 

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa HarperCollins i możną ją kupić TU.


Cieszę się, że w Polsce trwa i zatacza coraz większe kręgi moda na bycie eko. Mam jednak nadzieję, że nie pozostanie tylko modą, która ma to do siebie, że z czasem przemija, ale stylem życia, który zadomowi się u nas na stałe. Zero waste (czytając na stronie polskiego stowarzyszenia zero waste) to w dosłownym tłumaczeniu "zero śmieci" - czyli sposób życia, w którym człowiek stara się nie generować odpadów dbając przez to o środowisko. 

Kiedy pierwszy raz przeczytałam o tej idei i zobaczyłam na zdjęciu uśmiechniętą kobietę trzymającą szklany słoik z napisem, że to śmieci, które wygenerowała przez ostatnie 5 lat, ze zdziwienia zrobiłam wielkie oczy i pomyślałam, że to absolutnie niemożliwe. Przeszłam więc nad tym do porządku dziennego, bo lubię wyzwania, ale jednak stronię od radykalizmu. Zdecydowanie wolę w życiu balans, a niektóre pomysły na ograniczenie produkcji śmieci, zgodnie z zero waste, są dla mnie zbyt ekstremalne. Raczej na czwartym piętrze w bloku na balkonie nie urządzę sobie kompostownika. Przyznam szczerze, że nie dawało mi to jednak spokoju i zgłębiałam temat. W końcu zrozumiałam, że powinnam jednak działać w tym kierunku, w możliwy do zrealizowania sposób, ale bez zamartwiania się i świrowania, małymi krokami, bo każde działanie w dobrą stronę jest lepsze niż jego brak. Uznałam, że nie jestem w stanie żyć tak idealnie przykładnie, żeby po pięciu latach wygenerować śmieci, które zmieszczą mi się w dłoni. To wymagałoby nie tylko ode mnie rygoru i dyscypliny, ale też od świata wokół mnie, tego bliższego, i tego dalszego.

Staram się więc małymi krokami reorganizować nasze życie, ale też i sposób myślenia. Nie biczuję się, gdy na zakupach zabraknie mi materiałowych worków czy siatek, a pan z targu zapakuje mi pomidory w foliową reklamówkę (którą później staram się jednak wykorzystać wielokrotnie), pozwalam sobie na potknięcia, nie wytykam innym plastikowych słomek czy jednorazowej butelki z wodą, bo przecież nawet nie wiem jaka za tym stoi prawda, wprowadzam zmiany powolutku, ale sukcesywnie, dlatego idea less waste jest mi znacznie bardziej bliska. Przede mną jeszcze bardzo długa i mocno wyboista droga, bo do bezodpadowego życia mi daleko, ale cieszę się, że chociaż w małym stopniu nie przyczyniam się do pogarszania, i tak już złego stanu, naszej Planety. Zgadzam się też ze stwierdzeniem, że lepiej aby miliony robiły to nieperfekcyjnie, niż jednostki idealnie.

Co takiego zatem robię, by żyć less waste?

Nasze domowe zmiany właściwie nieświadomie rozpoczęliśmy osiem lat temu. Wtedy kupiliśmy dzbanek filtrujący wodę. Pijemy bardzo dużo wody, zwłaszcza mój mąż i syn, chociaż i ja ostatnio pilnuję się w tym temacie. Wtedy praktycznie zupełnie zrezygnowaliśmy z zakupu wody w plastikowych butelkach. W pracy również piję filtrowaną wodę z kranu. Cieszę się, że Lublin jest jednym z miast, gdzie w ostatnich latach gruntownie zmodernizowano systemy uzdatniania wody i możemy pić kranówę. Długo szukałam szklanego dzbanka do filtrowania wody i jakiś czas temu marka Dafi taki właśnie wypuściła. Jesteśmy z niego bardzo zadowoleni. I polecam ten zakup każdemu. Spełnia swoje przeznaczenie, ale też pięknie się prezentuje.


Ostatnio też dużo dyskutujemy nad założeniem w domu filtra mechanicznego czy z odwróconą osmozą. Może w przyszłości, oby tej najbliższej, nam się uda. Mamy też małą filtrująca butelkę, i zawsze, gdy wychodzimy, zabieramy ją ze sobą (Alex zabiera ją też do szkoły), żeby jednak unikać zakupu butelkowanej wody. Kupiliśmy ją w promocyjnej cenie w Biedrze i też jest marki Dafi. Wolałabym wprawdzie szklaną, ale ta jest lekka, bardzo poręczna, a w zasadzie o to chodzi. Kiedy mam ochotę na gazowaną wodę, bo lubię czasem popić bąbelki, to wtedy używam, już lata temu kupionego, ekspresu do napojów gazowanych SodaStream (pisałam o nim kiedyś TU).


Przywiązuję dużą wagę do używanych kosmetyków. Stawiam na te z naturalnym składem, a ostatnio przyglądam się też opakowaniom kosmetyków, które kupuję, czy są w plastikowych czy szklanych, a może metalowych pojemnikach. Zauważyłam, że sporo firm produkujących kosmetyki naturalne sprzedaje swoje produkty właśnie w słoikach, buteleczkach, metalowych tubkach czy w papierze np. mydła. Całym sercem jestem więc za takimi polskimi manufakturami, jak Ajeden, Mydłostacja, Shy deer czy Lush Botanicals. Nie dość, że produkują rewelacyjnie działające kosmetyki, takie od których można się uzależnić, pozbawione chemii, to jeszcze jest im bliskie dbanie o środowisko. Nie znajdziecie tam plastikowych pojemników czy tubek, w które opakowane są kosmetyki. Dodatkowo produkty nie przychodzą zapakowane w jakieś tam foliówki tylko tekturę czy papier, tak jak i wypełnienie. Bardzo podoba mi się również to, że można zwrócić opakowania po zużytych kosmetykach do ponownego ich wykorzystania.


Prawie zrezygnowałam z używania wacików jednorazowych. Makijaż zmywam olejkami czy zwykłym olejem kokosowym już od bardzo dawna. Love it! Do tonizowania twarzy używam wielorazowych wacików.  Uważam, że to świetna alternatywa dla tych jednorazowych. Ja swoje waciki, sztuk 7 wraz z woreczkiem, kupiłam w Szklanym Składziku grubo ponad pół roku temu. Waciki, których używam są uszyte z froty bambusowej, która ma właściwości antyseptyczne, antyalergiczne i antyodorowe. Ich używanie przyszło mi bardzo naturalnie i cieszę się, że je odkryłam. Zamiast sztucznych gąbek do kąpieli używam takich kieszonek na mydło, wykonanych ręcznie ze sznurka konopnego, który jest biodegradowalny i posiada właściwości antybakteryjne oraz antygrzybiczne.

Również bez problemów przerzuciliśmy się na bambusowe słomki, Alex zdecydowanie woli właśnie takie. Wprawdzie jakoś super często ich nie używamy, ale np. kiedy mamy ochotę na koktajl czy świeżo wyciśnięty sok pity przez słomkę właśnie to świetnie się sprawdzają. Do opakowania dołączona była szczoteczka, więc łatwo je utrzymać w czystości. W knajpach zawsze dziękuję za plastikowe słomki, bo mam swoje.


Na zakupy wędruję ze swoimi siatkami. Od bardzo dawna w torebce mam materiałowe i mój mąż też ma takie zawsze przy sobie. Dbam o to ja, bo wkurza mnie kupowanie plastikowych reklamówek. Kiedyś zupełnie nie zwracałam na to uwagi, a teraz mi to przeszkadza, tak jak pakowanie wszystkiego w sklepie w foliowe woreczki, dlatego poszłam po rozum do głowy i zakupiłam lniane worki na owoce i warzywa, a kiedy ich nie mam przy sobie, to biorę rzeczy luzem. Wiem, że Panie ekspedientki czasem kręcą nosem, ale cóż nie ma takich sytuacji jakoś dużo. Teraz więc marchewki, pomidory czy jabłka pakuję w TE worki. Chcę sobie jeszcze zakupić przezroczyste torebki lub poprosić mamę, żeby mi je uszyła ze starej firanki.

Jak już jesteśmy przy zakupach, to u nas wygląda to tak, że zakupy (a przynajmniej te duże) staramy się robić raz w tygodniu. Poprzedzone są one zawsze sporządzanym menu na cały tydzień. Robię to z trzech powodów, raz że z wygody, żeby się nie martwić w środę wieczorem, co mam ugotować na drugi dzień, tym że zabraknie mi przykładowej śmietany do pomidorówki, ale też dzięki temu unikamy marnowania jedzenia i kupowania niepotrzebnych produktów. W tygodniu dokupujemy np. mleko czy chleb, jak się skończył, a nie mam czasu na pieczenie kolejnego. Nie wyrzucam więc już na wpół zużytego jogurtu czy puszki kukurydzy, bo staram się tak planować posiłki, żeby te otwarte produkty jednak wykorzystać.

Wiem, że jeszcze wiele zmian mogę wprowadzić. Nadal bowiem kupuję książki w formie papierowej, bo nie mogę przekonać się do czytnika. Lubię czuć zapach ksiażki i mieć ją w ręce. Ale te moje ksiażki krążą, puszczam je po przeczytaniu w ruch. Czyta siostra, ciocie, koleżanki. Nadal też zdarza mi się też kupować kosmetyki w plastikowych opakowaniach, zwłaszcza pasty do zębów czy chemię.

Miewam swoje eko-porazki, bo nie zawsze mam okazję czy możliwości, a czasem zwyczajnie brak alternatywy, ale staram się pamiętać, aby traktować Ziemię poważnie, bo nie sposób nie dostrzec w jakiej jest obecnie trudnej sytuacji.

Jeżeli spodobał Ci się post może warto go udostępnić, by ktoś oprócz Ciebie również skorzystał. Będzie mi bardzo miło, kiedy zostawisz komentarz, klikniesz Lubię to czy udostępnisz wpis na Facebooku. Zapraszam Cię także na moje konto na Instagramie, gdzie znajdziesz zdjęcia tego, co kocham.



Obsługiwane przez usługę Blogger.